Blog zabytkowy

Blog zabytkowy Jesteśmy małżeństwem historyków sztuki snujących się to tu, to tam, w niekończącym się polowaniu na zabytki.

W wyprawach towarzyszą nam dwaj (EDIT: trzej!) niedorośli koneserzy, eksplorujący sztukę dawną z perspektywy krasnoludków.

Niewielu rzeczy jesteśmy w życiu tak pewni jak tego, że nigdzie, poza wioseczką zwaną Rudką, nie znajdziecie cerkwi, któ...
10/04/2026

Niewielu rzeczy jesteśmy w życiu tak pewni jak tego, że nigdzie, poza wioseczką zwaną Rudką, nie znajdziecie cerkwi, która zmieściłaby się w średniej wielkości mieszkaniu. Tymczasem w Rudce ktoś zdecydował się wznieść takie maleństwo, na którego widok trudno nie wydać z siebie charakterystycznego „Oooo…” - jakbyśmy zobaczyli małego szczeniaczka. Cerkiew w Rudce, oprócz tego, że można ją, tak jak rynek w Tymbarku, przykryć dłonią, ma też zagadkową historię. Jej budowę umieszcza się w końcu XVII wieku, chyba głównie ze względu na datę na belce jednego z wejść – ACZKOLWIEK jej typ jest jeszcze późnośredniowieczny i mimo swojej powściągliwej w metraż formy, przywołuje na myśl dawną architekturę bizantyjską. Stoi na niewielkim wzniesieniu, przy ogromnym dębie (chyba największym, jaki widzieliśmy na Podkarpaciu) i przy nowej cerkwi murowanej, która nie ma nawet półćwierci jej, jak pisał Izajasz (w nieco innym kontekście), „wdzięku ani blasku”. Dla tej ostatniej musiała zresztą zmienić dawne miejsce zamieszkania, bo przesunięto ją u progu XX wieku o dobre kilkanaście metrów. Nie wiadomo, ile osób było zaangażowanych do tej operacji, ale prawdopodobnie około czterech. 😛

Wielka Sobota to dobry moment na półmetafizyczne rozważania z pogranicza sztuki, wiary i nauki. Na rycinie No. 1 widzimy...
04/04/2026

Wielka Sobota to dobry moment na półmetafizyczne rozważania z pogranicza sztuki, wiary i nauki. Na rycinie No. 1 widzimy nasze krasnoludki badające, niczym w Rembrandtowskiej lekcji anatomii dra Tulpa, XVII- wieczne „złożenie do grobu” z kościoła opackiego w Saint Germer de Fly. W scenie pojawia się całun, w który, wg Ewangelii, owinięto ciało Jezusa. W okresie wielkanocnym jakoś często nasze myśli krążą wokół tego całunu, który ma naturalnie swój odpowiednik w Całunie Turyńskim. Jest to, jak czytaliśmy, najlepiej przebadany przedmiot w historii cywilizacji zachodniej, o którego powstaniu nadal nie wiemy nic pewnego. Wiemy, że nie jest to relikwia z rodzaju tych, którymi w Krzyżakach handlował Sanderus (jak szczebel z drabiny jakubowej, pióro ze skrzydła Archanioła Gabriela etc.). Nie jest to także relikwia w rodzaju ziemi skropionej krwią świętego Szczepana (umieszczonej pod tronem Karola Wielkiego) czy głowy Jana Chrzciciela z katedry w Amiens. Nie jest to wszakże także habit św. Ojca Pio. Całun to rzadki typ relikwii, której nie da się łatwo potwierdzić, zaprzeczyć jej lub zbyć ją lekceważeniem, a równie liczne naukowe gremia jego zwolenników i przeciwników sprowadzają całą sprawę do kwestii wiary. Czy jednak w końcu nie o to chodzi, żeby właśnie uwierzyć w Zmartwychwstanie, a nie wiedzieć na pewno? 🤔🙂

Historia sanktuarium bernardynów w Leżajsku to w zasadzie gotowy scenariusz na kryminalny dramat komediowy fantasy. Otóż...
31/03/2026

Historia sanktuarium bernardynów w Leżajsku to w zasadzie gotowy scenariusz na kryminalny dramat komediowy fantasy. Otóż cała rzecz zaczyna się u schyłku XVI wieku, gdy niejakiemu Michałkowi (!), pracownikowi miejscowego browaru (a jakże, przecież to Leżajsk) ukazała się Matka Boska ze św. Józefem. Maryja w rymowanym (!) orędziu poprosiła Michałka o wzniesienie kościoła w wyznaczonym miejscu. Postąpiwszy zgodnie z nakazem chrześcijańskiego sumienia browarnik zwierzył się ze wszystkiego miejscowemu proboszczowi, który… postanowił Michałka uwięzić i torturować, podejrzewając go o herezję (!). Niezrażony tym faktem Michałek po wyjściu z p**i udał się na miejsce objawień, gdzie ustawił – na podwyższeniu zwanym Bożą Męką – krucyfiks (ryc. 9). Krucyfiks także, z niejasnych względów, nie spodobał się miejscowemu proboszczowi, który rozkazał go spalić. Na tym etapie opowieści można w ramach dygresji domniemywać, że proboszcz albo był spokrewniony z Salierim (kto oglądał „Amadeusza” ten wie), albo też brakowało mu piątej klepki. W każdym razie krucyfiksus płonąć nie chciał, stąd też stwierdzono ostatecznie, że sprawa ma charakter ponadnaturalny. Po paru latach wzniesiono w tym miejscu pierwszą kaplicę, później kościół. Obecny, potężny barokowy gmach ufundował natomiast niejaki Łukasz Opaliński, znany m. in. z tego, że dorwał i unieżywił niejakiego Diabła Łańcuckiego, zwanego także Stanisławem Stadnickim. Kościół, wybiegający nieco poza ramy franciszkańskiej skromności, jest jednym z najpiękniejszych miejsc na mapie barokowego Podkarpacia. Tym większa zasługa dla braciszków, że wiele elementów wyposażenia wykoncypowali i wykonali samodzielnie. Szczególne są leżajskie organy (polska myśl techniczna p. Jana Głowińskiego), na których mogą grać, ze względu na ich trójnawową rozpiętość, trzej organiści jednocześnie. Kościół jest zresztą wypełniony sztuką i historiami, ale to już do własnego rozpoznania in situ, tj. na miejscu.

Dzisiaj post równocześnie z serii blog zabytkowy ✨ exclusive ✨ i blog zabytkowy abroad 🌎. Czyli chyba blog zabytkowy abr...
25/03/2026

Dzisiaj post równocześnie z serii blog zabytkowy ✨ exclusive ✨ i blog zabytkowy abroad 🌎. Czyli chyba blog zabytkowy abrusive. Otóż wybieramy się na chwilę na Słowację (w poście, nie że teraz), aby rzucić okiem na garść zabytków bliskich granicy z Podkarpaciem. Pierwszym z nich, przed którym chcielibyśmy równocześnie Państwa ostrzec i zachęcić do jego odwiedzin, jest zamek Makowica w Zborovie. Jest to duża kamienna twierdza, strasząca z wysoka potężnymi murami, która w swojej historii należała, jak przystało na twierdzę pograniczną, niemal do wszystkich, do których w miarę swoich skromnych możliwości mogła należeć. Wybudowali ją i strzegli zazdrośnie wegrzy, ale miała też epizody polskie, czeskie niemieckie i rosyjskie. Zamek jest bardzo malowniczy i, podobnie jak ogry, tort i cebula - ma warstwy. My naliczyliśmy przynajmniej trzy, czyli mury zewnętrzne zewnętrzne, mury zewnetrzne wewnętrzne i mury wewnętrzne wewnętrzne, gdzie stał kiedyś pałac z kaplicą. Wielki ten zamek jest groźny z kilku powodów. Po pierwsze, we wnętrzu można zginąć, jak na dzikim zachodzie, na milion sposobów, głównie skądś spadając, wpadając na coś albo zostając "wpadniętym na" przez coś, głównie cegłę. Po wtóre groźne jest także podejście do zamku, które z mikroparkingu u podnóża wzgórza oferuje dwie ścieżki. Jedna jest trudniejsza ale szybsza, okreslana bodaj na 20 min (hehe), druga ma być przyjemnym 40 minutowym spacerem. Być może są to pomiary w enigmatycznych stopach i stopniach słowackich, w każdym razie ścieżki szybszej, zwaną (przez nas) "ścieżką grozy" , którą znamy tylko z opowieści tych, którzy przeżyli, nie radzimy atakować bez raków. Ścieżka łatwiejsza to kwestia do przejścia nawet dla dzieci, ale z licznymi postojami i narzekaniem. Oferuje za to cudowne widoki. Oczywiście koloryzujemy, zamek Makowica jest piękny i przyjemny, podejście bezproblemowe (hehe), a więc polecamy go z czystym sumieniem.

Zazwyczaj staramy się pokazać każdy zabytek z jak najlepszej strony, ale przy piąteczku, na fali weekendowego rozluźnien...
13/03/2026

Zazwyczaj staramy się pokazać każdy zabytek z jak najlepszej strony, ale przy piąteczku, na fali weekendowego rozluźnienia, możemy przyznać się do tego, że nie zawsze nam się udaje. A przykładem kościół w Haczowie. Jest to bardzo pięknych proporcji i w ogóle niebanalnej urody świątynia drewniana, która ma właściwie same zalety: pochodzi jeszcze z czasów średniowiecznych, jest największa w Europie, posiada XV-wieczną polichromię (ponoć też jedną z najrozleglejszych w Europie), a na zewnątrz przystrojono ją, jak spódnicą, sobotami. Stąd też warto mówić o niej w piątek. Soboty to, nawiasem mówiąc, podcienia. Kolejnym nawiasem mówiąc, to oodcienia bardzo poręczne (lub bardzo nadgłowne), bo chroniące od słoty, zwłaszcza w czasie podkarpackiej pory deszczowej. Kościół o tylu zaletach musi wzbudzać zazdrość i uznanie sąsiednich narodów, stąd też już ponad dwie dekady temu wpisano go na listę UNESCO. Co więc poszło nie tak? Otóż po pierwsze, przy pierwszej wizycie odbiliśmy się od drzwi (nasza wina, bo nikt rozsądny nie zwiedza po zachodzie słońca), a po drugie, przy drugiej wizycie światło we wnętrzu było bardzo wyleniałe, stąd też trudno nam było zrobić odpowiednio reprezentacyjne zdjęcia. Inna sprawa, że malowidła gotyckie, skądinąd bardzo ciekawe (jak to malowidła średniowieczne), wtapiają się tu w drewniane ściany jak kameleon i trudno wydobyć je po dobroci na światło dzienne. Zwłaszcza takie wyleniałe. Przyjmijcież zatem Państwo jeno skromny zadatek zdjęciowy tego kościoła, a o jego walorach przy najpierwszej sposobności przekonajcie się sami.

Na naszym zabytkowym szlaku bojowym czasem zdarzają się miejscowości, które w jakiś naturalny sposób pełnią rolę podręcz...
02/03/2026

Na naszym zabytkowym szlaku bojowym czasem zdarzają się miejscowości, które w jakiś naturalny sposób pełnią rolę podręcznej kopalni anegdot. Sami Państwo rozumiecie, że miejscowość Królik Polski jest w tym kontekście istną żyłą złota. Zwłaszcza, że we wspomnianym Króliku stoi XVIII-wieczny kościół drewniany. Nie jest to jakaś wielka zaleta ani zasługa, ale jeśli jego przysadzistą formę odniesiemy do rzeczywistości historycznej, a rzeczywistość historyczną okrasimy zasmażką z literatury, wyjdzie nam wspaniała potrawa. Albo potrawka. Otóż historycznym właścicielem Królika Polskiego był Zyndram z Maszkowic, znany zapewne Państwu z Krzyżaków Sienkiewicza, a Krzyżakom znany zapewne z miecza - jako że pod Grunwaldem dowodził polskimi siłami (pod królem, rzecz jasna). Za czasów Zyndrama Krolik Polski nosił nie mniej frapującą nazwę "Janem" (w tłumaczeniu z łaciny). Dzisiejszy kościół oczywiście nie istniał, ale że, jak wiemy z podręczników do historii "mówią wieki", przyjął on z czasem formę podobną do swojego pierwszego właściciela. Zyndrama literatura piękna opisuje jako człeka "osoby niewysokiej, lecz zsiadłej" (w znaczeniu "krzepkiej") - i taką właśnie krzepką formę ma królikowopolska świątynia. Wieża jest krzepka i krępa niby krasnolud, a nawa z prezbiterium też niechętnie odrasta od ziemi. Kościół jest pięknie położony na wzgórzu, skąd może śledzić ruchy nieprzyjaciela, zwłaszcza że został inkastelowany (kolejna cecha przejęta od Zyndrama), czyli zrobiono z niego budowlę obronną, z wałem i fosą. Wnętrze nie tryska szczególnie zdrojem zabytków, ale znajduje się w nim przynajmniej jeden obraz Raphaela. Co prawda nie Raphaela Santiego, tylko Piotra Raphaela Burnatowicza, z Brzozowa, ale w pobliskim Króliku Wołoskim nawet takiego nie mieli. Dość atrakcyjne są jeszcze malowane drzwi do zakrystii, m. in. z Michałem Archaniołem (po Rafale to już drugi archanioł w kościele!), a przy tychże stoi, jak wynika z naszych obserwacji, powszechnie pomijana, XVI-wieczna kamienna chrzcielnica w stylu, który łaskawie określmy mianem renesansu rodzimego. Jest to zatem Królik na skalę naszych możliwości.

Dobrze jest czasem wrócić w miejsce pełne miłych wspomnień – a szczególnie dobrze wrócić i zobaczyć, że jeszcze wypiękni...
20/02/2026

Dobrze jest czasem wrócić w miejsce pełne miłych wspomnień – a szczególnie dobrze wrócić i zobaczyć, że jeszcze wypiękniało. Pałac w Dobrzycy już samą nazwą generuje wstępny dobrostan, jego wspaniała forma wynika jednak z ciężkiej pracy muzealników. Dobrzyckie Muzeum Ziemiaństwa odwiedzaliśmy najpierw w czasie ćwiczeń terenowych na studiach, później jeszcze z małymi krasnoludkami i za każdym razem prezentowało się z innej strony. Na studiach przebiegaliśmy przez kolorowe, malowane pokoje jak dziki w składzie z żołędziami, zachwyceni, ale trochę nieoswojeni. Później, za drugim razem odkryliśmy cudowny park, w którym między stawami stoją największy Platan Klonolistny w Europie i najstarszy w Polsce Klon Polny (niestety nie Platanolistny) – park z „antycznymi” świątyniami w typie monopteru i Panteonu, w którym każdy może zostać śpiewakiem operowym (ze względu na akustykę), kopcami obrośniętymi w maju barwnym kwieciem i wolierą na ptastwo hałaśliwe. W czasie ostatniego pobytu zwiedzaliśmy wszystko uważniej i ze Specjalistkami, więc dostrzegliśmy coś jeszcze - wytężoną pracę całych pokoleń muzealników i konserwatorów. Najpierw przywracali oni pałac do dawnego blasku po wojnie, spod warstw kredowej farby i okopconych ścian socjalnych mieszkań, a później zaadaptowali – i nadal adaptują – wnętrza nie tylko do gustów miłośników polskiego dworu, ale i dla melomanów (ile tu pianin i fortepianów!) i niewidomych, którzy mogą obejrzeć pałacowe malowidła sunąc palcami po planszach (co za pomysł!). O życiu polskich ziemian opowiadają nam od niedawna nie tylko pałacowe portrety, mebelki, tablice dydaktyczne i wystawy tematyczne, ale i osobna platforma cyfrowa „Między folwarkiem a służbą Rzeczypospolitej”, na której naukowcy z całej Polski łączą siły, by opowiedzieć o polskim ziemiaństwie z każdej możliwej perspektywy. Ogromny wysiłek – wielkie szapoba.

PS. Projekt jest  realizowany w ramach Krajowego Planu Odbudowy, sfinansowany przez Unię Europejską Next Generation EU oraz dofinansowany ze środków Samorządu Województwa Wielkopolskiego

PS2. A w Muzeum pracuje nasza koleżanka ze studiów!

Tropimy Aleksandra Fredro (a przy okazji - duchy) odwiedzając zamek Kamieniec w Korczynie-Odkrzykoniu i Muzeum Kultury S...
14/02/2026

Tropimy Aleksandra Fredro (a przy okazji - duchy) odwiedzając zamek Kamieniec w Korczynie-Odkrzykoniu i Muzeum Kultury Szlacheckiej w Kopytowej. Część druga naszej podróży po Podkarpaciu.

Tropimy Aleksandra Fredro (a przy okazji - duchy) odwiedzając zamek Kamieniec w Korczynie-Odkrzykoniu i Muzeum Kultury Szlacheckiej w Kopytowej. Część druga ...

Dziś post z umiarkowanymi pretensjami, skierowanymi (jakby to ujął jeden z naszych ulubionych pisarzy) „do Wszechświata ...
11/02/2026

Dziś post z umiarkowanymi pretensjami, skierowanymi (jakby to ujął jeden z naszych ulubionych pisarzy) „do Wszechświata - jako takiego”. Otóż. Odwiedzając Iwonicz-Zdrój – miejscowość trudniącą się przemysłem senioralno-sanatoryjnym od XV wieku (!) – doświadczyliśmy pewnej przykrości, widząc zabytkowy przepych tamecznej architektury zrujnowany chorobą banerową (banerozą). Baneroza jest chorobą szeroko w Polsce rozpowszechnioną i, jak na razie, nieuleczalną. Niby powinniśmy się już do niej przyzwyczaić, ale niekiedy bardziej nam doskwiera. Zwłaszcza gdy widzimy szczególnie zmyślnie zaprojektowany krajobraz, uzupełniony jeszcze pysznie wymyśloną architekturą – oszpecony przez plastikowe płachty, wyrastające na elewacjach, jak, nie przymierzając, liszaje na skórze. W Iwoniczu Baneroza nie jest nagłą chorobą, bo niektóre z banerów (ryc. 6 i 7) należą ewidentnie do czasów minionych. Niekiedy minionych niedawno (Browar Leżajsk – zamknięty 3 lata temu) niekiedy dawno (sprzedaż kart telefonicznych TAK-TAK). Optymizmem napawa fakt, że gdzieniegdzie widać wewnętrzną walkę, jakby mury i fasady XIX-wiecznych pijalni wody próbowały zrzucić jarzmo krzykliwej postsowieckiej mody. Bardzo temu kibicujemy. -zdrój

Kochani, na YouTube wleciał nowy wykład - tymrazem o malarstwie wczesnochrześcijańskim ;)
07/02/2026

Kochani, na YouTube wleciał nowy wykład - tym
razem o malarstwie wczesnochrześcijańskim ;)

Trzeci wykład z historii sztuki średniowiecza poświęcony jest malarstwu pierwszych chrześcijan - a zwłaszcza temu z jakich tematów ikonograficznych pierwsi c...

Na Podkarpaciu tylko w pierwszych paru dniach nie mieliśmy wielkiego szczęścia do cudownie gościnnych i bezinteresownie ...
05/02/2026

Na Podkarpaciu tylko w pierwszych paru dniach nie mieliśmy wielkiego szczęścia do cudownie gościnnych i bezinteresownie przyjaznych ludzi, o których w naszych stronach krążą legendy. A później to już poszło całą lawiną sympatii. Jednym z takich miłych momentów międzyludzkich były nasze odwiedziny w Iwoniczu, gdzie zostaliśmy przyjęci prawdziwie po królewsku (jesli chodzi o ładunek serdeczności). Może dlatego, że kościół w Iwoniczu ufundował król Kazimierz Jagiellończyk. Jest on chyba przeważnie zamknięty (kościół, nie król Kazimierz), więc musieliśmy posłużyć się fortelem i wejść od kuchni, czyli od kaplicy, gdzie przy ołtarzu pracowicie dziubała pani konserwator. Okazała się niezwykle uprzejma i pozwoliła nam wprosić się do wnętrza, a przy tym ucięła jeszcze z nami tradycyjną pogawędkę o zabytkach, dzieciach i starych polakach. Kościół rzeczywiście jest królewski, bo niby drewniany, a jednak wielki jak murowany i niby barokowy, a jednak pamiętający XV wiek. Ma wszystko, czym szczycą się solidne miejskie fary (czyli najważniejsze świątynie w mieście), a więc wieżę, 3 nawy, prezbiterium i parę kaplic po bokach (w tym jedną - murowaną z zakrystią u dołu a drugą z lożą dla właściciela wsi. Bardzo exclusive). Ma także pyszną barwną polichromię, częściowo jeszcze średniowieczną. Ale częściowo. Jest to wysoce zagadkowe, że na tym przedpolu kresowym, gdzie wojny przewalały się częściej niż wozy z sianem po żniwach, zachowało się tyle starych drewnianych kościołów. Podejrzewamy, że albo wszystkie te wojny to pic na wodę, albo kościoły są kuloodporne i pożaroobojętne. Ta druga okoliczność wydaje nam się bardziej prawdopodobna, a dowodem tego rok 1915, kiedy do świątyni w Iwoniczu wpadł pocisk artyleryjski i nie wybuchnął. Typowa kuloodporność.

Address

Zborov
08633

Alerts

Be the first to know and let us send you an email when Blog zabytkowy posts news and promotions. Your email address will not be used for any other purpose, and you can unsubscribe at any time.

Share

Category