18/03/2026
Uczenie Slow to jedno z największych wyzwań jakie napotkałam, pośród wszystkich moich ścieżek zawodowych.
Tak samo dużym wyzwaniem (w większości przypadków) jest samo uczenie się Slow...
Co jakiś czas dostaję pytanie od kursantów/ek, dlaczego akurat Slow stało się oczkiem w mojej głowie. Co mnie tak w nim pociągało, że pociągnęło na dekadę eksplorowania i zgłębiania.
Z perspektywy czasu myślę, że była to tęsknota za autentycznością. Za możliwością bycia sobą wśród innych, bez widma bycia odtrąconą.
Mechanizmy obronne (w tym tak powszechne w autyzmie czy ADHD maskowanie) to solidna tarcza, dzięki której faktycznie przeżywamy wiele lat i nawet dochodzimy do rzeczy, o jakich by nam się nie śniło.
Jednak tarcza ta waży sporo i sporo zasłania.
Spotykanie ludzi, przy których możemy ją odłożyć (i czuć się bezpiecznie) to zwykle pierwsze sygnały dla struchlałej jaźni, że być może można inaczej.
Spotkania te to prawdziwe dary, bo sama świadomość, że można choć na chwilę tarczę odłożyć, zaczyna rodzić myśli, że może da się to zrobić na stałe i wyczula nasz wewnętrzny kompas na okazje, które - do tej beztarczowej wersji nas - mogłyby nas przybliżać.
Dla mnie to było kilka podejść w różnych dziedzinach. Improwizacja okazała się najskuteczniejszą z nich, a Slow robi to, co impro, tylko do kwadratu.
Gdy uczymy się Slow, przede wszystkim szukamy siebie.
Swojej prawdy i natury, ze wszystkimi jej odcieniami.
Momenty prawdy na scenie pięknie widać na publiczności, która zamiera i nie może oderwać wzroku w napięciu lub - przeciwnie, gdy prawdy nie ma - wraca plecami na oparcia, zaczyna się rozglądać po scenie i jakby nie może sobie znaleźć dobrej pozycji do siedzenia.
Znika napięcie, uwaga, zainteresowanie.
Zamyka się kanał między nami a widzem, a jeszcze wcześniej między nami a drugim człowiekiem na scenie.
A żeby ten kanał odsłonić, trzeba odłożyć tarczę...
Trzymam kciuki za kolejne podejścia i dziękuję za zaufanie i możliwość towarzyszenia w tej pięknejchoćniełatwej ścieżce ku sobie ❤️
Chela