29/04/2026
ANDRIEJ RUBLOW (1966), czyli Artysta szuka siebie
W kinie radzieckim temat historyczny pojawiał się często, ale w dość ograniczonym kontekście: dla decydentów tamtejszej kinematografii historia zaczynała się w roku 1917, zaś swą kulminację osiągała w okresie 1941-45, w okresie tzw. wielkiej wojny ojczyźnianej. Sięgnięcie w historię głębiej zdarzało się rzadko i to w raczej określonym kontekście. Na przykład, „Aleksander Newski” Eisensteina był filmem zrealizowanym w określonym celu politycznym – dla mobilizacji społeczeństwa wobec zagrożenia wojennego: po pakcie Ribbentrop-Mołotow został zdjęty z ekranów, by powrócić na nie w chwili napaści Hitlera na ZSRR. Także wyraźny cel polityczny miał „Iwan Groźny” tego samego Eisensteina: w bohaterze tytułowym Stalin dostrzegł apoteozę siebie, kiedy zaś w „Spisku bojarów”, drugiej części planowanej trylogii, reżyser zmienił perspektywę patrzenia na władcę, na nagradzanego niedawno twórcę posypały się cięgi, a film powędrował na półki.
W zamiarze artystycznym scenariusz „Andrieja Rublowa”, napisany przez Andrieja Tarkowskiego i Andrieja Konczałowskiego, to biografia największego rosyjskiego twórcy ikon, Andrieja Rublowa (1360-1430), rzucona jednak na szerokie tło historyczno-społeczne – czas tatarskich najazdów, szalejącej zarazy i nieustających zmagań chrześcijaństwa z pogaństwem. Przez ten okrutny świat wędruje bohater – wrażliwy artysta. Rublow zdobi sobór na Kremlu, maluje freski we Włodzimierzu. Będąc świadkiem tatarskiego najazdu i masakry wiernych, którzy schronili się w świątyni, malarz zabija jednego z napastników i w akcie pokuty składa śluby dozgonnego milczenia. Powróci jednak na drogę sztuki, kiedy zobaczy jak wiejski chłopak-samouk odlewa cerkiewny dzwon.
Tarkowski mówił o „Rublowie”, że jest filmem o ziemi, sławiącym cud egzystencji. Czarno-biały, panoramiczny, od szczegółu do pełnego planu, utrzymany konsekwentnie w poetyce, opartej na czterech elementach – mgle, błocie, kapiących świecach i śniegu – nakłania do zadumy. Ale to tylko jeden z aspektów filmu. Z drugiej strony jest to opowieść o artyście – wrażliwym obserwatorze, który zamyka swoje doświadczenie w dziele sztuki, w nadziei, że odbiorca właściwie je odczyta. Jak więc czytać „Rublowa”?
Dla pokolenia rówieśników Tarkowskiego i widzów młodszych, dorastających w czasach totalitarnych, film nie jest tajemnicą. Chaos ogarniętej tatarskim najazdem Rusi to przecież metafora współczesnego, osadzonego w latach 60. XX wieku, Związku Radzieckiego, początku ery breżniewowskiej, gumkującej – jak się to dziś, pół wieku później, mówi – wszelkie dokonania poststalinowskiej odwilży. A malarz obserwujący w milczeniu akty wandalizmu barbarzyńców – to sam reżyser. A sam film – czarno-biała, wyrafinowana metafora – już samą formą przeciwstawia się temu, co pstrokate i krzykliwe, co wkrótce zyska pogardliwą nazwę „pokazuchy” – propagandowego obrazu radzieckiego dobrobytu, przykrywającego ponurą na co dzień rzeczywistość. Tarkowski jeszcze się nie przeciwstawia, nie krzyczy, nie mówi wprost, ale pokazując ową metaforę wskazuje drogę innym artystom. Niewątpliwy, autoteliczny charakter „Andrieja Rublowa” stał się jednym w z celów zaciekłej krytyki, z którą film spotkał się w ZSRR. Obok wyświechtanego zarzutu formalizmu – słowa-klucza z czasów stalinowskich – Tarkowskiego oskarżano o propagowanie religii, defetyzm i epatowanie okrucieństwem.
Wystarczyło, by odłożyć gotowy film na półki, mimo dokonania przez Tarkowskiego drastycznych skrótów – kazano mu wyciąć około godziny. Mimo zamknięcia w archiwach, legenda filmu żyła swoim życiem. Ostatecznie władze w Moskwie zgodziły się pokazać film w Cannes. Pech chciał, że był to rok 1968 i grupa francuskich filmowców, w proteście przeciwko usunięciu Henri Langloise’a ze stanowiska dyrektora Cinemateque Francaise, zerwała festiwal, grzebiąc szanse na nagrody nie tylko dla „Rublowa”, ale i dla „Pali się moja panno” Formana, „Mrożonego peppermintu” Saury czy „Żywota Mateusza” Leszczyńskiego. Rok później o film upomnieli się francuscy komuniści. Rosjanie tak manewrowali z kopią, że ostatecznie „Rublowa” pokazano poza konkursem, ostatniego dnia, o godz. 4:00 nad ranem. A i tak dostał nagrodę FIPRESCI – międzynarodowej krytyki, co w Moskwie wywołało autentyczną wściekłość.
Zdaniem J. Hobermana [wówczas czołowego krytyka filmowego „The Village Voice”, podpisującego się właśnie tak, inicjałem], „Andriej Rublow” jest bardziej ikoną niż opowieścią o malarzu ikon. To portret artysty, którego nikt nie dotyka pędzlem. Wszystko pochodzi od Boga, Rublow zaś z Jego woli nadaje rzeczom właściwy kształt. Ale z drugiej strony nie było bardziej znaczącego filmu o roli artysty – już sama obecność Rublowa uzasadnia akt kreacji.
Filmy Andrieja Tarkowskiego w programie Akademii Filmowej już w poniedziałek, 4 maja br. o godz. 17:00, w warszawskim kinie Elektronik, ul. Gen. Zajączka 7, oraz on-line, od godz. 18:00, po zarejestrowaniu się na stronie www.akademiafilmowa.pl.