SZORTAL

SZORTAL Portal literacki. Newsy, recenzje.

Pięć Krain tom 10. Znów muszą się bać – David Chauvel, Jérôme LereculeyJagoda WochlikSeria komiksowa „Pięć Krain” jest o...
20/05/2026

Pięć Krain tom 10. Znów muszą się bać – David Chauvel, Jérôme Lereculey

Jagoda Wochlik

Seria komiksowa „Pięć Krain” jest określana mianem „Gry o tron” w świecie zwierząt. Na całość ma się składać zbiór komiksów dziejących się we wszystkich tytułowych pięciu krainach. Do tej pory otrzymaliśmy już historię kociej krainy, obecnie przebywamy w kraju małp. „Znów muszą się bać” to dziesiąty tom serii.

Alissa postanawia spalić rodzinną siedzibę, żeby pokazać siłę swojego klanu. Nie wszystko idzie jednak zgodnie z planem. Prowadzący śledztwo komisarz Shin musi mierzyć się także z lokalną polityką i faktem, że nie każdemu w równym stopniu zależy, by sprawca zbrodni został odnaleziony i osądzony. Wątek przebywających w dżungli archeologów (ten zdecydowanie lubię najmniej i jest mi w zasadzie obojętny) również rozwinięto. Zostają oni bowiem pochwyceni przez plemię, z którego pochodzi ich wcześniejszy wybawiciel. Natomiast w pałacu księżniczka Keona powoli godzi się z faktem, że jej miłość się nie spełni i zaczyna szukać dla siebie nowej drogi. Dawna mistrzyni sztuk walki nie cofnie się przed niczym, nawet przed oszustwem, by zdobyć pieniądze na leczenie dziecka (kolejny moim zdaniem kompletnie nieinteresujący wątek).

„Pięć Krain” to seria, którą od początku bardzo przyjemnie mi się czytało. Niewątpliwym plusem małpiego kraju jest jego egzotyczność – wystylizowano go bowiem na Azję, najprawdopodobniej Japonię. Sama historia, choć wciąż ciekawa, wydaje mi się mniej angażująca niż ta, która dotyczyła kotów. Są tutaj postacie, których los kompletnie mnie nie obchodzi, gdy przy poprzedniej odsłonie taka sytuacja nie miała miejsca. W żaden z wątków nie jestem na tyle zaangażowana, żeby zastanawiać się, jak sprawy potoczą się dalej, a w przypadku kociej historii bardzo mnie to ciekawiło.

Ilustracje pozostają na najwyższym poziomie. Bardzo podoba mi się ta estetyka – zderzenie antropomorficznych zwierząt, wyrazistych kolorów, baśniowego piękna z pokazywaniem brutalności, jaką rządzi się ten świat.

Po raz kolejny muszę stwierdzić, że druga z pięciu odsłon „Pięciu Krain” podoba mi się dużo mniej od poprzedniczki, nie ma w niej tej gwałtowności, elementu zaskoczenia i nieprzewidywalności, które towarzyszyły pierwszej części. Ale nadal uważam, że to świetny komiks, zdecydowanie wart waszej uwagi.

Autor: David Chauvel, Jérôme Lereculey
Tytuł: Pięć Krain tom 10 Znów muszą się bać
Wydawnictwo: Egmont
Tłumaczenie: Maria Mosiewicz
Data wydania: luty 2026
Liczba stron: 60
ISBN: 9788328178441

Władza absolutna. Tom 2: Ruch oporu – Mark Waid, Dan Mora i inniSztuka utrzymywania napięciaMarek AdamkiewiczPierwsza od...
19/05/2026

Władza absolutna. Tom 2: Ruch oporu – Mark Waid, Dan Mora i inni

Sztuka utrzymywania napięcia

Marek Adamkiewicz

Pierwsza odsłona „Władzy absolutnej”, czyli kolejnego wielkiego eventu od DC Comics, była zaskakująco dobrym komiksem. Mówię to z perspektywy osoby zmęczonej crossoverami o wysokiej stawce – historiami wypluwanymi przez wydawnictwo z niesamowitą regularnością i prezentującymi starcia z kolejnymi gargantuicznymi zagrożeniami. Tym razem było w tym wszystkim więcej ducha, wydarzenia miały realne znaczenie, a fabuła w znacznej mierze pozostawała „przy ziemi” – i to te czynniki zadecydowały o dobrym odbiorze „Pozbawionych mocy”. Drugi tom zapowiadał się w tym kontekście nader interesująco.

Po ataku Amandy Waller i podległych jej zespołów superbohaterowie zostają pozbawieni mocy i uwięzieni w specjalnym więzieniu. Nie wszystkich udaje się jednak schwytać – najważniejsi z nich nadal pozostają na wolności i organizują ruch oporu przeciwko nowej, niezwykle skutecznej sile. Ocaleni muszą zmierzyć się z całym arsenałem dostępnym Waller, w tym z dawnymi druhami, którzy teraz walczą po przeciwnej stronie konfliktu.

Duże komiksowe eventy mają to do siebie, że zaczynają z wysokiego pułapu. Mocne otwarcie, wysoka stawka i spektakularne zwroty akcji skutecznie przyciągają uwagę czytelnika. Prawdziwy test przychodzi jednak w kontynuacji – to moment, gdy trzeba utrzymać tempo i rozbudować obraz konfliktu, nie wywołując przy tym wrażenia, że fabuła drepcze w miejscu przed wielkim finałem. Drugi tom „Władzy absolutnej” trafia właśnie w ten najbardziej niewdzięczny moment eventu, ale z postawionego mu zadania wywiązuje się zaskakująco dobrze.

„Władza absolutna” to miks zeszytów z różnych serii i, jak łatwo się domyślić, ich poziom jest zróżnicowany. Co jednak istotne – mało który rozdział (czy to należący do głównej opowieści, czy do któregoś z tie-inów) wyróżnia się in minus. Seria jest wyjątkowo równa. Ciekawie prezentują się na przykład wątki z udziałem Batmana. W ich kontekście podobać może się powrót do motywów z runu Chipa Zdarsky’ego, zwłaszcza Failsafe’a. Pokazuje to, że twórcy mają spójną wizję i potrafią twórczo wykorzystywać najlepsze motywy z różnych serii. Batman, jako największy detektyw Uniwersum DC, idealnie pasuje do świata, w którym bohaterowie muszą działać „od dołu” – świetnie używa swoich umiejętności do działania w konspiracji.

Znaczna część albumu to spektakularna nawalanka, podczas której bohaterowie muszą mierzyć się z kolejnymi zagrożeniami przygotowanymi przez Waller. W kolejnych rozdziałach czuć rangę wydarzeń napięcie – warto to odnotować, bo w eventach nastawionych na widowiskowość wcale nie jest to oczywiste. Na szczęście tym razem twórcom udało się znaleźć złoty środek między patosem a mocą opowieści. Pomogło w tym także pojawiające się momentami rozluźnienie atmosfery. Najlepszym przykładem jest zeszyt, w którym Wonder Woman i Robin przesłuchują Bumeranga, chcąc zdobyć lokalizację tajnego więzienia Waller. To historia oparta bardziej na dialogach i dynamice postaci niż na czystej akcji. Mimo to od początku do końca czuć napięcie, a scenarzysta (tutaj jest nim Tom King) udanie pokazuje różnicę charakterów Diany i Damiana. Zeszyt wyróżnia się także absurdalnym, repetytywnym humorem, który jest specyficzny (podejrzewam, że niektórzy czytelnicy z tego powodu uznają ten rozdział za najgorszy w tomie), ale świetnie działa jako chwilowa odskocznia od wielkiej skali całego eventu.

Podobnie jak poprzednio, również tym razem warstwa graficzna jest bardzo zróżnicowana. Na szczęście praktycznie każdy zeszyt można uznać za udany – twórcy stanęli na wysokości zadania, dzięki czemu czytelnicy otrzymali nowoczesne, dynamiczne ilustracje, które po prostu dobrze się ogląda. Sympatycznym dodatkiem jest też galeria okładek zamieszczona na końcu albumu, choć dobrze byłoby, gdyby jednak umieszczono ich w niej trochę więcej.

Wydaje się, że „Ruch oporu” uniknął mielizn charakterystycznych dla środkowych części trylogii. To album równie udany jak „Pozbawieni mocy”, co naprawdę cieszy, a do tego pierwszy od dawna crossover DC Comics, który tak przypadł mi do gustu. Tytuł wygrywa przede wszystkim tym, że po prostu angażuje, a kolejne zeszyty nie zlewają się w jedno, tylko są odpowiednio zniuansowane. Jasne – nie jest to instant classic, ale na płaszczyźnie czysto rozrywkowej komiks prezentuje się solidnie. Mam nadzieję, że zakończenie tej historii okaże się równie udane. Przekonamy się o tym już za miesiąc.

Seria: Władza absolutna
Tom: 2
Scenariusz: Mark Waid i inni
Rysunki: Dan Mora i inni
Kolory: różni artyści
Tłumaczenie: Tomasz Sidorkiewicz
Tytuł oryginału: Absolute Power Tome 2
Wydawnictwo: Egmont
Wydawca oryginału: DC Comics
Data wydania: kwiecień 2026
Liczba stron: 312
Oprawa: twarda
Papier: kredowy
Wydanie: I
Format: 170 x 260
ISBN: 978-83-281-7342-2

Żony ze Stepford – Ira LevinW pułapce męskich wyobrażeńMarek AdamkiewiczWznowienia klasycznych powieści to świetna spraw...
18/05/2026

Żony ze Stepford – Ira Levin

W pułapce męskich wyobrażeń

Marek Adamkiewicz

Wznowienia klasycznych powieści to świetna sprawa, bo dzięki nim nowe pokolenia dostają możliwość zapoznania się z książkami, które weszły do kanonu literatury. Jeśli chodzi o pisarstwo Iry Levina, jego najsłynniejszym dziełem jest oczywiście „Dziecko Rosemary”, ale „Żony ze Stepford” nie stoją daleko w tyle. Odświeżenie tej pozycji to znakomity ruch, także ze względu na poruszaną tematykę, która dziś wydaje się wyjątkowo aktualna.

Joanna Eberhart wraz z mężem i dziećmi wprowadza się do małego miasteczka Stepford. Miejsce wydaje się wręcz wyjęte z amerykańskiego snu – jest spokojne, malownicze i schludne. Szybko okazuje się jednak, że ten obraz ma w sobie nutkę fałszu. Tutejsze kobiety to prawdziwe, nierzeczywiste wręcz ideały. Czy za tą fasadą perfekcji kryje się coś mroczniejszego? Joanna będzie musiała się tego dowiedzieć, jeśli chce zachować zdrowe zmysły.

Kim są kobiety w oczach mężczyzn? Czy powinny dostosowywać się do oczekiwań swoich partnerów? To jedna z istotniejszych kwestii poruszanych na kartach „Żon ze Stepford”. Levin podchodzi do tego zagadnienia w sposób przewrotny. Nie mówi niczego wprost, ale pokazuje wykrzywiony obraz rzeczywistości, w którym panowie za zamkniętymi drzwiami Stowarzyszenia Mężczyzn snują podłe, przebiegłe plany. Nietrudno się domyślić, jaka jest ich istota, zwłaszcza jeśli spojrzymy na obraz „idealnego” Stepford, w którym kobiety dbają o dom i o swoich mężów, nie wykazując przy tym żadnych innych ambicji.

Na kartach „Żon ze Stepford” Levin sugeruje, że jest to obraz, jaki chce widzieć w swoich domach większość głów rodzin – żony jako ładne, posłuszne laleczki, które nie tylko utrzymają porządek, ale i bez marudzenia zaspokoją wszystkie potrzeby seksualne swoich partnerów. Czy to prawda? Czy właśnie tak większość mężczyzn postrzega kobiety? Mimo że powieść na pewno trafiła w swoje czasy (bo w latach siedemdziesiątych XX wieku kwestia równouprawnienia kobiet nadal była niezwykle istotna i było o co walczyć), to wydaje się, że jest to wizja, która jednak za bardzo generalizuje. Na pewno efektowniej jest sprzedawać patologiczny obraz jako główną cechę charakteryzującą daną grupę, ale warto pamiętać, że świat po prostu nigdy nie wygląda aż tak czarno-biało.

„Żony ze Stepford” czyta się bardzo szybko. Levin prowadzi fabułę od punktu A do punktu B, nie zbaczając nigdzie po drodze. Taki zabieg dynamizuje tę statyczną w gruncie rzeczy opowieść i pomaga w utrzymaniu uwagi czytelnika. Pod względem konstrukcyjnym powieść wydaje się podobna do starszego o pięć lat „Dziecka Rosemary”. Jesteśmy świadkami rosnącego powoli niepokoju bohaterki i czujemy coraz bardziej zagęszczającą się atmosferę. Powstaje pytanie, czy coś jest nie tak z otaczającym panią Eberhart światem, czy może to ona powoli traci zdrowe zmysły? W bardzo podobnych okolicznościach żyła Rosemary Woodhouse. Mimo to nie sposób mówić o wtórności, bo zabieg po prostu działa – buduje napięcie, atmosferę i poczucie zagrożenia, a są to elementy niezwykle istotne w tej opowieści.

Kilka słów należy się jakości nowego wydania tej klasycznej powieści. Po wzięciu książki do ręki uwagę zwraca przede wszystkim starannie wykonana, stylowa okładka. Jest minimalistyczna, ale zapada w pamięć. Czy zdradza zbyt wiele? Być może, choć wydaje mi się, że i tak większość z czytelników doskonale wie, co znajdzie w środku. Książka mogłaby się co prawda obyć bez Kingowskiej polecajki, ale już trudno – widocznie część osób chętniej po nią sięgnie, jeśli zarekomenduje ją literacka osobistość tak wielkiego kalibru. W środku znajdziemy z kolei czcionkę sensownej wielkości (to plus zwłaszcza dla czytelników po czterdziestce, do których się zresztą zaliczam) i dobrze ustawione interlinie, co sprawia, że czyta się ją bez zmęczenia oczu. Wrażeniu schludności sprzyjają także twarda oprawa, niezbyt duży format oraz lekko chropowata okładka – książka bardzo dobrze leży w dłoni. Tylko tak wydane tytuły mają szansę odciągnąć mnie na dłużej od czytnika e-booków.

Prawie pięćdziesiąt pięć lat po premierze „Żony ze Stepford” nadal mają sporą siłę rażenia. Powieść Iry Levina nie tylko nie trąci myszką, ale nadal prowokuje do dyskusji o konflikcie płci i cenie niezależności. Choć ubrana w szaty literatury rozrywkowej, ma sporo do zaoferowania i jest warta kolejnych wydań, bo także dzisiaj pozostaje po prostu na czasie.

Autor: Ira Levin
Tytuł: Żony ze Stepford
Tytuł oryginału: The Stepford Wives
Tłumaczenie: Janusz Ochab
Wydawca: Albatros
Data wydania: maj 2026
Liczba stron: 192
ISBN: 978-83-8361-798-5

Kantyczka dla Leibowitza – Walter M. Miller Jr.Marek AdamkiewiczPostapokalipsa od lat jest zwierciadłem zbiorowych lęków...
08/05/2026

Kantyczka dla Leibowitza – Walter M. Miller Jr.

Marek Adamkiewicz

Postapokalipsa od lat jest zwierciadłem zbiorowych lęków – zmieniają się tylko ich źródła. Dawniej był to strach przed nuklearną zagładą, dziś dochodzą do niego obawy związane z kryzysem klimatycznym, niekontrolowanym rozwojem technologii czy rozpadem porządku społecznego. Niezależnie od epoki gatunek nie tyle opowiada o końcu świata, ile o konsekwencjach ludzkich decyzji i złudzeniu, że „tym razem będzie inaczej”. Na tym tle „Kantyczka dla Leibowitza” jawi się jako dzieło wyjątkowe – nie tylko dlatego, że powstało w cieniu zimnowojennej paranoi, ale przede wszystkim dlatego, że wykracza poza doraźny komentarz do swojej epoki.

Akcja rozgrywa się na przestrzeni stuleci po nuklearnej zagładzie, która cofnęła ludzkość do poziomu barbarzyństwa i doprowadziła do odrzucenia dawnej wiedzy. Pierwszy segment skupia się na losie braci z Zakonu Leibowitza, którzy w postapokaliptycznej rzeczywistości mozolnie kopiują i przechowują szczątki przedwojennej nauki, traktując je niemal jak relikwie, mimo że często nie rozumieją ich znaczenia. W drugiej odsłonie, gdy cywilizacja zaczyna się odradzać, zgromadzona przez zakon wiedza staje się fundamentem nowego renesansu, a uczeni i władcy ponownie odkrywają potęgę nauki, nie zawsze jednak wyciągają właściwe wnioski z przeszłości. Finał przenosi nas do świata, który osiągnął zaawansowanie technologiczne porównywalne z dawną cywilizacją, po czym ponownie stanął w obliczu konfliktów i widma samozagłady. Zakon stara się ocalić to, co może przetrwać kolejną katastrofę.

Najciekawiej wypada sposób, w jaki Walter M. Miller Jr. konstruuje wizję historii jako procesu cyklicznego. Kolejne części powieści układają się w powtarzalny schemat: odradzanie się cywilizacji po katastrofie, stopniowy rozwój wiedzy i technologii aż po moment, w którym ludzkość znów sięga po narzędzia prowadzące do samozniszczenia. To coś więcej niż efektowna rama konstrukcyjna – to wyraźna teza, w myśl której postęp techniczny nie idzie w parze z rozwojem moralnym. Miller z rozmysłem podważa optymistyczną wiarę w nieustanny rozwój, sugerując, że człowiek pozostaje w gruncie rzeczy taki sam, niezależnie od epoki. Co jednak istotne, nie prowadzi to do całkowitego nihilizmu, ponieważ w tle tej diagnozy pojawia się przekonanie, że pewne wartości są w stanie przetrwać nawet największe załamania.

Na osobną wzmiankę zasługuje motyw napięcia między elitami intelektualnymi a resztą społeczeństwa, brzmiący zaskakująco aktualnie. Miller pokazuje świat, w którym pamięć o dawnych katastrofach prowadzi do nieufności wobec osiągnięć nauki i tych, którzy je przechowują. Wiedza staje się w nim czymś podejrzanym, a jej strażnicy funkcjonują na marginesie. Choć w powieści rzecz przybiera skrajną formę, to łatwo dostrzec tu echo współczesnych zjawisk. Widać to chociażby w rosnącej podejrzliwości wobec ekspertów, sporach wokół autorytetu nauki czy widocznym zwłaszcza w czasie pandemii koronawirusa ruchu antyszczepionkowców. Miller nie jest łopatologiczny, ale sugeruje, że zerwanie więzi między wiedzą a społeczeństwem ma poważne konsekwencje, bo bez zaufania zwykłego człowieka, najbardziej wartościowe osiągnięcia mogą zostać odrzucone lub wypaczone.

Równie ważny jest motyw przechowywania i przekazywania wiedzy, która w świecie po katastrofie urasta do rangi kluczowej. Miller pokazuje zakon jako strażnika fragmentów dawnej cywilizacji – często niezrozumiałych, ale mimo to chronionych przed zapomnieniem. To jednak nie tylko opowieść o fizycznym ocalaniu wiedzy, lecz także o jej kruchości i podatności na zniekształcenia. W tym kontekście szczególnie interesująco wybrzmiewa współczesne odczytanie powieści: dziś problemem nie jest już wyłącznie utrata wiedzy, lecz jej nadmiar, rozproszenie i podatność na manipulację. Samo istnienie nie gwarantuje jej zrozumienia ani właściwego wykorzystania. Ostatecznie książka stawia niewygodne pytanie o to, czy cywilizacja potrafi naprawdę uczyć się na własnych doświadczeniach, skoro nawet zachowana wiedza z czasem może zostać zdeformowana.

„Kantyczka dla Leibowitza” to opowieść, którą trudno zignorować – nie tylko jako klasykę gatunku, ale przede wszystkim jako wciąż żywy komentarz do rzeczywistości. Walter M. Miller Jr. stworzył dzieło, które wyraźnie wyrasta z lęków swojej epoki, ale zaskakująco dobrze znosi próbę czasu i pozostaje aktualne także w kolejnych dekadach. To jeden z tych tytułów, które nie zawsze czyta się łatwo, ale rekompensuje to wagą poruszanych tematów i zdolnością do prowokowania refleksji. To książka, która się nie starzeje, ale niepokojąco przystaje do zmieniającego się świata. Być może właśnie dlatego wciąż zasługuje na miano klasyki, do której warto wracać nie z obowiązku, lecz z potrzeby zrozumienia tego, co dzieje się wokół nas.

Autor: Walter M. Smith Jr.
Tytuł: Kantyczka dla Leibowitza
Tytuł oryginału: A Canticle for Leibowitz
Tłumaczenie: Adam Szymanowski
Wydawca: Rebis
Data wydania: kwiecień 2026
Liczba stron: 424
ISBN: 978-83-8338-440-5

Dom Slaughterów. Tom 6: Lazur – Sam Johns, Letizia CadoniciDobrze, że to już koniecMarek AdamkiewiczFunkcja spin-offa ja...
07/05/2026

Dom Slaughterów. Tom 6: Lazur – Sam Johns, Letizia Cadonici

Dobrze, że to już koniec

Marek Adamkiewicz

Funkcja spin-offa jakiegoś cyklu wydaje się być nieco niewdzięczna. Dlaczego? Z jednej strony tego typu tytuły powinny rozszerzać dane uniwersum, z drugiej zaś muszą bronić się jako samodzielne historie. „Dom Slaughterów” od początku funkcjonuje właśnie w tej dość niewygodnej przestrzeni pomiędzy dodatkiem a pełnoprawną opowieścią. Seria próbuje zagospodarować to, co w „Coś zabija dzieciaki” pozostawało gdzieś w tle. Szósty tom, „Lazur”, to jej ostatnia odsłona.

Nolan, na co dzień pracujący w centrum informatycznym Domu, musi przerwać swoją rutynę z uwagi na pojawienie się monstrum uwolnionego z totemu Szkarłatnej Maski, Edwina Slaughtera. Incydentalne z pozoru zdarzenie przeradza się w śledztwo prowadzące bohatera do odkrycia spisku mogącego zagrozić fundamentom całej organizacji. W miarę rozwoju wydarzeń Nolan lawiruje między lojalnością wobec Zakonu a własnymi wątpliwościami, szukając wsparcia wśród nieoczywistych sojuszników i próbując powstrzymać nadciągające niebezpieczeństwo, zanim sytuacja wymknie się spod kontroli.

Szósty tom „Domu Slaughterów” próbuje rozbudowywać świat przedstawiony. Autor (a raczej „osoba autorska”, jak widnieje w notkach odnośnie do twórców) stara się zajrzeć głębiej w struktury Zakonu, przedstawić jego hierarchię oraz mechanizmy działania. Nie są to jednak informacje podane wprost – dominują niedopowiedzenia i sugestie. Czy to dobry wybór? Dla niektórych czytelników na pewno, bo taki manewr buduje tajemnicę wokół Zakonu św. Jerzego i podległych mu domów, ale dla innych (w tym także dla mnie) będzie to tylko źródłem frustracji. Ostatecznie lore i tak pozostaje największą siłą serii i głównym powodem, dla którego warto sięgać po kolejne tomy, także po ten.

Największym atutem pozostają bohaterowie, przede wszystkim Edwin. Przyciąga uwagę swoją niejednoznacznością moralną i wewnętrznymi konfliktami. Relacje między bohaterami często są napięte i oparte na niedopowiedzeniach oraz wzajemnej nieufności, co dobrze wpisuje się w charakter serii. Mimo to potencjał postaci nie zawsze jest w pełni wykorzystywany, choć to właśnie one stanowią główny punkt zaczepienia dla czytelnika w tej dość hermetycznej historii.

Sama opowieść miejscami bywa zagmatwana. Kolejne sceny nie zawsze łączą się w klarowną całość, a brak wyraźnych punktów orientacyjnych utrudnia zrozumienie przebiegu wydarzeń. Finał tomu, a zarazem całej serii, nie generuje żadnego efektu wow – zamiast satysfakcjonującego domknięcia wątków dostajemy raczej kolejne pytania i niedopowiedzenia. Mniej czepliwi czytelnicy powiedzą, że jest to element stylu serii, ale ja widzę to raczej jako poważną barierę w dobrym odbiorze tej historii. Trzeba też powiedzieć, że mamy tu nadmiar dialogów i ogólną rozwlekłość narracji. Komiks poświęca zbyt dużo miejsca rozmowom, które nie zawsze wnoszą nowe informacje ani nie popychają fabuły do przodu. W efekcie tempo wyraźnie siada, a lektura może nużyć.

Strona wizualna komiksu całkiem nieźle współgra z klimatem całej serii. Sposób przedstawienia postaci jest zgodny z estetyką, do jakiej przyzwyczajono nas zarówno na kartach „Domu Slaughterów”, jak i „Coś zabija dzieciaki”. Swoje robią zwłaszcza charakterystyczne maski, które nadal przyciągają uwagę i budują tożsamość świata. Największym atutem warstwy graficznej jest klimat i kolorystyka, skutecznie budujące nastrój i wyróżniające serię na tle innych komiksowych horrorów.

Mimo interesującego świata przedstawionego i potencjalnie mocnych tematów zamknięcie „Domu Slaughterów” nie ma specjalnego ładunku emocjonalnego. Wydarzenia, które powinny wybrzmieć dobitniej, przechodzą bez większego echa, a stawka opowieści wydaje się niewystarczająco odczuwalna. W rezultacie tom jest poprawny, ale mało angażujący i nikomu raczej nie zostanie w pamięci na dłużej.

Seria: Dom Slaughterów
Tytuł: Lazur
Tom: 6
Scenariusz: Sam Johns
Rysunki: Letizia Cadonici
Kolory: Francesco Segala
Tłumaczenie: Paweł Bulski
Tytuł oryginału: House of Slaughter Vol. 6 – Azure
Wydawnictwo: Non Stop Comics
Wydawca oryginału: Boom Comics
Data wydania: marzec 2026
Liczba stron: 144
Oprawa: miękka
Papier: kredowy
Format: 170 x 260
ISBN: 978-83-6854-196-0

Star Wars. Inkwizytorzy – Rodney Barnes, Ramon RosanasNikt nie spodziewał się… bezbarwnej inkwizycjiMarek AdamkiewiczInk...
05/05/2026

Star Wars. Inkwizytorzy – Rodney Barnes, Ramon Rosanas

Nikt nie spodziewał się… bezbarwnej inkwizycji

Marek Adamkiewicz

Inkwizytorzy. Psy gończe Dartha Vadera. Bohaterowie z jednej strony niezwykle charyzmatyczni, z drugiej bardzo enigmatyczni. Polujący na Jedi łowcy pobudzają wyobraźnię fanów, a opowieści, w których występują, stanowią pole do popisu dla autorów mających okazję powiedzieć coś ciekawego o postaciach ukrytych w cieniu i zapisać nowe karty w historii uniwersum Star Wars. Rodney Barnes, znany fanom m.in. za sprawą komiksu „Lando. Wszystko albo nic”, prezentuje opowieść, w której Inkwizytorzy mają być nie tylko tajemniczym dodatkiem.

Grupa imperialnych Inkwizytorów zostaje wysłana na misję schwytania ocalałego z Rozkazu 66 Jedi, Tensu Runa, który ukrywa się na odległej planecie, próbując odnaleźć swoje miejsce w świecie po upadku Zakonu. Polowanie szybko przeradza się w brutalną rozgrywkę nie tylko między łowcami a ofiarą, ale także wewnątrz samej grupy pościgowej, której członkowie rywalizują o uznanie Dartha Vadera i uniknięcie jego gniewu. W miarę rozwoju wydarzeń napięcie rośnie, a kolejne starcia obnażają zarówno determinację Jedi, jak i bezwzględność Imperium.

Ulokowanie opowieści w okresie obowiązywania (nie)sławnego „rozkazu 66” dawało spore możliwości. I w niektórych aspektach Barnes dobrze je wykorzystał. Udało mu się ukazanie opresyjności Imperium. W jego interpretacji to instytucja, która chce mieć całkowitą kontrolę nad życiem obywateli i rządzi prawdziwie żelazną ręką. Atmosfera ciągłego zagrożenia jest doskonale wyczuwalna, nawet w scenach z pozoru spokojnych, pokazujących życie na różnych planetach. Gdzieś w tle zawsze majaczy Imperium, które wszystko widzi, wszystko kontroluje. Taka narracja prowadzi świat przedstawiony w stronę mroku i desperacji i jest to dość przytłaczający obraz.

Potencjał Inkwizytorów nie został niestety w pełni wykorzystany. Autor stara się pokazać ich ludzką stronę i zaprezentować jako bohaterów z własnymi lękami, ambicjami i wewnętrznymi konfliktami, niestety szybko okazuje się, że rys psychologiczny jest jedynie lekko zarysowany i w żadnym momencie nie zostaje odpowiednio pogłębiony. Nie na tyle, by dobrze zrozumieć, czym kierują się kolejni członkowie tej brutalnej formacji. To tutaj Barnes miał największe możliwości, ale nie podołał zadaniu, także dlatego, że zbyt wiele uwagi poświęcił Vaderowi, który został wykorzystany jako postać ostatecznie rozwiązująca pojawiające się problemy i działająca na zasadzie „diabła z pudełka”.

Cztery zeszyty to chyba trochę za mało na historię, jaką chce opowiedzieć Barnes. Wiele wątków jedynie zarysowano, ale nie rozwinięto, a tempo narracji bywa zbyt szybkie. Efektem jest to, że nie udaje się nadać wydarzeniom odpowiedniego ciężaru. Można odnieść wrażenie, że autor przeskakuje między kluczowymi momentami bez budowania napięcia. Ten zarzut łączy się zresztą bezpośrednio z innymi problemami, zwłaszcza dotyczącymi postaci. W komiksie brakuje scen pogłębiających ich motywacje i relacje, przez co dramatyczne wydarzenia nie wybrzmiewają z realną siłą.

Rysunki generalnie pozostają całkiem czytelne, ale na znacznej przestrzeni albumu są także nieco zbyt zachowawcze i mało charakterystyczne. Mogłyby znaleźć się w każdym albumie z Odległej Galaktyki i do każdego, przez swoją generyczność, pasowałyby tak samo. Styl Ramona Rosanasa po prostu dobrze spełnia funkcję użytkową, ale nie zapada szczególnie w pamięć, nie wnosi też żadnej artystycznej świeżości. To bezpieczny standard Marvela.

Patrząc na „Inkwizytorów” całościowo, nie sposób nie ulec wrażeniu, że jest to komiks z dużym potencjałem, który nie został niestety odpowiednio wykorzystany. Dzieje się tak głównie przez ograniczoną objętość i brak pełnego rozwinięcia pomysłów, a większość problemów (z płaskimi postaciami na czele) sprowadza się właśnie do tego, że historia nie dostała wystarczająco dużo miejsca, by wybrzmieć w pełni. To lektura typu „na raz i do zapomnienia”.

Seria: Star Wars
Tytuł: Inkwizytorzy
Scenariusz: Rodney Barnes
Rysunki: Ramon Rosanas
Kolory: GURU-eFX
Tłumaczenie: Jacek Drewnowski
Tytuł oryginału: Star Wars: Inquisitors
Wydawnictwo: Egmont
Wydawca oryginału: Marvel Comics
Data wydania: marzec 2026
Liczba stron: 108
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Papier: kredowy
Format: 165 x 255
Wydanie: I
ISBN: 978-83-281-6323-2

Superman. Action Comics. Supergwiazdy – Jason Aaron, Gail Simone, John Timms, Eddy Barrows i inniAntologia bez superbłys...
04/05/2026

Superman. Action Comics. Supergwiazdy – Jason Aaron, Gail Simone, John Timms, Eddy Barrows i inni

Antologia bez superbłysku

Marek Adamkiewicz

Superman jaki jest, każdy widzi. To ktoś na wskroś altruistyczny, bez reszty oddany mieszkańcom Ziemi – swojej przybranej ojczyzny. Takiego znają go miliony fanów komiksu na całym świecie i właśnie ten wizerunek stał się ikoniczny. „Supergwiazdy” to projekt, w którym twórcy składają hołd klasycznemu spojrzeniu na Człowieka ze Stali. W skład albumu wchodzi pięć opowieści, które oryginalnie ukazywały się na łamach najstarszego periodyku o przygodach Ostatniego Syna Kryptona, czyli „Action Comics”. Ich twórcy chcieli pokazać największego amerykańskiego bohatera przede wszystkim jako symbol nadziei.

Kolejna odsłona przygód Człowieka ze Stali zbiera w całość kilka osobnych, krótkich opowieści. Na ich kartach zobaczymy kolejne starcie Supermana z Bizarro, będziemy świadkami walki bohatera z kosmicznymi czempionami w obronie Ziemian, a także dowiemy się, jak awans na redaktorkę naczelną „Daily Planet” wpłynie na relację Lois z Clarkiem. A to jeszcze nie wszystkie fabularne atrakcje „Supergwiazd”.

Jedno należy sobie powiedzieć od razu – ten komiks nie jest czymś, co będziemy wspominać latami. Zamieszczone w nim opowieści w znacznej mierze są po prostu przyzwoite i nie mają ambicji wywrócenia do góry nogami czy to mitologii, czy wizerunku Supermana. Czasami scenarzyści próbują powiedzieć coś nowego, ale robią to bez rewolucyjnego zacięcia. Tak dzieje się na przykład w otwierającym całość segmencie. „Ja, Bizarro” stara się odejść od komediowego ujęcia tytułowej postaci i uderza w nieco bardziej dramatyczne tony. Jest tu nawet miejsce dla szczypty refleksji i tragizmu, choć otoczono ją sporą dawką trykociarskiego patetyzmu. Historia potrafi zainteresować, głównie za sprawą interesujących rozterek Bizarro, który staje się tu kimś na kształt wykrzywionego odbicia Supermana.

Segment autorstwa Gail Simone jest z kolei zauważalnie bardziej rozrywkowy. Kosmiczny turniej, podczas którego Superman przechodzi kolejne próby, a stawką całego wydarzenia jest życie mieszkańców kilku miast, to klasyczny komiksowy pretekst do akcji i rozwałki. To bardzo przystępna opowiastka, której główną zaletą jest niski próg wejścia i nieustanna akcja. Superman został w niej pokazany jako ktoś, kto bez cienia wątpliwości zdecyduje się na udział w ustawionych zawodach, byle tylko ochronić niewinnych przed zagrożeniem. To klasyczne spojrzenie, trudno jednak pozbyć się wrażenia, że jest to historia zbyt zachowawcza i przewidywalna – nikt, kto choć trochę zna komiksy z Człowiekiem ze Stali, nie będzie miał najmniejszego problemu z odgadnięciem jej przebiegu.

Pozostałe segmenty nie wychylają się raczej z okopów trykociarskiej zachowawczości, choć czasami mają ambicję na „coś więcej” – na plus wyróżnia się przede wszystkim „Siła wyższa”, w której w ciekawy sposób poruszono tematykę wpływu nadziei na nasze życie i konsekwencji tego, gdy zostanie nam odebrana. To najjaśniejszy moment albumu, po którym całość wraca w fabularne koleiny. Rozumiem – takie były założenia, ale trzysta stron takiego podejścia potrafi zmęczyć. Dla die-hard fanów Supka owa swojskość, owszem, może być przyjemna, bo odwołuje się do sprawdzonych schematów i tradycji, ale jednocześnie naprawdę trudno mówić w kontekście tego albumu o czymś świeżym czy zaskakującym. W rezultacie właściwie każda z zaprezentowanych tu opowieści, niezależnie od tego, przez kogo została napisana, wydaje się być przede wszystkim bezpieczna i nie oferuje wiele ponad to, co już znamy.

Na całej przestrzeni „Supergwiazd” warstwa graficzna prezentuje się naprawdę porządnie. Jeśli miałbym ją wpasowywać w ocenowe widełki, powiedziałbym, że jest dobrze, a momentami bardzo dobrze. Wiele zależy, rzecz jasna, od preferowanego przez konkretnego czytelnika stylu rysunków – mi do gustu najbardziej przypadły prace Eddy’ego Barrowsa. Są niezwykle wyraziste i dynamiczne, zwłaszcza w scenach akcji, a jako że ilustrowany przez Brazylijczyka segment zasadza się na nieustannej walce, ma on pole do pokazania pełni swoich – niemałych zresztą – umiejętności.

Lektura „Supergwiazd” potrafi być satysfakcjonująca, ale jedynie w pojedynczych momentach i konkretnych scenach – raczej nie jako całość. W tym drugim ujęciu album pozostawia po prostu poczucie niedosytu. Brakuje w nim świeżości. To wszystko już było, a zamiast reinterpretacji czy pogłębienia postaci, dostajemy raczej wariacje na znane od lat tematy. Jeśli komuś to nie przeszkadza, to lektura będzie bezbolesna, bo poza wrażeniem wtórności dostaliśmy tu historie fachowo skonstruowane, ale pozostałym komiks może zwyczajnie oferować zbyt mało.

Tytuł: Supergwiazdy
Seria: Superman. Action Comics
Scenariusz: Jason Aaron, Gail Simone i inni
Rysunki: John Timms, Eddy Barrows i inni
Kolory: Rex Lokus, Romulo Fajardo Jr. i inni
Tłumaczenie: Jakub Syty
Tytuł oryginału: Superman. Action Comics: Superstars
Wydawnictwo: Egmont
Wydawca oryginału: DC Comics
Data wydania: marzec 2026
Liczba stron: 336
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Format: 167 x 255
Wydanie: I
ISBN: 978-83-281-7337-8

Adres

Marszałkowska
Warsaw
00-000

Ostrzeżenia

Bądź na bieżąco i daj nam wysłać e-mail, gdy SZORTAL umieści wiadomości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu i możesz zrezygnować z subskrypcji w dowolnym momencie.

Udostępnij