SZORTAL

Wskazówki dojazdu Strona internetowa

SZORTAL Portal literacki. Newsy, recenzje.

Król Smutek – Joe HillIle żaru w ogniu smoka?Marek AdamkiewiczJoe Hill już dawno wyszedł z cienia sławnego ojca. Choć, j...
25/09/2026

Król Smutek – Joe Hill

Ile żaru w ogniu smoka?

Marek Adamkiewicz

Joe Hill już dawno wyszedł z cienia sławnego ojca. Choć, jak podejrzewam, start miał ułatwiony, od dłuższego czasu pisze (nomen omen) własną literacką historię i, co najważniejsze, to, co wychodzi spod jego pióra, jest naprawdę godne uwagi. Na nową powieść Amerykanina czekało wielu czytelników, a apetyt podsycały zapowiedzi sugerujące fabułę monumentalną i wielowątkową. Rozbudowana historia, łącząca elementy horroru, fantasy i opowieści o przyjaźni, miała być kolejnym dowodem na to, że Hill nie boi się podejmować ambitnych wyzwań i wychodzić poza ramy gatunku. Teraz, kiedy „Król Smutek” wylądował w końcu na księgarnianych półkach, możemy zweryfikować, czy faktycznie było na co ostrzyć sobie zęby.

Sześcioro przyjaciół przyzywa do naszego świata smoka. Przedwieczny potwór ma im pomóc wybrnąć z beznadziejnej sytuacji, zabijając człowieka, który szantażuje jednego z nich. Zawarty pakt naznaczy ich życie na zawsze, ponieważ, jak szybko się okazuje, smok interpretuje warunki porozumienia po swojemu. W efekcie ofiara dla gada nie może być jednorazowa, lecz trzeba ją składać cyklicznie. Raz w roku ktoś musi stracić życie, aby zadowolić potwora. Jeśli tak się nie stanie, zginie ktoś z szóstki. Od tej pory przyjaciele muszą nie tylko szukać sposobu na oszukanie smoka, lecz także zmierzyć się z konsekwencjami decyzji, która zaważy na ich życiu i wystawi łączącą ich więź na próbę.

Jakim rodzajem powieści jest „Król Smutek”? Najlepiej będzie chyba powiedzieć, że to swego rodzaju kolaż. Joe Hill składa tę opowieść z elementów różnych gatunków literackich. Jest tu trochę fantastyki (z motywem smoka na czele), jest opowieść o przyjaźni i dojrzewaniu w cieniu wielkiego zagrożenia (tu kłaniają się motywy kingowskie, znane chociażby z „To”), a także całkiem emocjonujący thriller akcji rozgrywający się na pokładzie samolotu. Hill zanurza to wszystko w mitologii i folklorze, które w ciekawy sposób rozbudowują świat przedstawiony i konfrontują realizm z baśniowością. Sporo tego, w związku z czym zasadne wydaje się pytanie: czy tak wieloskładnikowy miks miał szansę zadziałać?

Odpowiedź na to pytanie jest w znacznej mierze twierdząca. Joe Hill potrafił okiełznać opowieść i utrzymać uwagę czytelnika, co nie było łatwe, zważywszy na rozmach całej narracji. Podzielił książkę na kilka części, z których każda rozgrywa się w innym momencie życia bohaterów. Zabieg ten pozwolił utrzymać świeżość fabuły, a także sprawił, że wraz z jej rozwojem zmienia się nasze postrzeganie poszczególnych postaci. Wchodzą one w kontakt z czymś niezwykłym, a to wydarzenie w pewien sposób determinuje ich dalsze losy. Nie jest to więc wyłącznie opowieść o jednym nadnaturalnym incydencie, lecz przede wszystkim historia długotrwałych konsekwencji decyzji podjętych w młodości. Początkowo nie wydają się one szczególnie dotkliwe, lecz z biegiem lat coraz silniej wpływają na życie każdego z bohaterów. Hill świetnie panuje nad tym elementem – potrafi pokazać, jak różni ludzie reagują na nagły dostęp do nieoczekiwanych możliwości i jak takie doświadczenie rzutuje na ich psychikę.

„Król Smutek” reklamowany jest jako połączenie baśni z horrorem. Tego drugiego znajdziemy tu jednak jak na lekarstwo. Taki obrót spraw może rozczarować tych czytelników, którzy spodziewali się grozy. Na szczęście powieść dobrze sprawdza się na innych polach, dzięki czemu można dość szybko zapomnieć o tym zarzucie. Szczególnie dobrze książka prezentuje się pod względem psychologicznym. Jedno z najważniejszych pytań, jakie pojawiają się w toku fabuły, brzmi: czy można usprawiedliwić wyrządzanie zła w imię większego dobra? Oczywiście – to motyw stary jak świat, jednak Hill nie podchodzi do niego w sposób banalny i łopatologiczny. Bohaterowie, którzy lata temu przywołali do naszego świata krwiożerczego smoka, mierzą się z kwestią odpowiedzialności za swoje czyny. Nie każdy reaguje na nie w taki sam sposób – Hill pokazuje, że te same wydarzenia mogą być różnie interpretowane w zależności od charakteru, a przede wszystkim moralności danej osoby. Niebagatelną rolę odgrywa tu również zemsta za krzywdy wyrządzone w przeszłości. Motyw ten łączy się z refleksją na temat tego, czy życie podporządkowane zemście nie prowadzi do zgorzknienia i czy próby kontrolowania zła nie przyniosą w ostatecznym rozrachunku więcej szkód niż korzyści.

Jednym z istotnych elementów „Króla Smutku” są przeskoki czasowe. To jedno z najważniejszych rozwiązań konstrukcyjnych książki: pozwala Hillowi pokazać bohaterów w różnych fazach życia, ale jednocześnie ogranicza czas, jaki czytelnik spędza z nimi w poszczególnych okresach. Wraz z każdym kolejnym „dużym” rozdziałem zostajemy wrzuceni w sam środek akcji i pojawiamy się w życiu protagonistów już w momencie istotnego wydarzenia, zamiast obserwować stopniowy rozwój sytuacji. Może to sprawiać wrażenie, że pewne przemiany zostały raczej zakomunikowane, niż przedstawione. W mojej opinii nie jest to jednak znacząca wada, ponieważ kolejne części powieści zwyczajnie angażują.

Najnowsza powieść Joe Hilla nie jest książką tak wyborną, jakbym tego chciał, ale z pewnością zasługuje na uwagę. Jej skala w żaden sposób nie przyćmiła tego, co najistotniejsze, czyli opowieści o bohaterach – ich emocjach, dylematach i troskach. Autorowi udało się stworzyć wielowątkową histori0,00 cmę, w której elementy fantastyczne i baśniowe stanowią przede wszystkim tło dla uniwersalnych rozważań na temat odpowiedzialności, winy i konsekwencji podejmowanych decyzji. Mimo pewnych zastrzeżeń „Król Smutek” pozostawia po sobie wrażenie ambitnej, nieoczywistej powieści, która nie ogranicza się do gatunkowych schematów. Hill nie zawsze trafia w punkt, ale jego najnowsza książka pokazuje, że ma wiele interesującego do powiedzenia.

Autor: Joe Hill
Tytuł: Król Smutek
Tytuł oryginału: King Sorrow
Tłumaczenie: Anna Dobrzańska
Wydawca: Albatros
Data wydania: wrzesień 2026
Liczba stron: 864
ISBN: 978-83-8439-003-0

KANT Sp. z o.o. – Philip K. DickRecykling paranoiMarek AdamkiewiczPhilip K. Dick przez całą swoją twórczość wracał do ty...
23/09/2026

KANT Sp. z o.o. – Philip K. Dick

Recykling paranoi

Marek Adamkiewicz

Philip K. Dick przez całą swoją twórczość wracał do tych samych tematów. Interesowało go przede wszystkim to, czy rzeczywistość, którą postrzegamy, jest prawdziwa, jak łatwo można człowiekowi wmówić fałszywy obraz świata i co się dzieje, kiedy przestajemy ufać własnym zmysłom. Do tego dochodziły paranoja, wszechobecne spiski, manipulacja informacją, potężne korporacje i różnego rodzaju substancje zmieniające percepcję. „KANT Sp. z o.o.” zawiera właściwie wszystko z tej listy. Patrząc na opis książki, można więc spodziewać się bardzo dickowskiej historii – i rzeczywiście taką dostajemy. Dlaczego w takim razie nikt nie wymienia jej jako jednej z najlepszych książek Amerykanina?

W przyszłości przeludniona Ziemia próbuje pozbyć się problemu przeludnienia, wysyłając ludzi na odległą planetę, Paszczę Wieloryba. Zajmuje się tym potężna korporacja, która oferuje możliwość teleportacji bezpośrednio na miejsce. Jest tylko jeden problem – podróżować można wyłącznie w jedną stronę. Nikt nie może wrócić, żeby opowiedzieć, co naprawdę znajduje się na miejscu. Rachmael ben Applebaum, właściciel podupadającej firmy transportowej, zaczyna podejrzewać, że cała operacja jest wielkim oszustwem. Postanawia dotrzeć na miejsce i odkryć prawdę. Wkrótce okazuje się jednak, że problem jest znacznie większy, niż początkowo sądził, a rzeczywistość, w której funkcjonuje, wcale nie musi być tak oczywista, jak mu się wydawało.

Początek powieści robi wrażenie. Pomysł na Paszczę Wieloryba i jednostronną teleportację jest świetny, a Dick bardzo szybko buduje wokół niego atmosferę paranoi. Skoro nikt nie może wrócić z planety, to właściwie nie ma żadnego sposobu, żeby sprawdzić, czy informacje przekazywane przez korporację są prawdziwe. Co za tym idzie, ludziom można powiedzieć (a nawet wmówić) praktycznie wszystko. I właśnie tutaj książka wydaje się najbardziej interesująca. Mamy tajemnicę, korporacyjny spisek i bohatera próbującego odkryć, co naprawdę kryje się za całą operacją. Te elementy sprawiają, że „KANT Sp. z o.o.” czyta się z zainteresowaniem i cały czas chce się wiedzieć, dokąd ta historia zmierza.

Niestety, w pewnym momencie Dick najwyraźniej uznał, że jedna dziwna rzeczywistość to zdecydowanie za mało. Zaczyna wtedy coraz bardziej odchodzić od klasycznej fabuły science fiction i opowieść zamienia się w psychodeliczny labirynt. Pojawiają się halucynacje, kolejne poziomy rzeczywistości, alternatywne światy i sytuacje, w których trudno już określić, co właściwie jest prawdą. Samo w sobie nie byłoby to jeszcze problemem – przecież mówimy o autorze „Ubika” czy „Trzech stygmatów Palmera Eldritcha”. Problem polega na tym, że tutaj ten odjazd trwa zdecydowanie za długo. Po pewnym czasie zamiast zastanawiać się nad kolejną zagadką, próbujemy jedynie zorientować się, co właściwie się dzieje.

I to jest największy problem omawianej książki. „KANT Sp. z o.o.” sprawia wrażenie powieści, która została rozciągnięta poza swoje granice, i to mimo nie największej przecież objętości. Pierwsza część ma konkretną fabułę i bardzo interesujący punkt wyjścia, natomiast później historia coraz bardziej się rozpada, a interesujące motywy krążą po fabularnej orbicie osobno, nie łącząc się w przekonującą całość. Dick wymyśla coś ciekawego, po czym niemal natychmiast porzuca to na rzecz następnego pomysłu. Zmieniają się rzeczywistości, zasady ich funkcjonowania i perspektywa bohatera. W pewnym momencie trudno już nawet powiedzieć, które wydarzenia mają znaczenie dla głównej fabuły, a które są tylko kolejnym elementem psychodelicznej podróży. Można oczywiście uznać, że właśnie o to chodziło i że czytelnik ma być tak samo zagubiony jak bohater, tyle że tym razem niekoniecznie działa to na korzyść książki.

Szkoda, bo pomysłów Dickowi zdecydowanie nie brakuje. Autor po raz kolejny świetnie pokazuje, jak łatwo można manipulować człowiekiem, kiedy kontroluje się informacje, które do niego docierają. Bardzo dobrze wypada również motyw niepewności własnej percepcji. Jeśli nie możemy ufać temu, co widzimy i czego doświadczamy, to na czym właściwie możemy oprzeć swoje przekonanie o tym, co jest rzeczywiste? To przecież jeden z najważniejszych tematów całej twórczości Dicka i „KANT Sp. z o.o.” bardzo mocno się na nim opiera. Tyle że tym razem autor momentami bardziej fascynuje się samym pomysłem niż jego rozwinięciem. W efekcie dostajemy mnóstwo idei, ale nie wszystkie zostają odpowiednio wykorzystane.

„KANT Sp. z o.o.” jawi się ostatecznie jako książka nierówna. Ma bardzo dobry początek, świetny punkt wyjścia i sporo typowo dickowskich motywów, ale w toku akcji coraz bardziej pogrąża się w chaosie. Nie żałuję lektury, bo kilka pomysłów naprawdę przypadło mi do gustu, nie mogę jednak pozbyć się wrażenia, że powieść byłaby znacznie lepsza, gdyby Dick trochę bardziej nad nią zapanował. Uważam ją za naprawdę ciekawy punkt w jego bibliografii, ale niekoniecznie jej wizytówkę. To raczej książka dla oddanych fanów Dicka, którzy chcą przeczytać absolutnie wszystko, co napisał. Dla pozostałych nie jest to lektura obowiązkowa.

Autor: Philip K. Dick
Tytuł: KANT Sp. z o.o.
Tytuł oryginału: Lies, Inc.
Tłumaczenie: Zbigniew A Królicki
Wydawca: Dom Wydawniczy Rebis
Data wydania: wrzesień 2026
Liczba stron: 280
ISBN: 978-83-8338-499-3

Przewodnik po Astro City t. 3 – Kurt BusiekGhost Rider: Nocna masakra – Andy Kubert, Joe KubertJagoda WochlikNiedawno Mu...
17/09/2026

Przewodnik po Astro City t. 3 – Kurt Busiek
Ghost Rider: Nocna masakra – Andy Kubert, Joe Kubert

Jagoda Wochlik

Niedawno Mucha Comics zaproponowała nam dwa nowe komiksowe albumy sporych rozmiarów – trzeci tom „Przewodnika po Astro City” oraz „Ghost Ridera: Nocną masakrę”. Pierwszy zawiera zeszyty: „Astro City: the Dark Age Book One” #1-4, „Astro City: the Dark Age Book Two” #1-4, „Astro City: the Dark Age Book Three” #1-4, „Astro City: the Dark Age Book Four” #1-4, „Astro City: Silver Agent” #1-2, „Astro City/Arrowsmith: the Flip Book”, drugi natomiast historie: „Ghost Rider” (1990) #29–30, 32-40, „Ghost Rider/Blaze: Spirits of Vengeance” #7–13, „Nightstalkers” #10, „Darkhold: Pages From the Book of Sins” #11, „Morbius: the Living Vampire” (1992) #12 oraz fragment z zeszytu „Midnight Sons Unlimited” #2.

Trzeci tom „Przewodnika po Astro City” to opowieść o dwóch braciach, którzy w dzieciństwie byli świadkami walki superbohatera z superłotrem. Podczas niej nie tylko zostaje zniszczony dom chłopców, ale giną także ich rodzice. Jako dorośli mężczyźni wciąż mierzą się z traumą i konsekwencjami tamtych wydarzeń. Kiedyś mocno zżyci, teraz obierają zupełnie odrębne drogi życiowe – jeden zostaje policjantem, drugi drobnym przestępcą. W albumie dotyczącym Ghost Ridera, „Nocnej masakrze”, Dan Katch oraz Johnny Blaze będą stawać do walki z kolejnymi przeciwnikami, jak tajemnicza Firma czy Blade, który pragnie unicestwić wszystkich mających w sobie choć trochę magicznej krwi.

Nową odsłonę „Przewodnika po Astro City” uważam za zdecydowanie najsłabszą. Historia braci, choć miała potencjał i świetny punkt wyjścia – bohater jako ten, który jest pośrednio odpowiedzialny za śmierć ich rodziców, niespecjalnie mnie porwała. Nie wiem, co tu poszło nie tak – może była zdecydowanie za długa i przeciągnięta? Bo przecież koncept patrzenia na superbohaterską działalność z punktu widzenia zwykłych ludzi, których dom może zostać w każdej chwili zniszczony, bo jakiś heros akurat walczy z najeźdźcami z kosmosu, zawsze był jednym z moich ulubionych. Tym razem jednak coś nie zagrało. Może chodzi o to, że przez niemal 500 stron towarzyszymy tym samym bohaterom podczas gdy opowieści z poprzednich tomów były bardziej różnorodne?

Natomiast historia Ghost Ridera wydaje mi się kompletnie nieangażująca. Każdy zeszyt dotyczy praktycznie tego samego – Ghost Rider spotyka jakiegoś przeciwnika, który chce go zabić/ próbuje go zabić, po to, żeby samemu zginąć, a potem się nawalają i koniec pieśni. Szybko zaczęłam się łapać na prześmiewczej myśli: „To najpierw pobijcie się między sobą, kto zabije go pierwszy”. Od czasu do czasu przez album przewinie się jakiś znany bohater Marvela – Wolverine, Beast, Morbius, Daredevil, żeby wesprzeć Ghost Ridera w tej walce, ale to jedyne urozmaicenie. A nawet gdy historia przeskakuje z Dana na Blaze’a, to również polega głównie na nawalance. Tyle że teraz na terenie lunaparku. Mało to złożone i mało ciekawe.

Komiksy zawarte w albumie o Ghost Riderze pochodzą z lat dziewięćdziesiątych XX wieku i reprezentują nieco starszą kreskę, która nie każdemu będzie odpowiadać, bo dziś nieco już trąci myszką. „Astro City” prezentuje się pod tym względem lepiej. Ma ładniejszą, bardziej współczesną grafikę, a jednocześnie nie nosi jeszcze piętna bezosobowego stylu imitującego grafikę komputerową, tak często obecnego we współczesnym komiksie.

„Przewodnik po Astro City” dotąd sprawiał mi dużą przyjemność czytelniczą. Tom trzeci uważam jednak za zdecydowanie najsłabszą odsłonę serii. Natomiast w przypadku „Ghost Ridera” zdaję sobie sprawę, że nie jestem targetem tej serii i biorę pod uwagę, że chodzą po tym świecie miłośnicy nieustannej nawalanki. Jeśli nimi jesteście, to zdecydowanie komiks dla was. Jeśli nie, pewnie jak ja będziecie się nudzić.

Tytuł: Przewodnik po Astro City t. 3,
Autor: Kurt Busiek
Tłumaczenie: Jacek Drewnowski
Wydawnictwo: Mucha Comics
Data wydania: maj 2026
Liczba stron: 496
ISBN: 9788367571739

Tytuł: Ghost Rider: Nocna masakra
Autor: Andy Kubert, Joe Kubert
Tłumaczenie: Robert P. Lipski
Wydawnictwo: Mucha Comics
Data wydania: czerwiec 2026
Liczba stron: 528
ISBN: 9788367571708

Venom. Tom 3 – Al Ewing, Torunn Gronbekk, CAFU, Julius Ohta i inniNiełatwa ewolucjaMarek AdamkiewiczNiewielu bohaterów M...
04/09/2026

Venom. Tom 3 – Al Ewing, Torunn Gronbekk, CAFU, Julius Ohta i inni

Niełatwa ewolucja

Marek Adamkiewicz

Niewielu bohaterów Marvela zmieniło się w ostatnich latach równie mocno jak Venom. Dawno minęły już czasy, gdy Eddie Brock kojarzył się przede wszystkim z brutalnym przeciwnikiem Spider-Mana lub charyzmatycznym antybohaterem. Dziś to postać funkcjonująca na zupełnie innym poziomie, a seria coraz odważniej odrywa się od swoich „ulicznych” korzeni. Al Ewing nie próbuje tego procesu zatrzymać. Wręcz przeciwnie – z każdym kolejnym tomem rozwija własną wizję świata symbiontów, przesuwając granice coraz dalej. Trzeci album jest chyba najlepszym przykładem takiego podejścia.

Po wydarzeniach z poprzednich tomów Eddie Brock coraz mocniej odczuwa ciężar odpowiedzialności związanej z rolą Króla w Czerni. Jego decyzje wpływają już nie tylko na najbliższe otoczenie, lecz także na wydarzenia wykraczające poza czas i przestrzeń. Równolegle obserwujemy losy Dylana, który stopniowo próbuje odnaleźć własną drogę i przestać funkcjonować wyłącznie jako syn słynnego bohatera. Ważnym elementem opowieści staje się również Czarna Wdowa, a każda odpowiedź prowadzi do kolejnych pytań.

Największą zaletą tego tomu jest konsekwencja. Ewing od początku realizuje własny plan i ani przez chwilę nie sprawia wrażenia kogoś, kto improwizuje. Wszystkie nowe pomysły, nawet te najbardziej zaskakujące, wynikają z wcześniejszych wydarzeń i stopniowo rozbudowują mitologię symbiontów. Jednocześnie scenarzysta nie zapomina o samym Eddiem. Mimo że bohater funkcjonuje dziś na poziomie wydarzeń o niemal kosmicznej skali, nadal pozostaje człowiekiem, który często błądzi, podejmuje złe decyzje i próbuje odnaleźć się w rzeczywistości, której sam do końca nie rozumie. To właśnie ten ludzki pierwiastek sprawia, że nawet najbardziej odjechane koncepcje nie odrywają się całkowicie od emocji bohaterów. I właśnie dlatego historia wciąż angażuje, mimo że bardzo łatwo mogłaby zamienić się wyłącznie w pokaz coraz bardziej spektakularnych pomysłów.

Ewing szybko daje do zrozumienia, że nie zamierza prowadzić czytelnika za rękę. Przeskoki między liniami czasowymi, równolegle rozwijane wątki i kolejne tajemnice wymagają pełnego skupienia, a najlepiej również dobrej pamięci. Samo w sobie nie byłoby to jeszcze wadą. Kłopot polega na tym, że autor chwilami zdaje się być bardziej zainteresowany konstruowaniem kolejnych zagadek niż budowaniem napięcia. Zdarzało mi się łapać na tym, że zamiast śledzić losy bohaterów, próbowałem uporządkować w głowie wszystkie elementy układanki. Ostatecznie większość z nich trafia na swoje miejsce, ale po drodze historia momentami traci impet. Odniosłem wrażenie, że Ewing niekiedy zapomina, iż nawet najbardziej złożona konstrukcja powinna przede wszystkim angażować.

Najlepiej widać to w pobocznych wątkach. Historia Eddiego Brocka pozostaje zdecydowanie najmocniejszym elementem całej serii i za każdym razem, gdy scenariusz wraca do jego losów, trudno oderwać się od lektury. Znacznie mniej przekonująco wypada natomiast część poświęcona Dylanowi. Nie dlatego, że brakuje jej dobrych pomysłów. Problem tkwi raczej w tym, że przez większą część albumu sprawia wrażenie przygotowania pod wydarzenia, które dopiero nadejdą. Podobnie odebrałem obecność Czarnej Wdowy. Sam pomysł okazał się zaskakująco udany i na szczęście nie skończyło się na prostym efekcie „bo wygląda fajnie w nowej wersji”. Natasha wnosi do historii nową energię, a jej relacja z symbiontem ma sens. Szkoda tylko, że scenarzysta nie poświęca jej więcej miejsca. To jeden z tych elementów, po których spodziewałem się czegoś więcej niż jedynie zasygnalizowania potencjału.

Na szczęście warstwa graficzna nie zawodzi. Kolejni rysownicy dobrze odnajdują się zarówno w bardziej kameralnych scenach, jak i wtedy, gdy akcja przenosi się w rejony, których trudno byłoby szukać w dawnych historiach o Venomie. Projekty symbiontów są pomysłowe, kosmiczne lokacje prezentują się znakomicie, a całość pozostaje zaskakująco czytelna mimo skali wydarzeń. Podoba mi się również sposób przedstawienia Czarnej Wdowy. Twórcy nie próbują zrobić z niej kolejnej wariacji na temat klasycznego Venoma. Zachowują jej charakterystyczną sylwetkę, dynamikę ruchu i szpiegowski charakter, dzięki czemu nowa forma wydaje się naturalnym rozwinięciem bohaterki, a nie jedynie kolejnym marketingowym eksperymentem. W połączeniu z bardzo dobrym kolorowaniem daje to album, który wizualnie potrafi zrobić duże wrażenie.

Mam wrażenie, że właśnie na tym etapie run Ewinga będzie najmocniej dzielił czytelników. Jedni docenią jego konsekwencję i ambicję, inni uznają, że autor niepotrzebnie komplikuje historię, która mogłaby działać równie dobrze przy znacznie prostszej konstrukcji. Paradoks polega na tym, że obie strony będą miały sporo racji. Trzeci tom „Venoma” potrafi jednocześnie zachwycić rozmachem i zmęczyć sposobem, w jaki ten rozmach próbuje okiełznać. Mimo to zdecydowanie wolę taki komiks od serii, która bezpiecznie odtwarza sprawdzone schematy. Ewing nie zawsze trafia w dziesiątkę, ale przez cały czas ma odwagę prowadzić Venoma własną ścieżką. A we współczesnym Marvelu to wartość sama w sobie.

Tytuł: Venom. Tom 3
Scenariusz: Al Ewing, Torunn Gronbekk
Rysunki: CAFU, Julius Ohta, Rafael Pimentel i inni
Kolory: Frank D'Armata, Jesus Aburtov, Dee Cunniffe i inni
Tłumaczenie: Zofia Sawicka
Tytuł oryginału: Venom by Al Ewing Vol. 5: Predestination, Venom by Al Ewing Vol. 6: Infiltration
Wydawnictwo: Egmont
Wydawca oryginału: Marvel Comics
Data wydania: lipiec 2026
Liczba stron: 240
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Papier: kredowy
Format: 167 x 255 mm
ISBN: 978-83-281-7272-3

Batman. Tom 6: Umierające miasto – Chip Zdarsky, Jorge Jimenez, Tony S. Daniel i inniKoniec wieńczy dzieło?Marek Adamkie...
02/09/2026

Batman. Tom 6: Umierające miasto – Chip Zdarsky, Jorge Jimenez, Tony S. Daniel i inni

Koniec wieńczy dzieło?

Marek Adamkiewicz

Chip Zdarsky wszedł do serii „Batman” z hukiem. „Failsafe” to w mojej opinii jeden z najlepszych komiksów z Nietoperzem wydanych w ostatnich latach. Po tak mocnym otwarciu apetyt na kolejne historie był ogromny. Z czasem poziom odrobinę spadł, ale nadal mieliśmy do czynienia z angażującymi story-arcami. „Umierające miasto" stanowi zwieńczenie dotychczasowej kadencji scenarzysty w serii. To zatem album, który miał nie tylko opowiedzieć kolejną historię, ale również odpowiednio podsumować blisko trzy lata pracy nad przygodami Batmana. Nic więc dziwnego, że od finału takiego runu oczekuje się czegoś wyjątkowego. Ale czy Zdarsky rzeczywiście dowozi?

Bruce Wayne pragnie, by Gotham City w końcu stało się bezpiecznym miejscem. W tym celu uruchamia szereg dużych inicjatyw społecznych, które mają realnie wpłynąć na poprawę jakości życia mieszkańców. Ktoś jednak zrobi wszystko, by pokrzyżować jego plany. Początkowo nieliczni protestujący, najwyraźniej sterowani przez tajemniczą siłę, z czasem stają się coraz liczniejsi i coraz bardziej agresywni. Jednocześnie do gry powraca Riddler, który przekonuje, że porzucił przestępczą działalność i stał się przykładnym obywatelem. Jego firma planuje fuzję z Wayne Enterprises, jednak za tą pozornie korzystną transakcją kryje się znacznie więcej, niż mogłoby się wydawać.

Pierwsze, co rzuca się w oczy podczas lektury, to powrót do najbardziej klasycznego oblicza Batmana – detektywa. To zdecydowane (i dość niespodziewane) odejście od wielkich wydarzeń, alternatywnych rzeczywistości, Failsafe’a czy Zur-En-Arrha i powrót do fundamentów serii: śledztwa oraz więzi Batmana z Gotham. Historia ma wyraźnie kryminalny charakter, co daje Nietoperzowi okazję do pokazania swoich niemałych detektywistycznych zdolności. To dobry kierunek, zwłaszcza że dzięki bardziej kameralnej skali wydarzeń Zdarsky może poświęcić więcej miejsca samemu śledztwu i budowaniu napięcia, zamiast nieustannie eskalować stawkę, co ważne, umiejętnie myli tropy i prawie do samego końca skutecznie podsyca ciekawość czytelnika.

Dlaczego napisałem „prawie”? No właśnie – „Umierające miasto” to komiks jakościowy, ale ma też wady. Jedną z nich jest nierówne tempo akcji. Choć to jeden z nielicznych elementów, do których można się przyczepić, to im bliżej końca, tym problem staje się coraz mocniej zauważalny. Początkowe zeszyty to świetnie prowadzona historia i angażująca zagadka – Zdarsky poświęca sporo miejsca na zbudowanie intrygi i stopniowo odsłania kolejne tropy, pozwalając czytelnikowi (wspólnie z Batmanem, rzecz jasna) składać te puzzle. To działa bardzo dobrze przez większą część albumu, jednak im bliżej finału, tym wyraźniej czuć, że scenarzysta musi domknąć zbyt wiele wątków na ograniczonej liczbie stron. Niektóre wydarzenia następują po sobie bardzo szybko, a rozwiązania części konfliktów nie wybrzmiewają z taką siłą, na jaką wcześniej zapracowały. Nie jest to zakończenie rozczarowujące, ale można odnieść wrażenie, że historia zyskałaby na odrobinę głębszym oddechu.

Obok kryminalnej intrygi Zdarsky przemyca kilka zaskakująco aktualnych tematów. Porusza między innymi kwestię dezinformacji, mówi o wpływie mediów społecznościowych na postrzeganie rzeczywistości, pochyla się nad manipulacją opinią publiczną, skorumpowaniem elit oraz odpowiedzialnością ludzi posiadających władzę. Dzięki temu opowieść nabiera większego ciężaru i wykracza poza schemat klasycznej historii o superbohaterach. Gotham staje się odbiciem problemów współczesnego świata. Zdarsky pokazuje, że miasta nie niszczą wyłącznie superzłoczyńcy, ale również fake newsy, propaganda i cyniczne wykorzystywanie technologii. To jeden z tych elementów, które sprawiają, że „Umierające miasto" zostaje w głowie na dłużej niż typowa historia o Batmanie. Co istotne, scenarzysta nie podaje gotowych odpowiedzi ani nie wygłasza moralizatorskich tez – pokazuje raczej, jak łatwo można wpłynąć na społeczne nastroje.

Wysokiemu poziomowi scenariusza dorównuje warstwa graficzna. Pięć zeszytów, na które rozpisana jest tytułowa opowieść, to co prawda dzieło czterech różnych artystów, ale całość zachowuje zaskakująco spójny charakter. Jasne, różnice w stylach graficznych są wychwytywalne, ale nie wybijają z lektury. Rysunki wypadają bardzo dobrze. Artyści świetnie radzą sobie zarówno ze scenami akcji, które pozostają dynamiczne, czytelne i nie giną pod natłokiem detali, jak i z bardziej kameralnymi fragmentami poświęconymi śledztwu. W tych drugich szczegóły architektury, mimika postaci oraz gra światłem tworzą odpowiedni nastrój. Duża w tym zasługa kolorysty – Tomeu Morey doskonale wie, jak budować klimat. Szczególnie dobrze wypadają nocne kadry, w których chłodna paleta barw podkreśla mroczny charakter Gotham.

Run Chipa Zdarsky’ego jako scenarzysty „Batmana” zaczął się bardzo dobrze i kończy się równie udanie. „Umierające miasto” zapada w pamięć i potrafi zrobić wrażenie. To udane zwieńczenie kilkuletniej pracy autora nad serią, a zarazem przypomnienie, że największą siłą Nietoperza nie są widowiskowe starcia z kolejnymi superłotrami, lecz jego detektywistyczny instynkt i nierozerwalna więź z Gotham. Myślę, że docenią go zarówno nowi czytelnicy, jak i fani, którzy zjedli zęby na kolejnych „Batmanach”.

Tytuł: Umierające miasto
Seria: Batman
Tom: 6
Scenariusz: Chip Zdarsky
Rysunki: Jorge Jimenez, Tony S. Daniel i inni
Kolory: Tomeu Morey
Tłumaczenie: Tomasz Sidorkiewicz
Tytuł oryginału: Batman Vol. 5: The Dying City
Wydawnictwo: Egmont
Wydawca oryginału: DC Comics
Data wydania: lipiec 2026
Liczba stron: 180
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Format: 167 x 255
Wydanie: I
ISBN: 978-83-281-7355-2

Star Wars. Dziedzictwo Vadera. Rządy Kylo Rena. Tom 1Dziedzic ImperiumMarek AdamkiewiczNie znam fana „Star Wars”, który ...
01/09/2026

Star Wars. Dziedzictwo Vadera. Rządy Kylo Rena. Tom 1

Dziedzic Imperium

Marek Adamkiewicz

Nie znam fana „Star Wars”, który uważałby, że trylogia sequeli jest najlepszym, co przydarzyło się tej franczyzie. Epizody VII, VIII i IX można określić mianem „niedopracowanych”, i będzie to naprawdę spory gest dobrej woli, jeśli nie dorzucimy do tego kilku mniej przyjemnych określeń. Niezależnie jednak od tego, jak bardzo podzieliły one fanów, faktem pozostaje, że istnieją i stanowią część obowiązującego kanonu. Ten zaś wciąż jest rozwijany, również na kartach komiksów. Jednym z najciekawszych elementów tej ery pozostaje Kylo Ren – bohater budzący emocje i mający zdecydowanie większy potencjał, niż udało się pokazać w filmach. Nic więc dziwnego, że twórcy raz po raz próbują wypełniać luki w jego historii i lepiej zarysować drogę, którą kroczył.

Po objęciu przywództwa nad Najwyższym Porządkiem Kylo Ren pragnie nie tylko umocnić swoją władzę, ale również udowodnić, że jest godnym następcą Dartha Vadera. W tym celu wyrusza w podróż, która ma pomóc mu odkryć źródło mocy legendarnego Mrocznego Lorda Sithów. Odwiedza miejsca nierozerwalnie związane z życiem Anakina Skywalkera, wierząc, że ich historia wskaże mu drogę do jeszcze większej potęgi. Szybko okazuje się jednak, że podążanie śladami dziadka nie prowadzi do odpowiedzi, których szuka. Czy dziedzictwo Vadera rzeczywiście jest kluczem do przyszłości Kylo Rena, czy też będzie musiał znaleźć własną ścieżkę?

Charles Soule wielokrotnie udowadniał, że doskonale odnajduje się w opowieściach z Odległej Galaktyki. Choć dobiegła końca prowadzona przez niego regularna seria „Star Wars”, scenarzysta wcale nie żegna się z tym uniwersum – i bardzo dobrze. Niewielu autorów potrafiłoby z takim wyczuciem zmierzyć się z historią osadzoną w erze, która do dziś budzi wśród fanów tyle kontrowersji. Soule bierze na warsztat jedną z jej najbardziej charakterystycznych postaci. Kylo Ren od początku sprawiał wrażenie – zresztą nie bez powodów – niedopracowanej kopii Dartha Vadera. W filmach był prowadzony bez wyraźnego pomysłu, rozdarty między kolejnymi, nie zawsze spójnymi wizjami scenarzystów. Na szczęście Soule dostrzegł jego potencjał i na kartach tego komiksu znacząco pogłębia zarówno jego psychikę, jak i motywacje.

Bardzo istotne jest to, że Soule nie zmienia rdzenia charakteru Kylo Rena. Zamiast tego rozwija i dopracowuje te elementy, które aż się o to prosiły, robiąc to w sposób przemyślany i konsekwentny. Syn Hana i Lei nie staje się nagle zimnym, genialnym strategiem ani idealnym przywódcą Najwyższego Porządku. Nadal podejmuje pochopne decyzje, daje się ponosić emocjom i często działa pod wpływem gniewu. To właśnie dzięki tym wadom pozostaje wiarygodny i spójny z bohaterem, którego widzimy w filmach. Jednocześnie Kylo nie potrafi zbudować własnej legendy. Bardzo tego pragnie, jednak nieustannie porównuje się do Vadera i próbuje odtworzyć jego drogę. Problem polega na tym, że zna jedynie tę wersję historii, którą sobie wymyślił. Soule pokazuje więc człowieka ścigającego mit – kogoś, kto usiłuje dorównać wyidealizowanemu obrazowi przodka, nie dostrzegając, że od samego początku goni za własnym wyobrażeniem, a nie prawdziwą historią.

Komiksy i powieści rozwijające nowy kanon wypełniają luki między kolejnymi filmami trylogii sequeli, a „Rządy Kylo Rena” należą do najciekawszych przykładów takich tekstów. Soule pokazuje pierwsze decyzje nowego Najwyższego Przywódcy, relacje z podwładnymi oraz trudności wynikające z przejęcia kontroli nad organizacją stworzoną przez Snoke'a. Dzięki temu Kylo Ren zaczyna przypominać prawdziwego władcę, a nie jedynie impulsywnego użytkownika Mocy. Choć w jego zachowaniu wciąż można dostrzec cechy Dartha Vadera, Palpatine'a czy Snoke'a, scenarzysta umiejętnie łączy je w spójną osobowość, która nie sprawia wrażenia kalki żadnego z nich. Równie ważny okazuje się motyw dziedzictwa Vadera. Nie jest to jednak opowieść o samym Mrocznym Lordzie Sithów, lecz o tym, jak jego legenda wpływa na kolejne pokolenie. Chcąc znaleźć odpowiedzi na dręczące go pytania i odnaleźć ścieżkę do potęgi, Ben Solo dostrzega wyłącznie siłę Vadera, całkowicie ignorując jego ostateczne odkupienie. To błędne odczytanie historii dziadka staje się jednym z fundamentów całej opowieści.

Świetne wrażenie sprawia oprawa graficzna omawianego komiksu. Jest niezwykle… filmowa. Kiedy trzeba, potrafi być bardzo efektowna – zwraca uwagę dynamizm i szczegółowość scen walki, dodatkowo akcja pozostaje czytelna nawet w najbardziej intensywnych momentach. Luke Ross i Stefano Raffaele równie dobrze radzą sobie ze spokojniejszymi fragmentami, budują nastrój samą kompozycją kadrów, odpowiednio rozkładając akcenty i pozwalając wybrzmieć emocjom bohaterów. Na uwagę zasługuje też znakomite operowanie skalą. Rozległe panoramy planet, monumentalne budowle, wnętrza okrętów czy majestatyczne statki kosmiczne prezentują się naprawdę imponująco. Co istotne, doskonale wypadają zbliżenia na twarze bohaterów. Mimika jest przekonująca, emocje łatwe do odczytania, a poszczególne postacie zachowują charakterystyczne rysy, dzięki czemu bez trudu je rozpoznajemy.

Pierwsza część „Rządów Kylo Rena” to jeden z najlepszych komiksów „Star Wars”, jakie ukazały się w ostatnich latach. Szczerze mówiąc, nie spodziewałem się tego po opowieści osadzonej w erze, za którą zwyczajnie nie przepadam. Tym bardziej cieszy fakt, że Charles Soule udowadnia, iż nawet najbardziej kontrowersyjny fragment filmowego kanonu można twórczo rozwinąć i nadać mu znacznie więcej głębi. To również dowód na to, że bohaterowie sequelowej trylogii mieli znacznie większy potencjał, niż udało się wykorzystać na wielkim ekranie. Na szczęście komiksy i powieści potrafią skutecznie uzupełniać te braki, a pierwsza część „Rządów Kylo Rena” jest tego jednym z najlepszych przykładów. Mam nadzieję, że kontynuacja nie zmarnuje potencjału, który Charles Soule zbudował już na samym początku tej historii.

Seria: Star Wars
Tytuł: Dziedzictwo Vadera. Rządy Kylo Rena.
Tom: 1
Scenariusz: Charles Soule
Rysunki: Luke Ross, Stefano Raffaele
Kolory: Nolan Woodard
Tłumaczenie: Jacek Drewnowski
Tytuł oryginału: Star Wars: Legacy of Vader Volume 1: The Reign of Kylo Ren
Wydawnictwo: Egmont
Wydawca oryginału: Marvel Comics
Data wydania: 2026
Liczba stron: 148
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Papier: kredowy
Format: 165 x 255
Wydanie: I
ISBN: 978-83-281-8214-1

Adres

Marszałkowska
Warsaw
00-000

Powiadomienia

Bądź na bieżąco: wyślemy Ci e-mail, gdy SZORTAL opublikuje nowości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu, a subskrypcję możesz anulować w dowolnym momencie.

Skróty

Udostępnij