22/05/2024
Są takie spektakle, po których wiesz (jeszcze zanim przestaniesz bić brawo, zanim wyjdziesz z teatru), że chcesz obejrzeć to kolejny raz. Tak jest w tym przypadku.
To popis, kunszt i wielka przyjemność.
Wielcy na scenie (Wojciech Malajkat, Andrzej Seweryn) grają wielkich (Czesław Miłosz, Witold Gombrowicz).
Opowieść o ich relacji, przyjaźni, uwielbieniu, wzajemnym podziwie dla literatury tego drugiego i wzajemnej zazdrości o tę literaturę.
Dużo celnych i czasem bolących obserwacji o Polakach (polaczki) i ojczyźnie (matczyźnie), które wprost wyjęte z tekstów Miłosza i Gombrowicza dotykają w dzisiejszą żywą tkankę.
A do tego aktorstwo, które uwielbiam.
Wojciech Malajkat, który jednym gestem albo ruchem głowy potrafi oddać cały charakter i stan postaci, którą gra. Tak było w Tartuffie w Teatrze Narodowym (którego niestety na scenie już nie można zobaczyć, ale jesienią w Teatrze Telewizji będzie szansa), tak jest i teraz. Jego Miłoszowy kac – to everest wszystkich kaców, jakie widziałam na scenie i na ekranie.
Andrzej Seweryn – mistrz, który nie boi się zejść z piedestału. Gra z wielką swobodą, a jednocześnie daje widzowi poczucie, że obcuje się z wielkim aktorstwem. Absolutnie!
No i mały smaczek perwersyjny. W końcu to spektakl o Gombrowiczu, więc nie mogło zabraknąć pupy. Opowieści o pupie i pupy na scenie (zarówno Malajkata, jak i Seweryna).
Świetna wiadomość dla tych, którzy do Warszawy mają daleko, a mój opis ich zachęcił – jesienią Deprawator w Teatrze Telewizji!!!
Moja ocena: 💋💋💋💋