11/01/2025
Na początku było opowiadanie pt. Miasto Małgorzaty Wardy (wówczas jeszcze Małgosi Szymańskiej), które odnalazłem pewnego dnia w internecie. Temat nie był przypadkowy, śledziłem czasem treści z nim związane, tu jednak zdecydował przekaz artystyczny oparty na własnych doświadczeniach, który był mi bliski. A zaczynało się tak:
„Miasto. Wielkie miasto. Zamknęłam oczy, a kiedy je otworzyłam, nic się nie zmieniło. Czerwone dachy na tle błękitu szyb najwyższych budynków, plątanina ulic układających się w wir. Grube krechy granatu. Chodniki. Bruk. Pomarańcz czyjegoś płaszcza. Co ja tu robię? Ułamek sekundy i wir wciągnąłby mnie w głęboką czeluść”.
Już na samym początku zwróciłem uwagę na osobistą i bardzo plastyczną narrację, autentyczny zachwyt codziennością, kreację artystyczną, która ma odwagę opisywać prozę życia „Tu i teraz”, bez upiększania, zbytniego koloryzowania. Co więcej, koloryt był, nasycony, niebanalnie wypowiadał to, co nieefektowne, szare, prozaiczne.
„Miasto, które jeszcze chwilę temu chciałam zamknąć w ciasnych ramach zdjęcia, wydawało
mi się odrażające. Zbyt duże, zbyt przesycone czerwienią i błękitem. Klęłam, chowając statyw. Nade mną przesunęła się chmara wielkich czarnych ptaków. Przecięły niebo i z głośnym krzykiem poleciały na wschód. Przecisnęłam się przez wąską szczelinę rozsuniętych płyt i ogarnął mnie chłód starego budownictwa. Klatka schodowa była wąska, odrapana, przesycona ostrym zapachem zgnilizny. Echo powielało kroki na krętych schodach, sprawiając, że cały budynek wypełnił się szczelnie ich dźwiękiem. Lęk jeszcze mnie nie opuszczał. Marzyłam, by wyjść na zewnątrz, by oślepiło mnie słońce, bym nareszcie wtopiła się w tłum”.
To było ponad dwadzieścia lat temu i nawet dziś, nie przeszkadza mi młodzieńcze epatowanie ekspresyjnymi wrażeniami. To była relacja młodej dziewczyny, pisarki, tuż po maturze jak się niedługo dowiedziałem od niej samej. Podobała mi się ta reporterska wizja lokalna gdyńskiej kolorystki wrażliwej na barwę i dźwięk. Podobało mi się, bo sam miałem podobne wycieczki i obserwacje, zaopatrzony w aparat fotograficzny, a nawet bez niego, zaopatrzony w wyszkolone dopiero co oko młodego wówczas plastyka. Tak było, miała rację !
„Pomyślałam o kliszy, która zapełniłam już do połowy tym, co chciałam pokazać innym ludziom. Tym, jak ja widzę miasto. Część zdjęć robiłam nocą. Jasno oświetlone ulice, sypialnie, w których mieszka tak wielu ludzi. Zastanowiłam się, ile osób patrząc na światła wieżowców, uświadamia sobie, że każde światło oznacza czyjeś życie. Dziewczynka w letniej sukience bujająca się na huśtawce w opustoszałym, ciemnym parku. Cholera. To były takie dobre zdjęcia. Materiał ulotny, zbierany przez ostatni tydzień. Ważny, przynajmniej dla mnie. […]”
Postanowiłem nawiązać kontakt i tak zaczęła się nasza współpraca artystyczna. Tak powstała Grupa Miejska.