18/05/2025
Eurowizja? Dziękuję, wychodzę (na przerwę).
Byłem fanem Eurowizji przez kilkanaście lat. To był mój muzyczny rytuał – oglądanie, komentowanie, emocje do późnej nocy. Ale po tegorocznej edycji naprawdę myślę, że Polska powinna zrobić sobie kilkuletnią przerwę od udziału. Serio.
A przy okazji – budżet, który i tak co roku idzie na Eurowizję, można by spokojnie przeznaczyć na wspieranie polskiej muzyki, organizowanie festiwali, warsztatów dla młodych artystów czy promocję naszej kultury za granicą. Efekt mógłby być o wiele bardziej wartościowy niż kolejna frustracja w międzynarodowym cyrku.
Zacznijmy od tego, że niektóre występy spokojnie mogłyby mieć znak "18+" w rogu ekranu. A tu co? Trójkącik z numerkiem 12 i jazda. Aż się człowiek zastanawia, czy to jeszcze festiwal muzyczny, czy już jakaś kontrowersyjna rewia. Dzieciaki oglądają, a na scenie więcej jędrnych pośladków niż dźwięków. Trochę niesmak.
Ale dobra – porozmawiajmy o poważniejszych rzeczach. Eurowizja już dawno przestała być tym, czym była. Kiedyś to był konkurs muzyczny. A dziś? Polityka, sponsorzy, układy, głosowania pełne absurdu. Serce boli.
Weźmy przykład Izraela.
Kraj, który – moim zdaniem – nie powinien w ogóle brać udziału w tegorocznej edycji, nagle dostaje punkty od niemal wszystkich krajów. Publiczność? Najwyższe noty. Jurorzy? Też punkty lecą. A Polska? Jako jedyna nie dała im nic. I bardzo dobrze. Bo to nie była reakcja przeciwko artystce – tylko sprzeciw wobec hipokryzji.
Izrael prawie wygrał, ale na szczęście Austria zdobyła wystarczająco dużo głosów od widzów, żeby ich wyprzedzić. A wiecie, czego nie pokazano w telewizji? Że Izrael został wybuczany przez publiczność – tak jak rok temu. Tylko że w transmisji przykryto to sztucznymi brawami. Takie tam, „magia telewizji”.
Ale najgorsze jest to, że my – Polska – nie mamy żadnych eurowizyjnych przyjaciół. Głosowanie jurorów od lat pokazuje jedno: nie liczy się występ, nie liczy się talent. Liczy się, z kim trzymasz. A my nie trzymamy z nikim. I to widać.
Jedyny kraj, który uczciwie nas ocenił, to Australia – i za to mają mój szacunek. Choć, nie ukrywam, trochę to zabawne, bo Australia w Europie nie leży nawet na mapach bardzo optymistycznych. I tu mam dwie propozycje: albo robimy konkurs światowy i nazywamy go "Ziemowizja", albo wracamy do korzeni – tylko Europa, tylko klasyka.
A co do naszej reprezentacji – Justyna Steczkowska była świetna. Dała z siebie 200%, przygotowała dopracowany, profesjonalny występ, była rozpoznawalna, medialna i w pełni zaangażowana. I choć nie zdobyła tylu punktów, na ile zasługiwała, to zajęła bardzo dobre 7. miejsce w głosowaniu publiczności – co tylko potwierdza, że ludzie ją docenili. Niestety, u jurorów wylądowała na przedostatnim miejscu, co – nie oszukujmy się – jest zupełnie niezrozumiałe. Finalnie dało jej to 14. miejsce w ogólnej klasyfikacji, ale moim zdaniem zasługiwała na znacznie więcej. Mimo wszystko, Justyna zdobyła coś znacznie ważniejszego niż punkty – szacunek widzów i dumę swojego kraju. A to wartość, której nie da się przeliczyć na cyfry.
Co dalej? Może warto zastanowić się nad tym, żeby wywalić jurorów z równania. Zostawić tylko głosy publiczności – ale zabezpieczone przed botami, kupowaniem głosów i innymi kombinacjami. Bo dziś Eurowizja to nie konkurs talentów, tylko konkurs budżetów.
Austria wygrała – nie był to mój faworyt, nawet nie w top 10 – ale jeśli mam wybierać między tym a politycznym zwycięstwem, to wybieram Austrię z zamkniętymi oczami.
I na koniec…
Jako zwykły laik, szara myszka w tym wielkim eurowizyjnym świecie, wiem, że nie mam żadnego wpływu na to, co się tam dzieje. Ale mogę przynajmniej wyrazić swój żal, swoje rozczarowanie i smutek z tego, jak to dziś wygląda. A wygląda bardzo przykro.
Mam jednak nadzieję – szczerą i naiwną może – że przyjdzie taki moment, kiedy wszystkie kraje eurowizyjne się obudzą i wspólnie zaprotestują. Że powiedzą „dość” temu cyrkowi, i wymuszą zmiany, które przywrócą Eurowizji to, co było jej sercem: muzykę, równość i szczerość.
Udostępnij dalej Jeśli się ze mną zgadzasz.
Pozdrawiam ✌️