09/06/2024
Minął tydzień i niejedna refleksja po drodze, ale dopiero teraz nadarzył się odpowiedni czas na skreślenie kilku słów. Wracam myślami do pierwszej próby na opolskiej scenie - staję przy pulpicie dyrygenckim, rozglądam się i… wszystkich znam. Czuję się jak na Wigilii. Narzekanie na cokolwiek byłoby grzechem. Obok dyrektor artystyczny, który bezgranicznie ufa, wokół snajperska orkiestra złożona z przyjaciół, wymarzeni wokaliści, aranżerski narybek, któremu powierzyłem część zadań, nieco dalej pełni poświęcenia reżyserzy dźwięku, zarówno w amfiteatrze, jak i w wozie transmisyjnym, niezawodna obsługa planu oraz Ona - wymaŻona, zawsze obok i, jako menadżer, również pochłonięta bez reszty festiwalowym ferworem. Tak było tam, na miejscu. A co działo się wcześniej? Właściwie codziennie to samo. Stawianie kolejnych nut niczym wypełnianie krzyżówki, co zajmuje całe dnie, a podczas wykonania przez muzyków mierzy się zaledwie w minutach. Do dziś nie wiem, czy warto poświęcać wszystko dla jednego celu, kłaść się nad ranem, widzieć syna w przelocie i tracić tym samym wiele z życia… Ale wiem też, że z pasją się nie dyskutuje. Czy miałem jakiś plan? Zawsze taki sam - zanurzyć się w siebie i ubrać w nuty swoje odczuwanie. Czy pisząc myślę o późniejszych reakcjach? Szczerze mówiąc - nie. I nie jest to bynajmniej ignorancja kogokolwiek, tylko jedyny sposób, by zachować szczerość muzycznej wypowiedzi (mówię to za wieloma mistrzami i autorytetami, którzy od lat są mi bliscy). Reakcje dzieją się przy okazji, są jakimś dopełnieniem, ale na pewno nie celem, a wszelkie próby uwodzenia publiczności kończą się stopniowym obniżaniem artystycznego poziomu, aż w końcu upadkiem. A skoro o słuchaczach - jakie mają dziś wymagania względem ludzi sceny? Kilka dekad temu rozrywkę w Polsce stanowił Kabaret Starszych Panów, teksty Jonasza Kofty, Agnieszki Osieckiej, Wojciecha Młynarskiego, kompozycje Andrzeja Zielińskiego, Włodzimierza Nahornego, Piotra Figla, Janusza Komana… A dziś? Pomijając dotkliwy brak następców wielkich wspomnianych - tolerujemy niewzruszenie playbacki nie tylko wokalistów, ale i orkiestr, co zaczyna być standardem festiwali (nie opolskiego, rzecz jasna) i koncertów telewizyjnych, gdyż jest taniej (czego wielu pewnie jeszcze nie zauważyło), brak rzemiosła i warsztatu obracamy w naturalność i swojskość oraz oczekujemy, że współczesny artysta odśpiewa piosenkę sprzed 40 lat w niezmienionym kształcie, po czym i tak stwierdzimy, że nie umywa się do oryginału. Nie mam pojęcia, skąd przeświadczenie, że solista śpiewający piosenkę Czesława Niemena zamierza się z Nim ścigać i po co miałby to robić? To wszystko jest najpewniej pokłosiem ostatnich kilkunastu lat, w których w komercyjnym radiu i telewizji liczył się wyłącznie wynik słuchalności i oglądalności, bez najmniejszego elementu edukacji, co oznaczało z reguły drastyczny spadek jakości artystycznej. Nasz mózg przyzwyczaił się więc do określonej muzycznej przestrzeni, a próbę obcowania z czymś odmiennym odbiera jako atak na bezpieczną i znaną codzienność. Dochodzi do tego społeczne nieosłuchanie i brak potrzeby obcowania ze sztuką, która nie tylko bawi, ale i pobudza, zmusza do refleksji, inspiruje, uskrzydla.
Żyjemy w czasach wolności słowa, którą sobie cenimy, choć w anonimowej formie często nie ma z nią nic wspólnego. Spróbujmy więc przyzwyczaić się do wolności artystycznej, bo jest ona bezdyskusyjnym prawem i przywilejem każdego artysty. W sztuce nie istnieje “nie wolno” lub co gorsza - “nie wypada”. Istnieje za to gust, smak, odmienność i artystyczna uczciwość. A puentą niech będą słowa Agaty Kuleszy, która ostatnio w wywiadzie radiowym oznajmiła, że nie utożsamia się z językiem artystycznym konkursu Eurowizji, w związku z tym go nie ogląda. Nie oceniała, co w sieci czynią właściwie wszyscy, tylko spokojnie wyznała, że to nie Jej język. O ileż zdrowszy byłby świat, gdyby w sytuacji, kiedy nie podoba nam się film, piosenka czy spektakl, wyrazić swoją opinię słowami: “nie utożsamiam się z tym” lub “to nie dla mnie”. Do czego, rzecz jasna, szaleńczo namawiam. 🌸
P.S. Tylu ciepłych słów nie otrzymałem po żadnym koncercie. Docierały do mnie również liczne opinie wielu wspaniałych muzyków, nawet tych mało wylewnych, co szczególnie doceniam. Arcy dziękuję. ❤️