Wiedźmy Kulturalne

Wiedźmy Kulturalne Dane kontaktowe, mapa i wskazówki, formularz kontaktowy, godziny otwarcia, usługi, oceny, zdjęcia, filmy i ogłoszenia od Wiedźmy Kulturalne, Sztuka i rozrywka, Warsaw.

12/12/2021

Jaram się - nie, że Gwiezdne Wojny, tylko na myśl, co moje ulubione studio może wyczarować fabularnie w ramach tego świata ^^
/🦊

Ze wszystkich Howittówek, które prowadziłam, żadna nie sprawia mi takich kłopotów jak Goat Crashers.🐐 Swoją przygodę z g...
04/12/2021

Ze wszystkich Howittówek, które prowadziłam, żadna nie sprawia mi takich kłopotów jak Goat Crashers.

🐐 Swoją przygodę z grami Granta Howitta zaczynałam właśnie od Kóz i Seksownych Czarodziejek Bojowych (Sexy Battle Wizards) i te dwie gry prowadziłam zdecydowanie najwięcej razy. Kozy przy tym są znacznie bardziej specyficzne i odjechane, samym pomysłem wbijają się już na wyżyny absurdu – bo oto jesteśmy drużyną kóz, które wkradają się na imprezę. Każda z kóz jest inna, ma swoje mocne strony i cele do zrealizowania, ale nadal mówimy o kozach na przyjęciu. Przyjęciu, na którym dzieje się coś jeszcze – coś tajnego, nielegalnego i niebezpiecznego. Co może pójść nie tak?

🐐 (Wszystko!)

🐐 Mamy więc wspaniale szurnięte założenia i mnóstwo elementów do eskalowania sytuacji pod sam sufit. Mechanika także zdaje się temu sprzyjać. P**a chaosu odzwierciedla zamieszanie poczynione przez rogate bohaterki, a Goatmaster (hehe) za jej pomocą utrudnia kozom imprezowanie. Założenie jest bardzo proste – im bardziej kozy rozrabiają, tym bardziej goście stają się podejrzliwi i tym trudniej jest kozom realizować swoje zamiary. Kozy zaczynają działać bardziej dyskretnie – ludzie uspokajają się i robi się łatwiej. A jeśli w którymkolwiek momencie zrobi się zbyt ciężko, to pozostaje Party Hard – super skill, który każda koza może wykorzystać raz na sesję, wykorzystując nagromadzony chaos na własną korzyść.

🐐 Niektóre sesje w Kozy były tak cudowne, że będę je jeszcze wspominać przez lata. Jednocześnie były to sesje, które nieszczególnie wiele miały wspólnego z zasadami Goat Crashers. A tych przecież nie ma jakoś szalenie dużo – mówimy o grze mieszczącej się na stronie A4. Z obrazkami!

🐐 Zwykle staram się grać jak najbardziej RAW (Rules As Written), ale czasem trzeba pewne rzeczy priorytetyzować. Jeśli spotykam się z drużyną, która chce dobrze poznać jakąś grę, będziemy trzymać się mechaniki – ale Howittówki to są takie erpegowe fast foody. Szybkie, proste, wymagające minimum przygotowania, idealne do niezobowiązującej rozgrywki dla odprężenia po ciężkim dniu. Priorytetem jest więc dobra zabawa, a jeśli coś w niej przeszkadza – należy to jak najszybciej wyrzucić za okno.

🐐 I Kozy pozostają jedyną Howittówką, z której wyrzucam aż tyle. Kłopotliwa okazuje się za każdym razem konwencja – bo o ile koncepcja kóz na imprezie zachwyca, o tyle gracze niekoniecznie podchodzą do tego tematu zgodnie z przewidywaniami.

🐐 Gra podaje przykładowe poziomy trudności na różne akcje, których mogą postaci graczy. Sugerowane są przebieranki i udawanie ludzi (a właściwie to pojedynczej osoby), a proponowane poziomy są tak wysokie, że zdanie większości testów wymaga ciągłej współpracy wszystkich kóz (albo postawienia na party hard przy wysokim chaosie jednej z nich). Niby to ma sens, współpraca drużyny plus pojedyncze momenty indywidualnego kozaczenia (hehe) i ratowania sytuacji, gdy jest naprawdę gorąco. Do tego wszystkiego chaos wynikający z tego, że każda z kóz chce robić coś innego – znamy to z wyścigowych szopów.

🐐 Jednocześnie na liście potencjalnych celów kóz znajduje się odtworzenie „Szklanej pułapki” i to zdanie działa na wyobraźnię graczy znacznie mocniej niż sugestie przebieranek. Moje kozy nagminnie porywają helikoptery, kradną samochody, uwodzą dziedziczki i bawią się w Bonda. Wywołują pożary, krzyżują szyki terrorystom, łamią prawa fizyki i logiki. Czasem rozrabianie wchodzi im zbyt mocno, ale nigdy nie brakuje im klasy.

🐐 A ponieważ bawią się przy tym doskonale – a ja z nimi – to proponowane poziomy trudności idą do kosza, przebieranki kończą się zaraz po przestąpieniu przez progi miejsca imprezy, a kozy rozbiegają się we wszystkie strony i sieją chaos. Niby starają się być dyskretne i nie rzucać w oczy ludziom, ale prędzej schowają się we wnętrzu tortu niż wskoczą w sukienkę.

🐐 Czasem marudzę, że znowu Kozy się rozjechały i graliśmy w zupełnie coś innego – jest we mnie poczucie, że jeśli umawiamy się na grę w konkretną grę, to w nią właśnie gramy. Nie lubię tego uczucia, że nie dowiozłam, a przecież to ja byłam Goatmasterem i na moich barkach spoczywało prowadzenie gry. Potem daję sobie jednak na wstrzymanie, bo skoro wszyscy bawili się świetnie, a po to się przecież spotkaliśmy – to czy jest co roztrząsać? Po prostu przestawiłam się na informowanie graczy przed sesją, że będę dostosowywać grę pod nich. Po sesji, przy feedbacku, można dokładniej opowiedzieć, co się zmieniło i dlaczego. Informacyjnie, bez spiny, ja to poprowadziłam tak i tak, bo uznałam, że to i to nie zadziała, ale żebyście wiedzieli, jak to wyglądało na papierze.

/Kage 🌒

Dziś rozpoczęła się ósma edycja akcja RPG a Day. Międzynarodowy erpegówek przez cały najbliższy miesiąc wyprodukuje prze...
01/08/2021

Dziś rozpoczęła się ósma edycja akcja RPG a Day. Międzynarodowy erpegówek przez cały najbliższy miesiąc wyprodukuje przerażającą ilość wpisów na podane tematy. Przez większość czasu mamy możliwość wylosowania jednej z czterech podanych opcji, co daje nam łącznie sto trzy hasła na tyle luźne, że mogą inspirować naprawdę różne przemyślenia.

W tym roku, tak samo jak w poprzednim, popełniłam kilka wpisów z ramienia organizacji, do której należę. Nie mam zamiaru udawać, że cokolwiek losowałam – wybrałam te kilka haseł, które mi się w miarę podobały, a potem spędziłam wiele godzin nad tym, żeby wyprodukować coś krótkiego i sensownego. Zdecydowanie zbyt wiele godzin jak na mój gust, więc zaczęłam się zastanawiać – dlaczego idzie mi tak marnie?

Doszłam do wniosku, że tak właściwie to nie za bardzo lubię RPGaDay.

Obserwuję wiele inicjatyw związanych z naszym hobby. Czytam wpisy i artykuły, słucham sesji i poradników, biorę udział w dyskusjach, organizuję eventy. Czasem, kiedy wydaje mi się, że mam coś ciekawego do powiedzenia, to z wielką ochotą się wymądrzam. Nawet z inbami jestem w miarę na bieżąco.

Wydaje mi się, że rozumiem przesłanki, stojące za RPGaDay, ale mnie ten event po prostu męczy. Tablica na fejsbuku jest cała zawalona wpisami na dzisiejszy, zadany odgórnie temat. Niech to nawet będą te cztery tematy – nadal robi się z tego potężna ściana prac domowych. Nagle wszyscy piszą codziennie o tym samym. Prasówka, w której RPGi zajmują ważną, ale wcale nie najobszerniejszą część, niknie pod ciężarem tych wszystkich wpisów. Owszem, znajdą się wśród nich perełki, które wniosą coś do mojego życia lub pobudzą jakąś dyskusję w fandomie… Ale raz, że czasem trudno ją wyłapać w tym natłoku podobnych przecież tekstów (nie wymagam silenia się na oryginalność, ale często daje się wyczuć przymus), a dwa – RPG a Day wcale dyskusji nie prowokuje. Wszyscy jesteśmy zbyt zajęci odrabianiem własnej pracy domowej, żeby czytać uważnie cudze, a co dopiero je komentować.

Nie uważam, że ta inicjatywa jest zła sama w sobie. Jeśli śledziłabym trzy fanpejdże erpegowe zamiast trzydziestu, to pewnie też nie czułabym takiego zmęczenia. Od jutra wchodzą też cztery tematy zamiast jednego, więc pewnie nie będę aż tak stękać jak dzisiaj. Może też trafi się jakaś ciekawa dyskusja, ale jestem już zbyt zmęczona tematem, żeby się w to wszystko zagłębiać. Wiecie – oberwałam w ciągu jednego dnia taką dawką erpegowych przemyśleń, że normalnie starczyłoby mi na cały przyszły tydzień, a i tak czytam przecież tylko wpisy osób, których zdanie mnie interesuje.

Tak, marudzę, ale to pierwszy dzień, a ja już czuję przesyt. Może dalsze zmiany formuły wyzwania mogłyby pomóc? Mi osobiście całkiem pasuje pisanie kolektywne, gdy w wyzwaniu bierze udział grupa, a nie pojedyncza osoba – w ten sposób każdy wypowiada się przy tych hasłach, przy których rzeczywiście ma coś do powiedzenia, a pozostałe zostawia innym i całość przestaje wyglądać jak wymęczona praca domowa. Można wprowadzić więcej haseł, ograniczenia słów, dodatkowe twisty wbudowane w samo wyzwanie. Może pomogłoby trzymanie tych wpisów w jednym wątku? Może przeniesienie go z fejsbuka na inne social media odciążyłoby nieco format?

A może powinnam przestać narzekać i zacząć się cieszyć, że fandom jest tak zaangażowany?

/Kage

Szybka polecajka ^^Jeśli lubicie przygodę i światy fantastyczne, macie ochotę na barwnych bohaterów i niewymagającą wyci...
25/04/2021

Szybka polecajka ^^

Jeśli lubicie przygodę i światy fantastyczne, macie ochotę na barwnych bohaterów i niewymagającą wycieczkę prosto w ramiona akcji podszytej magią, to nowy serial Netflixa całkiem się nada. „Cień i kość” to adaptacja książek Leigh Bardugo, a konkretnie trylogii Griszy oraz dylogii „Szóstki Wron”, których wydarzenia osadzone są w tym samym uniwersum.
Czytałam Wrony, nie czytałam trylogii Griszy i nie zamierzam zmieniać tego faktu. Doceniam pewne aspekty prozy Bardugo, ale generalnie nie polubiłam się z jej stylem pisarskim – tak w dużym skrócie i uproszczeniu.

W oparciu o wyrobione sobie wcześniej zdanie na temat książek, jak również o fakt, że wcale na ten serial nie czekałam, przyznaję bez bicia, że produkcja wypada zaskakująco dobrze.
Twórcy podeszli do tematu dość twórczo, ewidentnie pobawili się wątkami, a przynajmniej tymi z „Szóstki Wron”, co da im niezłą podbudowę, jak już wezmą się za konkretną fabułę z dylogii.

W ogóle ten serial postaciami stoi. Ludzie od castingu odwalili kawał dobrej roboty, nie ma co ukrywać. Na szczególną uwagę zasługują: Kit Young (Jasper) i Archie Renaux (Mal). Ten pierwszy potrafi ukraść każdą scenę, w której się znajduje, a ten drugi ma dość konkretny, dramatyczny wątek, z którym radzi sobie naprawdę sprawnie (i ma dwóch kumpli, którzy pomimo mocno drugiego planu i tak zapamiętam). Co więcej, Kaz Brekker został w serialu człowiekiem! (Nawet nie chcę wchodzić w szczegóły, jak antypatyczną i w ogóle okropną postacią jest w książkach).

Dużym plusem z mojej perspektywy było też dodanie lat głównym postaciom. Powieść stoi w rozkroku pomiędzy tym, czym musi być, bo to się sprzedaje (powieścią young adult), a tym czym chciałaby być: powieścią fantasy o mocno doświadczonych ludziach i dość dysfunkcyjnej rodzinie. Serial póki co radzi sobie lepiej z rozkładaniem akcentów dramatycznych, humorystycznych, epickich romantycznych, uciekając od łatki średniaczka dla młodzieży.

Całkiem podobała mi się muzyka, typowa dla tego typu seriali, ale zdecydowanie dopasowana do emocji na ekranie. Mogłabym pomarudzić, bo teoretycznie można się tutaj było pobawić w tworzenie motywów dla poszczególnych nacji i trochę szkoda, że tego nie zrobiono (np. netflixowy Wiedźmin ma bardziej charakterystyczną nutę), bo świat byłby dzięki temu barwniejszy i bardziej wyjątkowy. No, ale nie można mieć wszystkiego, a i tak jest nieźle.
Kostiumy też dają radę. Nie zawsze udaje się utrzymać złudzenie, że są to materiały dobrej jakości, ale widać tu pomysły i jestem ciekawa, jak w przyszłości twórcy dadzą zaszaleć projektantom. Osobiście jestem wielką fanką niebieskiej koszuli Inej

Japończycy w MonsterVerseUwaga – będzie tyci tyci spoiler dotyczący pewnej trzecioplanowej postaci z najnowszego filmu. ...
23/04/2021

Japończycy w MonsterVerse

Uwaga – będzie tyci tyci spoiler dotyczący pewnej trzecioplanowej postaci z najnowszego filmu. Żeby nie było, że nie ostrzegałam.

Obejrzałyśmy wreszcie „Godzilla vs. Kong” (bardzo nietrafiony tytuł, „Kong vs. Godzilla” jest znacznie bardziej adekwatne z którejkolwiek strony na to nie patrzeć). Można powiedzieć, że z MonsterVerse jesteśmy na bieżąco. Przemyśleń jest sporo, ale tak w wielkim skrócie: oba filmy o Kongu są dobre, oba o Godzilli – słabe (a jeden wręcz fatalny).
Nie mam zamiaru tworzyć tutaj żadnej teorii spiskowej o tym, dlaczego Amerykanom zrobienie filmu o amerykańskim z pochodzenia Kongu wychodzi dużo lepiej niż o bardzo japońskim przecież Godzilli. Mogłabym złośliwie stwierdzić, że po prostu nie potrafią, ale nie stwierdzę, bo wcale tak nie myślę. „Król potworów” to i tak znaczna poprawa po „Godzilli” z 2014, choć nadal mam wrażenie, że na wielką jaszczurkę nie ma tam pomysłu.
Nie ma chyba też za bardzo pomysłu na Japończyków w tych filmach.
Oczywiście, ze względu na osobiste zainteresowania chciałabym, żeby te wątki "japońskie" były jak najbardziej prominentne – szczególnie kiedy mówimy o filmach z Godzillą w tytule. Z drugiej jednak strony, jeśli ma to wyglądać jak w najnowszym filmie Legendary, to może lepiej, żeby nie było ich w ogóle. Tak, czepiam się, ale ktoś musi.
Przyjrzyjmy się więc temu, co mamy. W czterech filmach zagrało trzech Japończyków o bardzo zróżnicowanym dorobku, pojawiających się w adekwatnych do tegoż dorobku rolach.
W „Wyspie czaszki” pojawia się muzyk i piosenkarz Miyavi, wcielająšcy się w rolę japońskiego żołnierza z czasów II WŚ. Jest to występ mocno epizodyczny, bo na ekranie widzimy go nie więcej niż dwie minuty, gdy biega i robi miny godne wariata z kataną. Sam prolog wypada jednak bardzo fajnie, a sama postać zostaje jeszcze później w sensowny sposób wspomniana. Cały ten mini-wątek jest przyjemnym dodatkiem do głównej historii i nawet przekazuje sobą coś wartościowego.
O obu filmach poświęconych Godzilli mam bardzo złe zdanie i to wcale nie dlatego, że popełniają zbrodnię niewykorzystania Kena Watanabe. Chociaż problem jest znacznie szerszy, bo dotyczy zarówno słabych scenariuszy, żenująco marnych dialogów, jak i kiepskiego prowadzenia postaci – z twarzą wychodzi tylko Charles Dance, którego charyzma ratuje nawet najgorzej napisanego złola.
Watanabe kręci się po tych filmach, próbując coś tam zagrać. A szkoda, bo na papierze doktor Ishirō Serizawa jest jedną z ciekawszych postaci. Mimo to pozostaje na drugim planie, podczas gdy widz musi męczyć się z ciężką dramą głównych bohaterów.
W obu filmach ważny jest wątek naukowców, ale są to rzecz jasna amerykańscy naukowcy. W „Godzilli” z 2014 dostajemy do bólu standardowego „po stracie żony wpadłem w obsesję, ale tak naprawdę mam rację” Bryana Cranstona. „Król Potworów” jest jeszcze gorszy, bo tam mamy parę naukowców, skłóconych i straumatyzowanych małżonków, o bzdurnych motywacjach i nieprzyjemnych charakterach. Postać Very Farmigi dało się jeszcze przeżyć, bo nie było jej zbyt dużo, ale nasz główny protagonista – w tej roli Kyle Chandler – był najbardziej irytującym Gary Stu, jakiego spotkałam.
(Dowcip: Jak się nazywa męski odpowiednik Mary Sue? Protagonista.)
Dużo przyjemniej i sensowniej byłoby śledzić doktora Serizawę, który całym sobą wyraża coś bardzo szczególnego i ciekawego. Coś znacznie oryginalniejszego niż dramy związane z żałobą po śmierci bliskich, niż szaleni naukowcy niezrozumiani przez otoczenie, niż badacze zamieniający się w superbohaterów ganiających za terrorystami i ratującymi niewinnych ludzi, niż nawet wreszcie uczeni schodzący na złą drogę w dobrej wierze. Coś znacznie bliższego temu, dlaczego ludzie angażują się w jakiekolwiek badania.
Nowe filmy podkreślają, że nasze wielkie potwory to nie mutanty, ale część natury. Siła, która nie jest ani dobra, ani zła, ale po prostu jest – wielka, wspaniała, nieprzewidywalna, niebezpieczna, ale także niezbędna. I Serizawa patrzy na Godzillę właśnie tak, z zachwytem, z – wybaczcie angielski wtręt – awe and wonder. Jest to w moim odczuciu bardzo japońskie podejście do natury, i wydaje mi się (aczkolwiek to już dość ryzykowne stwierdzenie, bo nie zagłębiałam się w to jeszcze), że także do tematu Godzilli. Serizawa ze wszystkich postaci zdaje się mieć najczystsze intencje wobec naszej jaszczurki – nie chce jej zabić, wykorzystać, podporządkować. Chce ją obserwować i badać. Zachwycać się nią z oddali. Domknięcie jego wątku mogłoby być naprawdę ładne, gdyby film poświęcił mu więcej uwagi. Szkoda, że gra drugie skrzypce w dwóch zdecydowanie nieudanych filmach.
No i przechodzimy do „Godzilli vs. Konga”, gdzie Ishirō już nie ma, pojawia się za to postać Serizawy Juniora, granego przez Shuna Oguri. Nie będę się tu pastwić nad biednym Ogórkiem, który stara się jak może (wyglądem i miną), ale jesteśmy prawie pewne, że potem sam się dubbingował. To naprawdę podejrzane, że choć mówi tak niewiele, to kamera zawsze maskuje mu kłapy – czy to szerszym kadrem, czy pokazaniem kogoś zupełnie innego.
Wątek Serizawy Juniora jest jednak zły, a z tego co czytałam o oficjalnej nowelizacji – mógł być jeszcze gorszy. Jakby to był bezimienny nawet złol, albo kolejne dziecko złola numer jeden, albo cokolwiek – uszłoby. W sensie znowu mamy naukowca, a raczej wynalazcę, który robi brzydkie rzeczy w brzydkim korpo (to nie spoiler, to początek filmu). Ale nope, zrobili z niego syna Serizawy. Tego samego Serizawy, który miał szansę być najciekawszym człowiekiem w MonsterVerse. Bo oto Junior robi coś, od czego Senior z pewnością przewraca się w grobie , ale film ani tego nie wyjaśnia, ani w sensowny sposób nie rozwiązuje. Wątek nie tylko zbędny, ale w moim odczuciu – trochę plujący w twarz temu, co udało się osiągnąć Watanabe.
No i kurczę, ja naprawdę lubię Ogóra i ucieszyłoby mnie, że gra Serizawę Juniora, gdyby tylko zrobiono z tą postacią coś ciekawego, przyjemnego albo ładnego.Wracając jeszcze na chwilę do “Godzilli” z 2014 roku - pojawia się tam jeden z najbardziej irytujących zabiegów, jaki znam: Amerykanie, mieszkający i pracujący w Japonii, porozumiewają się ze swoimi japońskimi współpracownikami po angielsku, wtrącając pojedyncze japońskie słowa – i nie mówię tu o utartych formułach grzecznościowych, tylko np. rzucaniu „nani?” zamiast „what?”, a potem już przechodzenie na angielski. Tak samo zresztą zachowuje się japońska nauczycielka w japońskiej szkole, w której jest tylko jedno białe dziecko... Ech.
Aha – obejrzyjcie „Godzilla vs. Kong”. Warto. To blockbuster, ale udany. Godzilli trochę mało, ale Kong super, protagoniści wreszcie sympatyczni, strona wizualna fajna, a na wielkim ekranie to w ogóle byłby odlot. No i Brian Tyree Henry to skarb, nawet jeśli jego wątek jest cudownie zbędny.

/Kage

Kadr pochodzi z filmu "King Kong vs. Godzilla" z 1962

Zainteresowani z pewnością wiedzą, że po sieci już od jakiegoś czasu śmiga sobie trailer do czwartej odsłony Dragon Age ...
16/03/2021

Zainteresowani z pewnością wiedzą, że po sieci już od jakiegoś czasu śmiga sobie trailer do czwartej odsłony Dragon Age i o matko, jak ja się nie mogę doczekać tej gry.

Gracz ze mnie dzielno-niedzielny, ale są takie tytuły, które do mnie wołają i przyciągają mocą obiecanej historii. No i Dragon Age to właśnie taka gra.
Nie minę się z prawdą, jak napiszę, że Inkwizycja zrobiła mi kuku w sam środek serca. Osiągnęłam wtedy ten poziom, gdzie na tyle zżyłam się ze swoją postacią i tak pokierowałam historią, że na koniec miałam takie: „Ale musicie teraz pozwolić, żeby moja Inkwizytorka poszła i udowodniła temu i owemu, że MOŻNA INACZEJ! Obiecała mu to i to było wyzwanie, jasne?!”
Długo godziłam się z rzeczywistością, że muszę zostawić swoją okaleczoną, ale zdeterminowaną i wkurzoną Inkwizytorkę za sobą. Dalej mam nadzieję, że w jakiś sposób będzie ona zaangażowana w kolejne działania, bo nie wyobrażam sobie, żeby twórcy porzucili ten wątek – zbyt mocno związany jest z panem antagonistą. Jednak jestem gotowa na nową postać, a jeśli jeszcze zafundują mi prologi rodem z Dragon Age: Orgins, wszystko będzie im wybaczone (uogólniając).
No ale ja miałam o tym nowym zwiastunie…
Otóż wszystko w nim do mnie przemawia i to głosem samego Varrica, więc wiecie, nie trudno było roztopić moje stęsknione serce. Piękne scenerie, kilka ciekawych ujęć na tajemnicze, zakapturzone postaci i obietnica fantastycznej przygody. Całość sprawia, że w głowie pobrzmiewa mi Freddie Mercury i jego mocarne: „I want it all and I want it now!”
Tak, do tego już doszło.
Oczywiście mam swoje oczekiwania fabularne, nic na to nie poradzę, ale prawdopodobnie pokocham tę grę z całym inwentarzem rzeczy, które się w niej nie udadzą albo udadzą połowicznie. Nawet nie próbuję oszukiwać samej siebie. I chociaż istnieje nikła szansa, że się odbiję od tej produkcji, jak odbijam się dość regularnie od nowych odsłon Assassin’s Creed – które są piękne, ale już nie takie moje, wiecie, asasyńskie – to jednak optymistycznie patrzę w przyszłość.
Wieść gminna niesie, że studio dostało zielone światło, żeby skupić się na trybie dla pojedyńczego gracza i to jest naprawdę dobra wiadomość (żeby nie powiedzieć ulga). To oznacza skupienie się na historii, dopracowanie postaci i być może lepsze umocowanie wątków, jeśli faktycznie moglibyśmy sobie wybrać swoje pochodzenie. Skrzyżowanie wybranej rasy i frakcji miałoby większe znaczenie, a liczę również, że dostaniemy więcej narzędzi fabularnych do kształtowanie Thedas.
O, i mam nadzieję na większe zniuansowanie opcji dialogowych oraz nieoczywiste wybory.

Jestem ogromnie ciekawa nowych towarzyszy i tego, w jaki sposób tym razem będziemy budować swoją drużynę. Czekam na więcej informacji w tym temacie, kopcąc się i roztaczając wokół swąd ekscytacji.
Do premiery jeszcze sporo czasu, więc wzięłam się za ogrywanie całego Dragon Age od początku (trzeba sobie przygotować stan świata na nadchodzącą apokalipsę, co nie?) . I tym razem dzielnie czytam Kodeks – znaczy, staram się...
A w międzyczasie chyba sięgnę po książki. Bo czemu by nie?
Brzmi jak plan.

/Kitsu 🦊

Ilustracja: lekko podrasowany screenshot z trailera Dragon Age 4
autor: Kitsu

Przyszło! Wreszcie, kurna, przyszło!I wiecie co?Jestem jeszcze bardziej podirytowana tą całą sytuacją, niż byłam.Nie będ...
29/01/2021

Przyszło! Wreszcie, kurna, przyszło!

I wiecie co?

Jestem jeszcze bardziej podirytowana tą całą sytuacją, niż byłam.

Nie będę się mądrzyć i udawać, że wiem, jak to dokładnie z Celestial Realms było. Słyszałam tyle, co wszyscy (zbulwersowani) zainteresowani. Podręcznik drukowany był w Chinach, tak samo, jak wszystkie wcześniejsze podręczniki piątej edycji Legendy Pięciu Kręgów. Korciło mnie, żeby pochylić się nad faktem, że drukowanie podręczników w Chinach i transportowanie ich przez pół świata jest z jakiegoś powodu bardziej opłacalne niż zrobienie tego gdzieś bliżej, ale po głębokim namyśle — odpuszczam. Wysiłek konieczny do zrobienia researchu na ten temat wydaje się na chwilę obecną znacznie większy niż moje możliwości i chęci.

Frapuje mnie jednak inna kwestia i jest nią właśnie sprawa zaginionego kontenera, a właściwie — dość niefrasobliwe podejście do całej sprawy podmiotów tak jakby za nią odpowiedzialnych.
Uważam za zrozumiałe, że paczki giną. Tu coś spadnie, tu się przesunie, tu się ktoś pomyli, no, zdarza się. Nie znaczy to jednak, że powinno to być normą. Rozmaici przewoźnicy konkurują ze sobą nie tylko w zakresie cen, ale także bezpieczeństwa. Istnieją też ubezpieczenia, regulaminy, możliwości reklamacji. Wiecie, wszystkie te procedury, które mają chronić kontrahentów, a które wypracowaliśmy już jakiś czas temu.

Istnieje jednak też takie pojęcie jak "dobre praktyki biznesowe". I tak, tak, są głosy, że dobre praktyki nie zawsze są dobre, ale chyba możemy się zgodzić, że dbanie o poprawne stosunki z drugą stroną oraz dobry PR leży w naszym najlepszym interesie? Oczywiście działa to w obie strony, w końcu to wcale nie do końca tak, że klient nasz pan, transakcja handlowa polega w teorii na tym, że obie strony dokonują wymiany, z której wychodzą zadowolone. Mówię niby, sprawa jest znacznie bardziej skomplikowana, ale znowu schodzę z tematu.

Kto dał ciała w przypadku zaginionego kontenera? Nie wiem i trochę mnie to nie obchodzi. Z perspektywy klienta, znajdującego się na końcu tego dość długiego łańcucha, wina spada na sklep oraz wydawcę. Nie jest to anonimowy przewoźnik czy magazyn, który zgubił kontener, ale jak najbardziej znani nam z imienia przedsiębiorcy. I szczerze? Należy im się.
Jeśli kupujemy coś w przedpłacie, to zawieramy pewną umowę. Klient rzuca kasą wcześniej, a sprzedawca zobowiązuje się, że klient na pewno ten towar dostanie — i stanie się to w określonym terminie. Nie jestem specjalistką od prawa, ale od lat zamawiam rzeczy w przedpłatach i rozmaitych zbiórkach i jeszcze nigdy nie widziałam takiego cyrku.
ZAWSZE produkt trafiał najpierw do osób, które kupiły go w przedpłacie, a dopiero potem (albo w tym samym momencie) szedł do detalu. Jeszcze nigdy nie spotkałam się z tym, żeby zamówienie z przedpłaty trafiło do klienta po... Tak, po pół roku niemalże, przecież to był sierpień. A kiedy w końcu do tego klienta trafiło, to nie dlatego, że wydawca lub sklep wziął na siebie odpowiedzialność, ale dlatego, że kontener się podobno cudownie odnalazł.

A gdyby się nie odnalazł? Czekalibyśmy do usranej śmierci? Nie no, w końcu wszyscy złożyliby reklamację i odzyskali hajs. Tylko podręcznik jest już aktualnie nie do kupienia, więc trzeba byłoby liczyć na dodruk, o ile ktoś by go zrobił. Co wcale nie jest takie oczywiste.

Wiecie, co mógł zrobić sklep? Po pierwsze, jasno zakomunikować, jaki jest problem i jakie kroki zostały podjęte, żeby je rozwiązać. Oczywiście nikt tego nie zrobił, a ja nawet nie zliczę, ile razy ja i moje otoczenie dobijaliśmy się mailowo i telefonicznie z pytaniem, co się dzieje z „Celestial Realms”. Po drugie — przeprosić. Po trzecie, zaproponować jakieś zadośćuczynienie, choćby zniżkę na następne zakupy.

A wydawca? To samo, to znaczy zakomunikować, przeprosić i... Uwaga, teraz będzie szaleństwo — zebrać maile oczekujących klientów i rozesłać im ebooki na DriveThru, gdy tylko stało się jasne, że kontener wcięło. Ludzie dostaliby podręczniki w jakiejś formie, wydawcę kosztowałoby to tyle co nic (przy tym nakładzie to jest nic). W końcu szansa, że któryś z wkurwionych klientów kupi ebooka, czekając na kopię fizyczną, jest niewielka. No dobrze, pewnie są tacy szaleńcy, ale wiecie, większa jest szansa, że klient się za tę akcję wkurwi, obrazi i już nigdy nic od nas nie kupi. Nie jest to wprawdzie przypadek niżej podpisanej, bo planuję zebrać piątą edycję w całości, ale nie kupię już od nich nic innego. Żadnej innej gry, gadżetu, zapasowego podręcznika. Wolę kupować u kogoś, kto nie będzie miał w dupie, że nie zrealizował swojej części umowy. Bo mieliśmy umowę — ja daję ci wcześniej pieniądze, a ty dostarczasz mi towar. I nie obchodzi mnie, że kontener został zgubiony przez twojego innego kontrahenta. Ja się wywiązałam ze swojej części umowy. A druga strona? Ani przepraszam, ani pocałuj mnie w tyłek.

Zanim ktoś podniesie larum, że moja postawa jest roszczeniowa i co ja sobie wyobrażam — pisałam już z wydawcami w sprawie zaginionych przesyłek. I za każdym razem wydawca błyskawicznie oferował, że wyśle na swój koszt nową paczkę. Ba, raz nawet wysłał ją priorytetem, płacąc za przesyłkę tyle, że prawie wypadły mi gałki oczne. Zaginiona paczka w końcu się odnalazła i także dotarła pod adres, ale nie padło nawet słówko o zwrotach czy czymkolwiek takim. A był to wydawca znacznie mniejszy niż Asmodee z przyległościami.

Da się? Da się, jeśli traktuje się klienta jako partnera.

/Kage

Nikogo chyba nie zdziwi, jeśli stwierdzę, że wolę w RPGi grać niż je czytać.Moja niechęć do przedzierania się przez goto...
22/01/2021

Nikogo chyba nie zdziwi, jeśli stwierdzę, że wolę w RPGi grać niż je czytać.

Moja niechęć do przedzierania się przez gotowe materiały do gier różnorakich to temat złożony i wielowątkowy. Zostawiam go na ewentualną przyszłość. W olbrzymim skrócie — czasu na hobby mam coraz mniej, a na liście lektur znajdują się znacznie ciekawsze pozycje.

Uwielbiam poznawać nowe systemy, nawet te bardziej złożone, ale ceglasty podręcznik — albo, co gorsza, komplet takowych — sprawia, że podchodzę do tematu jak pies do jeża. Im więcej czasu muszę zainwestować na przygotowanie, tym mniejsza szansa, że się w ogóle za to zabiorę. Dlatego chyba nie powinno nikogo zdziwić, że absolutnie uwielbiam howittówki.

"Howittówka" to w najbardziej ścisłym znaczeniu jedna z krótkich gier Granta Howitta. Krótkich, bo ledwo jednostronicowych (z dłuższych kojarzę tylko hacki), często absolutnie szalonych i absurdalnych, z prościutką mechaniką i zakręconym poczuciem humoru. Osobiście lubię tę kategorię rozszerzać o gry pokrewne w kwestii długości i stylu, ale stworzone przez innych autorów.

Oczywiście, nie są to pozycje przeznaczone na długaśne kampanie o skomplikowanej rozgrywce. To takie RPGowe fast foody — szybkie, smaczne i tanie, ale dobre tylko raz na jakiś czas, gdy jesteśmy zbyt zabiegani, żeby upichcić coś porządnego. Wybór jest wprawdzie bardzo duży, więc żonglując między nimi, można przetrwać naprawdę długo, ale w końcu dopadnie nas potrzeba zjedzenia czegoś porządniejszego.

A ponieważ wyzywań różnorakich nigdy za mało, zobowiązuję się do poprowadzenia w tym roku dwunastu howittówek, których jeszcze nie sprawdzałam — i podzielenia się z wami wrażeniami. O!



Grafika pochodzi ze strony Rowan, Rook and Decard. Link w komentarzach.

/Kage

Szaleństwo wydawania RPGów po polsku trwa. Wczoraj skończyła się zbiórka na AGON — trzecia, którą wydawnictwo Stinger Pr...
11/01/2021

Szaleństwo wydawania RPGów po polsku trwa. Wczoraj skończyła się zbiórka na AGON — trzecia, którą wydawnictwo Stinger Press zafundowało nam w ciągu ostatniego (nawet nie) roku. Po drodze oczywiście inni wydawcy też robili zbiórki na systemy różnorakie, ogólnie 2020 obrodziło nam w erpeżki, ale ja nie o tym miałam.

Otóż wczoraj wieczorem wyniuchałam, że AGON nie dobił do drugiego progu zbiórki — czyli nie będzie futerału. Aż mną zatrzęsło. Jak to? Będzie fatalnie wyglądać na półce! Nie wspominając, że poprzednia zbiórka Stingera odblokowała futerał, a Czarny Kod to przecież nie ta liga zupełnie... Przecież to gra Johna Harpera! Czyżby rynek rzeczywiście się nasycił, jak wróżą od pewnego czasu rozmaici znani mi sceptycy? Od razu zadarłam kiecę i poleciałam na wspieram.to zobaczyć, co tam się wyrabia.

I wiecie co... Nie wiem. Coś tu mocno nie wyszło, a wstępne obwąchanie tematu przynosi więcej pytań niż odpowiedzi. Temat prosi się o obszerną analizę, ale dziś skupimy się na tylko na trzech zbiórkach Stingera i ich wynikach.

Pierwsza z nich — czyli Ostrza w mroku, chyba najsłynniejsza gra wspomnianego Johna Harpera — poszła super. Odblokowano niemal wszystkie progi, zebrano prawie 112 tysięcy złotych monet na samej zbiórce, czyli 372% zakładanego celu. Projekt ma na liczniku 1589 wpłat. Słychać głosy, że tu i ówdzie poległo tłumaczenie, szczególnie przy materiałach dodatkowych, i że tyle jeszcze dobra dookoła jest do wydania, a Stinger trochę olewa, ale ogólnie wrażenie jest dobre.

Drugi był Czarny Kod, gra określana jako postapo-cyberpunk. Do obu tych podgatunków jest sporo systemów, a tak po prawdzie — trochę w erpegówku siedzę, a o Kodzie i jego autorze, Marku Whittingtonie, nie słyszałam przed zbiórką (co oczywiście o niczym nie świadczy). Mimo to wynik był niezły — 38,5 tysięcy złociszy, czyli 257% celu, a wszystko w 250 wpłatach. Z progami poszło już nieco gorzej, ale to i tak niezły wynik.

I wracamy znowu do AGONa (tak między nami, bawi mnie ta capslockowa stylizacja). Ponownie gra Harpera, podobno ceniona, do tego w znacznie oryginalniejszym settingu. Oczywiście, są też inne gry w stylistyce sandałowej, ale starożytność nie wydaje się wśród twórców gier fabularnych aż tak popularna, jak cyberpunk czy postapo. Pomijam, że żaden z tych gatunków nie jest aż tak popularny, jak stare dobre quasi-średniowiecze czy wczesna nowożytność.
A wynik jest słabiutki — niecałe 45 tysięcy złotych, 149% osiągniętego celu, 288 wpłat (tylko 38 więcej niż ostatnio!). Zbiórka udana, ale ufundowany został sam podręcznik, bez żadnych dodatkowych progów. No i nie zapominajmy, że z tych 45 tysięcy możemy odliczyć 4 tysiące na słynny "bizantyjski" egzemplarz... Ekhm.

Trudno oprzeć się wrażeniu, że coś poszło nie tak. Czy to wina mało popularnej konwencji? Może. Osobiście jednak uważam, że dobry marketing wypromowałby tę grę bez większych trudności — wystarczyło więcej krzyczeć, że to gra autora Ostrzy. Samemu Harperowi Stinger wprawdzie trochę podpadł osobą tłumacza, ale ta awantura była tak dawno temu, że nikt już nie pamięta i jakoś z tego wybrnęli. A może zawinił właśnie brak promocji? Cała zbiórka zdawała się kręcić wokół tego nieszczęsnego "bizantyjskiego" egzemplarza, który ktoś wprawdzie kupił, ale sprawa nadal brzydko pachnie. Wiecie, pandemia, gospodarka pada na twarz, niedawno mieliśmy aferkę z zewowymi Maskami, że kupa hajsu za bajery z AliExpress, a tu ktoś dowalił promocję systemu na cienkich nóżkach pojedynczego egzemplarza zdobionego złotem, szlachetnymi kamieniami i czy tam jeszcze. Sam podręcznik zresztą miał kosztować pierwotnie tysiaka więcej, ale podobno policzyli drugi raz i wyszło im mniej.

Nie wiem, co Stinger Press planuje dalej, ale mam nadzieję, że zacznie planować lepiej.

Screen pochodzi z profilu Stingera na wspieram.to, link w komentarzach.

/Kage

Adres

Warsaw

Strona Internetowa

Ostrzeżenia

Bądź na bieżąco i daj nam wysłać e-mail, gdy Wiedźmy Kulturalne umieści wiadomości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu i możesz zrezygnować z subskrypcji w dowolnym momencie.

Skontaktuj Się Z Firmę

Wyślij wiadomość do Wiedźmy Kulturalne:

Udostępnij