23/04/2021
Japończycy w MonsterVerse
Uwaga – będzie tyci tyci spoiler dotyczący pewnej trzecioplanowej postaci z najnowszego filmu. Żeby nie było, że nie ostrzegałam.
Obejrzałyśmy wreszcie „Godzilla vs. Kong” (bardzo nietrafiony tytuł, „Kong vs. Godzilla” jest znacznie bardziej adekwatne z którejkolwiek strony na to nie patrzeć). Można powiedzieć, że z MonsterVerse jesteśmy na bieżąco. Przemyśleń jest sporo, ale tak w wielkim skrócie: oba filmy o Kongu są dobre, oba o Godzilli – słabe (a jeden wręcz fatalny).
Nie mam zamiaru tworzyć tutaj żadnej teorii spiskowej o tym, dlaczego Amerykanom zrobienie filmu o amerykańskim z pochodzenia Kongu wychodzi dużo lepiej niż o bardzo japońskim przecież Godzilli. Mogłabym złośliwie stwierdzić, że po prostu nie potrafią, ale nie stwierdzę, bo wcale tak nie myślę. „Król potworów” to i tak znaczna poprawa po „Godzilli” z 2014, choć nadal mam wrażenie, że na wielką jaszczurkę nie ma tam pomysłu.
Nie ma chyba też za bardzo pomysłu na Japończyków w tych filmach.
Oczywiście, ze względu na osobiste zainteresowania chciałabym, żeby te wątki "japońskie" były jak najbardziej prominentne – szczególnie kiedy mówimy o filmach z Godzillą w tytule. Z drugiej jednak strony, jeśli ma to wyglądać jak w najnowszym filmie Legendary, to może lepiej, żeby nie było ich w ogóle. Tak, czepiam się, ale ktoś musi.
Przyjrzyjmy się więc temu, co mamy. W czterech filmach zagrało trzech Japończyków o bardzo zróżnicowanym dorobku, pojawiających się w adekwatnych do tegoż dorobku rolach.
W „Wyspie czaszki” pojawia się muzyk i piosenkarz Miyavi, wcielająšcy się w rolę japońskiego żołnierza z czasów II WŚ. Jest to występ mocno epizodyczny, bo na ekranie widzimy go nie więcej niż dwie minuty, gdy biega i robi miny godne wariata z kataną. Sam prolog wypada jednak bardzo fajnie, a sama postać zostaje jeszcze później w sensowny sposób wspomniana. Cały ten mini-wątek jest przyjemnym dodatkiem do głównej historii i nawet przekazuje sobą coś wartościowego.
O obu filmach poświęconych Godzilli mam bardzo złe zdanie i to wcale nie dlatego, że popełniają zbrodnię niewykorzystania Kena Watanabe. Chociaż problem jest znacznie szerszy, bo dotyczy zarówno słabych scenariuszy, żenująco marnych dialogów, jak i kiepskiego prowadzenia postaci – z twarzą wychodzi tylko Charles Dance, którego charyzma ratuje nawet najgorzej napisanego złola.
Watanabe kręci się po tych filmach, próbując coś tam zagrać. A szkoda, bo na papierze doktor Ishirō Serizawa jest jedną z ciekawszych postaci. Mimo to pozostaje na drugim planie, podczas gdy widz musi męczyć się z ciężką dramą głównych bohaterów.
W obu filmach ważny jest wątek naukowców, ale są to rzecz jasna amerykańscy naukowcy. W „Godzilli” z 2014 dostajemy do bólu standardowego „po stracie żony wpadłem w obsesję, ale tak naprawdę mam rację” Bryana Cranstona. „Król Potworów” jest jeszcze gorszy, bo tam mamy parę naukowców, skłóconych i straumatyzowanych małżonków, o bzdurnych motywacjach i nieprzyjemnych charakterach. Postać Very Farmigi dało się jeszcze przeżyć, bo nie było jej zbyt dużo, ale nasz główny protagonista – w tej roli Kyle Chandler – był najbardziej irytującym Gary Stu, jakiego spotkałam.
(Dowcip: Jak się nazywa męski odpowiednik Mary Sue? Protagonista.)
Dużo przyjemniej i sensowniej byłoby śledzić doktora Serizawę, który całym sobą wyraża coś bardzo szczególnego i ciekawego. Coś znacznie oryginalniejszego niż dramy związane z żałobą po śmierci bliskich, niż szaleni naukowcy niezrozumiani przez otoczenie, niż badacze zamieniający się w superbohaterów ganiających za terrorystami i ratującymi niewinnych ludzi, niż nawet wreszcie uczeni schodzący na złą drogę w dobrej wierze. Coś znacznie bliższego temu, dlaczego ludzie angażują się w jakiekolwiek badania.
Nowe filmy podkreślają, że nasze wielkie potwory to nie mutanty, ale część natury. Siła, która nie jest ani dobra, ani zła, ale po prostu jest – wielka, wspaniała, nieprzewidywalna, niebezpieczna, ale także niezbędna. I Serizawa patrzy na Godzillę właśnie tak, z zachwytem, z – wybaczcie angielski wtręt – awe and wonder. Jest to w moim odczuciu bardzo japońskie podejście do natury, i wydaje mi się (aczkolwiek to już dość ryzykowne stwierdzenie, bo nie zagłębiałam się w to jeszcze), że także do tematu Godzilli. Serizawa ze wszystkich postaci zdaje się mieć najczystsze intencje wobec naszej jaszczurki – nie chce jej zabić, wykorzystać, podporządkować. Chce ją obserwować i badać. Zachwycać się nią z oddali. Domknięcie jego wątku mogłoby być naprawdę ładne, gdyby film poświęcił mu więcej uwagi. Szkoda, że gra drugie skrzypce w dwóch zdecydowanie nieudanych filmach.
No i przechodzimy do „Godzilli vs. Konga”, gdzie Ishirō już nie ma, pojawia się za to postać Serizawy Juniora, granego przez Shuna Oguri. Nie będę się tu pastwić nad biednym Ogórkiem, który stara się jak może (wyglądem i miną), ale jesteśmy prawie pewne, że potem sam się dubbingował. To naprawdę podejrzane, że choć mówi tak niewiele, to kamera zawsze maskuje mu kłapy – czy to szerszym kadrem, czy pokazaniem kogoś zupełnie innego.
Wątek Serizawy Juniora jest jednak zły, a z tego co czytałam o oficjalnej nowelizacji – mógł być jeszcze gorszy. Jakby to był bezimienny nawet złol, albo kolejne dziecko złola numer jeden, albo cokolwiek – uszłoby. W sensie znowu mamy naukowca, a raczej wynalazcę, który robi brzydkie rzeczy w brzydkim korpo (to nie spoiler, to początek filmu). Ale nope, zrobili z niego syna Serizawy. Tego samego Serizawy, który miał szansę być najciekawszym człowiekiem w MonsterVerse. Bo oto Junior robi coś, od czego Senior z pewnością przewraca się w grobie , ale film ani tego nie wyjaśnia, ani w sensowny sposób nie rozwiązuje. Wątek nie tylko zbędny, ale w moim odczuciu – trochę plujący w twarz temu, co udało się osiągnąć Watanabe.
No i kurczę, ja naprawdę lubię Ogóra i ucieszyłoby mnie, że gra Serizawę Juniora, gdyby tylko zrobiono z tą postacią coś ciekawego, przyjemnego albo ładnego.Wracając jeszcze na chwilę do “Godzilli” z 2014 roku - pojawia się tam jeden z najbardziej irytujących zabiegów, jaki znam: Amerykanie, mieszkający i pracujący w Japonii, porozumiewają się ze swoimi japońskimi współpracownikami po angielsku, wtrącając pojedyncze japońskie słowa – i nie mówię tu o utartych formułach grzecznościowych, tylko np. rzucaniu „nani?” zamiast „what?”, a potem już przechodzenie na angielski. Tak samo zresztą zachowuje się japońska nauczycielka w japońskiej szkole, w której jest tylko jedno białe dziecko... Ech.
Aha – obejrzyjcie „Godzilla vs. Kong”. Warto. To blockbuster, ale udany. Godzilli trochę mało, ale Kong super, protagoniści wreszcie sympatyczni, strona wizualna fajna, a na wielkim ekranie to w ogóle byłby odlot. No i Brian Tyree Henry to skarb, nawet jeśli jego wątek jest cudownie zbędny.
/Kage
Kadr pochodzi z filmu "King Kong vs. Godzilla" z 1962