08/05/2026
Wystawa Wybór czekoladopodobny jest o życiu geja w Polsce, które niby jest możliwe, ale często tylko w wersji zastępczej. O prawach, które niby są rozpatrywane, ale ciągle jakby przez mleczną szybę lub kalkę techniczną. O uznaniu, które przychodzi połowicznie, warunkowo, z pewnym zastrzeżeniem, odwołaniem, interpretacją. O refleksji wobec nieustannego żonglowania prawami osób LGBT+, wobec wyroków sądów dotyczących transkrypcji zagranicznych aktów małżeństw jednopłciowych, wobec państwa, które przykłada mi do czoła zimny stempel odmowy.
To wystawa o sytuacji, w której człowiek nieustannie słyszy: prawie. Prawie rodzina. Prawie małżeństwo. Prawie bezpieczeństwo. Prawie równość. Prawie szacunek. Prawie normalność. „Prawie” to wybór czekoladopodobny.
Wybory czekoladopodobne zaczynają się niewinnie: od „potrawy fix”, od kostki bulionowej (z kości, zamiast warzywnej), letniej wody pod prysznicem, rozpuszczalnej kawy, suszonego lub mrożonego kopru na ziemniakach, aromatu identycznego z naturalnym, mającego ten sam skład chemiczny, ale innego…
Coś ma być wystarczające i spełniające nasze wymagania, potrzeby, choć od początku wiadomo, że takie nie jest i nie będzie.
Czekoladopodobne jest tanie, dostępne, oszukane, znajome. Można się do niego przyzwyczaić. Można nawet zapomnieć, że istnieje czekolada. Można nauczyć język kompromisu. I tak samo można przyzwyczaić się do życia w wersji zastępczej.
Przywykliśmy do oglądania obrazów w formie reprodukcji: na ekranach monitorów, telefonów, w najlepszym razie w albumach. Dopiero kiedy mamy bezpośredni kontakt z pracą malarską, przekonujemy się, że wcześniej widzieliśmy jedynie coś obrazopodobnego- nie sam obraz, lecz jego wyobrażenie, ślad, substytut, protezę.
Tylko w bezpośrednim kontakcie z obrazem potrafię się wzruszyć i oszaleć. Dopiero wtedy pojawia się skala, błąd, przypadek, obecność. Tak samo jest z prawami, ich reprodukcje w książkach nie wystarczą. „Osoba bliska” nie zastąpi męża. „Partner” nie zastąpi współmałżonka, jeśli państwo wciąż udaje, że to tylko kwestia nazwy. Obrazopodobne nie jest obrazem. Czekoladopodobne nie jest czekoladą. Prawopodobne nie jest prawem. Zapominamy, że nasze twarze są coraz bardziej zapchane czymś, co nam nie smakuje; oczy- czymś, co nam się nie podoba; uszy- czymś, czego nie chcemy słyszeć. Nie za głośno, nie za kolorowo, nie za publicznie, nie za bardzo!
Czy można bezkarnie kłamać i być obłudnym do granic przyzwoitości, śmieszności, okrucieństwa? Czy jest jakiś moment, w którym kłamstwo przestaje być strategią, a zaczyna być metodą zarządzania ciałami innych ludzi? Nieoficjalnie zaczynamy przyznawać, że wolimy opcję: więcej i gorzej, zamiast mniej i smaczniej. Więcej za mniej. Więcej wyborów, mniej realnego wyboru.
Nie chcemy wyborów czekoladopodobnych: prezydenckich, rektorskich, dziekańskich, dyrektorskich, samorządowych. Nie chcemy wybierać między byciem mężem a osobą bliską. Między mężem, partnerem, chłopakiem, kolegą. Między godnością a spokojem. Między bezpieczeństwem a widzialnością. Między tym, żeby mówić prawdę, a tym, żeby nie dostać po ryju. Ja pierdolę.
Czy to przypadek, że jajka pakowane są po sześć sztuk, to tyle samo ile kolorów ma tęcza. Sześć potencjalnych eksplozji. J***o jest śmieszne i agresywne jednocześnie. Jest domowe, kuchenne, wielkanocne. Ale rzucone o ścianę staje się aktem, plamą, śladem, zamachem.
Czy można mieć więcej niż jeden coming out? Czy coming out musi wydarzać się wciąż od nowa: w rodzinie, w pracy, w urzędzie, na uczelni, na wystawie, na ulicy? Czy można być ciągle wyciąganym z szafy? Przy pomocy „Zestawu do paint bombingu LGBT / chcemy wolnego wybiegu” wyrażam gniew, frustrację, rozgoryczenie, rozczarowanie, niezadowolenie. Farba to rebelia, dowód obecności, odmowa zniknięcia. Czy założyć kominiarkę? Czy pokojowe Parady Równości mogą zamienić się w chuligańskie demonstracje? Czy gej jest chuliganem, czy może krzyczeć, być wściekły, czy ma być zawsze dowcipny, rozważny, kulturalny? Czy plakat może zmienić świat, światy, Polskę, Polski, Warszawę, Warszawy?
Politycy boją się osób graficznych. Wiem to. Miałem okazję się o tym przekonać i tego doświadczyć: prokuratura, policja, szczujące media. Aktualnie nie myślę o sobie. Nie potrzebuję męża, bo w listopadzie rzucił mnie chłopak, więc mam wyjebane. To zdanie jest śmieszne i nieśmieszne. Prywatne i polityczne, żałosne i wyzwalające. Ale myślę o tym, że niektóre rzeczy są po prostu niesprawiedliwe i haniebne, nawet jeśli mnie dzisiaj bezpośrednio nie dotyczą, nawet jeśli jestem zmęczony i nie mam siły być transparentem, człowiekiem-plakatem własnego życia.
Wystawa to nie tylko głos geja, to też głos obrońcy zwierząt, osoby czułej, troskliwej i empatycznej. To możliwość manifestacji prawach kobiet (plakat „8”), trzymania psów na łańcuchach (instalacja „Karol”). Jest też sprawdzeniem, na ile można wyjść poza plakat, żeby krzyknąć komuś w twarz. Jak daleko może wyjść projektowanie graficzne, zanim przestanie być „estetyczne”, „użytkowe”, „ładne”, „komunikatywne”, a zacznie być oskarżeniem? Plakat może warczeć, szczekać i gryźć.
Wlepka, kartka pocztowa, medal, książka, transparent, flaga: papieska, maryjna i polska, to już trzy szóste flagi LGBT. To już połowa. Połowa tęczy zostaje przechwycona przez narodowe i religijne symbole, przez ceremonialne dekoracje, oficjalne barwy, pierdoloną nowomowę, żałosne wymogi. Reszta musi sobie radzić.
Na wystawę stworzyłem mnóstwo mini flag: flagopodobnych, rozprawiających się z przeszłością, manifestujących herbaty aromatyzowane i pamiątkowe rupiecie: metki od majtek xl, cukry, słodziki, bilety, plastry w Muminki, folie bąbelkowe, kolorowe taśmy klejące, sól i pieprz, opakowania po tabletkach na łeb od psychiatry, papiery śniadaniowe z nadrukiem szynki, kiełbasy i żółtego sera, pazłotka ze zdeformowanym pyszczkiem zająca wielkanocnego, miarkę do mierzenia się w pasie. To są moje chorągwie codzienności, małe śmieci po świecie, który mnie formował, karmił, straszył i rozczulał. Flagi zrobione z resztek, z tego, co zostaje po jedzeniu, lekach, podróżach, promocjach i załamaniach nerwowych. Flagi niepaństwowe. Flagi ciała. Flagi mieszkania, plecaka, kieszeni, apteczki, szuflady. Flagi osoby, która próbuje zbudować własne terytorium z odpadków po cudzych ideologiach.
Słowo „Polska” brzmi jak coś wstydliwego, jak słowo, które trzeba wypowiadać ostrożnie, bo od razu uruchamia zestaw odruchów: hymn, mięso, pedofilia w kościele, żarty z pedałów, świętość granic, świętość wszystkiego poza konkretnym człowiekiem.
Wstydzę się przyznać, że pochodzę z Polski. I jednocześnie się tego wstydu wstydzę, bo wiem, że to też moje języki, miasta, plakaty o miastach, psy, plakaty o psach, śmietniki, sklepy papiernicze, rybne, bazary, jajka po sześć sztuk, miłości- klęski.
Okej, fajnie, ale temperatura w polskim rondlu cały czas się podnosi, tak jak temperatura topniejącego klimatu: powoli, ale zauważalnie. Nikt nie krzyczy od razu, że się gotuje, ale robi się jak w saunie: gorąco, niezręcznie, niewygodnie, trzeba uważać, mówi się ciszej i nie pamięta, kiedy się zrezygnowało z wypowiadania pełnych zdań.
Dorota Pawiłowska, malarka i graficzka, po wernisażu „Wyboru czekoladopodobnego” napisała w relacji na Instagramie: „Czy można robić sztukę politycznie i społecznie zaangażowaną a przy tym zabawną?”. Dziękuję za ten komentarz. Śmiech nie jest dekoracją, jest sposobem na przetrwanie. Jest odbiciem
i beknięciem po zjedzeniu czegoś niestrawnego, odruchem obronnym, confetti rzucanym nad katastrofą lub na nagrobek z lastriko. Na ekspozycji obok psiego łańcucha, więziennego tatuażu i odwróconej Victorii, porzucającej idee, są w tej historii-wystawie, śmieszne rebusy, zaszyfrowane hasła, kody, postulaty, confetti właśnie i nadzieje, małe, ale obecne!
Ta wystawa na pozór jest bardzo „ok”, nawet może się wydawać miła i piękna, ale to dlatego, że przyzwyczaiłem się być pozorantem i statystą, aktorem, performerem, który udaje, że jest poprawnie, normalnie. Nawet najbardziej gorzka wystawa nie powstaje tylko ze złości. Powstaje też z potrzeby, żeby ktoś ją zobaczył, powiedział: rozumiem, albo chociaż: też mnie mdli.
Kuratorka, Karina Dudzińska, na pytanie zwiedzającej pani z Kanady, o sytuacje osób LGBTQ+ w Polsce, odpowiedziała, że to zależy, kogo się spotka na swojej drodze. Tak jest. To zależy od przyjaciół, rodziny i obcych ludzi, którzy okazują się łagodniejsi niż własne państwo.
Dziękuję wszystkim, którzy leczyli, leczą i będą leczyć mą duszę.
Jestem dumny, ale bardzo się boję.
tekst: Wojtek Domagalski
📸Staszek Kordyasz