23/12/2023
Ida Przeźmińska ‘Karp’
Nienawidzę karpii.
Tych jebanych mulistych potworów z mordą jak kot sąsiadki po wypadku.
K***a, karpie. Prześladują mnie całe życie. Rok w rok, w rok a potem na około i w kółeczko hej do
koła do koła co by zabawa była wesoła.
Co roku w wigile jest to samo, w wiadrze kup bo taniej jest, a potem do wanny, w której na drugi
dzień muszę się umyć i jechać tym mulistym karpiowym smrodem śmierci.
Zawsze sobie obiecuję, nie k***a to ostatni rok, koniec, a potem znowu ląduję w dziadkowym domu otoczony mordami na które patrzeć nie chce, a jak zaszyć się potrzebuje, na kiblu usiąść jak
człowiek, normalnie, to nie mogę bo karp w wannie zapierdala tak szybko, że wodą na mnie pryska jak
meserszmit nabojami.
Co roku babka biega po kuchni jak opętana łzawiąc na około, szalej ma w przekrwionych oczach. Nic
nie wyjdzie wszystko spalone do dupy z taką wigilią kwiląc jojcząc upiornie. Męczy, międli, wszystkim
życie uprzykrza.
I dziś to samo będzie, zaszyłem się w jedynym miejscu domu w którym nikt mnie za chiny ludowe nie znajdzie. Od pięciu lat koczuje tu przed tym stołowym kabaretem. Komórka dziadka. Komurka
dziadka na bimber. Gdzie choduje te swoje żóltaczne palące trzwia mikstury. Nie jestem w stanie pojąć jak babka tego jeszcze nie odkryła, metanolem wali na cały korytarz i nie mogę tu nigdy siedzieć za długo bo jeszcze przed barszczem jestem nawalony od wdychania tego gówna. Ale wole siedzieć tu niż w kiblu.
Oho, no zaczyna się. Babka oficjalnie puściła ze starego magnetowidu ‘Anioł pasterzom mówił’.
Gong zabił. Czuję się jakbym w warszawie wojennej syren słuchał kurczowo do butli z bimbrem
przyklejony, przerażony, że zaraz cały świat mi się na łeb zwali.
Idę. Wypełzam z komórki. Daczego ja sobie to właściwie robię. No tak pieniądze, kaska mamona,
kapucha, w każdym razię jej potrzebuję. Potrzebuję jej jak cholernego tlenu. A dziady zawsze
groszem sypną jak wnuczuś na wigilie przyjedzie. Pełznę w strone jadalni. Widzę babke jak zwykle
wygląda jakby wciągneła ze trzy kreski razem z karpiem w kiblu przed tym jak mu łeb obcięła.
Dziad obok niej stoi już trzyma w garści opłatek, który wraz z nim poci się jak świnia. On to by już
pojadł bimberku się napił i spać poszedł nie słuchał jak babka obok niego dyszy jakby maraton
przebiegła 2 sekundy temu.
OOO no i o to, śmietanka towarzyska. Matka moja z ojcem rozwiedzona i stary mój z matką
rozwiedziony także. Na każdej wigilii razem jak jedna wspaniała rodzinka czekająca tylko na
choinkowe rozdawanie kopert z grubą mamona za którą sobie stary na giełdzie pogra, a matka
kolejną butle fresco kupi w wielosztuku w żabie w osiedlowym. No i na koniec cream dela cream.
Mój brat. Pedał. zastanawiający się kiedy w końcu powie rodzinie, że na następnej wigilii będzie z
nim jego Paweł oblubieniec.
Babka oficjalnie zaczyna. Opłatki rozdane. Płat pokoju. Czy tylko ja się zawsze zastanawiałem
dlaczego żremy ciało zbawiciela? Przełamane z dziadem: szczescia i pomyślności. Oho dziad sobie już zapodał na odwagę. Przełamane z babką: przepraszam wnusiu ale żadne z dań nie jest dobre.
Ojciec: no cobyś tam miał... no eee.... szczęścia pomyślności. Matka: pamiętaj synu kocham cię.
[nigdy menda telefonów nie odbiera jak po kasę dzwonie] Krzysiek: K***a na szluga muszę, no ja
też.
Kiedy Jezus chrystus na dobra zadomowił się w naszych żołądkach. Siad. Szus krzesełko dosunięte do kręgosłupa jak pręgierz. Matka z babką noszą potrawy. W tle wigilia z dwójką. Golce śpiewające te samą kolędę od 8 lat. Talerz. Siup zupy chlust. Teraz poza golcami babka w tle lamentuje jaki ten
barszcz nie dobry jaki za słony i że uszka rozgotowane. Matka ze starym kontrują, że pyszne,że niebo w gębie. Nie wiem na cholerę skoro i tak koperty już pod choina leżą. Nic się tam więcej nie zmaterializuje. Łyżki dzwonią o dziadkową ślubną zastawę, a w tle Edyta Górniak sławi pokój na świecie. Następuje szybka zmiana scenografii. Łyżka na widelec. Oczy zasnuła mi wizja waniennego karpia, którego i tak pójdę potem wyrzygać i spłynie sobie taki wesolutki na wpół przetrawiony do morza na spółkę z Jezuskiem i chlustem krwawego barszczu.
I spełniają się moje najgorsze coroczne koszmary. Babka kroczy z półmisą pełną zasmażonego w
starym oleju rybska, smród niesie się po pokoju. Liczę każdy krok babki. Czy ona specjalnie stąpa w slow motion? K***a no nie dam rady. I w tym momencie wydarza się coś niespodziewanego.
JESTEM GEJEM
Co? Odwracam głowę o 180 stopni, Cisza jakby grom pierdolnął. Mój brat stoi ze łzami w oczach.
Krzesło leży za nim na podłodze. W kąciku ust ma kawałek kapusty z któregoś z babcinych uszek.
Cisza.
I cud. Półmisek z moim nemesis wyślizguje się z zdrętwiałych dłoni baby. I spada powoli w takt
przybieżeli do betlejem. Na moich ustach pierwszy raz dzisiaj gości błogi uśmiech.
Send a message to learn more