12/08/2026
Człowiek tworzył zanim powstały galerie, muzea i akademie sztuk pięknych. Malował na ścianach jaskiń, rysował zwierzęta i dłonie, tworzył znaki, śpiewał, tańczył, opowiadał historie. Nie wiemy dokładnie, co czuł i myślał tworząc. Wiemy jednak, że potrzeba tworzenia towarzyszy człowiekowi od zawsze.
Może więc sztuka nie jest dodatkiem do naszego życia. Może jest jego integralną częścią, jednym ze sposobów, w jaki człowiek od zawsze próbuje rozumieć siebie i świat.
I właśnie tutaj pojawia się pytanie: co właściwie dzieje się z nami, kiedy tworzymy?
Carl Gustav Jung, jeden z tych psychologów, do których wracam szczególnie często, pisał o twórczości jako o czymś, czego nie da się sprowadzić wyłącznie do działania rozumu: „Tworzenie czegoś nowego nie dokonuje się za sprawą intelektu, lecz poprzez instynkt zabawy działający z wewnętrznej potrzeby. Twórczy umysł bawi się przedmiotami, które kocha.” — C.G. Jung, Psychological Types.
Psycholog Mihály Csíkszentmihályi opisywał z kolei stan, który nazwał "flow" – całkowitym zanurzeniem w wykonywanej czynności. W takim stanie uwaga skupia się na tym, co robimy, poczucie czasu może się zmieniać, a wewnętrzny krytyk na chwilę cichnie. Koncepcja "flow" stała się jednym z ważnych sposobów opisywania doświadczenia głębokiego zaangażowania i twórczości.
Możemy tego doświadczyć podczas malowania. Nagle mija godzina, choć wydaje nam się, że minęło kilkanaście minut. Nie myślimy o telefonie. Nie zastanawiamy się, co trzeba zrobić jutro. Jesteśmy po prostu tu i teraz. Pędzel, kolor, ruch, oddech. I obraz, który powstaje.
Co ciekawe, coraz więcej współczesnych badań interesuje się związkiem pomiędzy uczestnictwem w sztuce a dobrostanem. Nie oznacza to oczywiście, że malowanie jest lekarstwem na wszystko. Ale coraz wyraźniej widać, że twórcza aktywność może być związana z naszym samopoczuciem, emocjami, poczuciem sensu i relacją z innymi ludźmi. I chyba właśnie dlatego sztuka jest nam potrzebna.
Nie zawsze po to, żeby stworzyć coś pięknego. Czasem po prostu po to, żeby zatrzymać się na chwilę i pobyć ze sobą.
I tutaj dochodzę do czegoś, co jest mi szczególnie bliskie. Do malowania intuicyjnego. Nie chodzi w nim o to, żeby namalować coś pięknego. Nie chodzi o poprawną perspektywę, kompozycję czy technikę. Nie trzeba nawet wiedzieć, co chce się namalować.
Można zacząć od koloru. Od jednej kreski. Od plamy. Od ruchu ręki.
A potem zobaczyć, co wydarzy się dalej. Bez oceniania. Bez poprawiania siebie. Bez pytania: „Czy ja w ogóle potrafię malować?”
Bo przecież obraz nie musi być dowodem naszych umiejętności. Może być śladem naszego doświadczenia.
Czasem podczas malowania pojawia się coś, czego wcześniej wcale nie planowaliśmy. Kolor, który nagle zaczyna mieć znaczenie. Kształt, który coś przypomina. Obraz, na który patrzymy po kilku godzinach i myślimy: „Skąd ja to właściwie wzięłam/wziąłem?”
I właśnie to jest dla mnie w malowaniu intuicyjnym najbardziej fascynujące.
Bardzo doceniam i podziwiam sztukę wielkich mistrzów. Lubię galerie, lubię zatrzymywać się przed obrazem i patrzeć, jak ktoś potrafił namalować świat, światło, człowieka czy emocję w sposób, którego sama nigdy nie osiągnę. Nie neguję zasad akademickiego malarstwa ani wartości warsztatu – przeciwnie, im więcej wiem o malarstwie, tym bardziej potrafię docenić ogrom pracy, wiedzy i talentu, który stoi za wielkimi dziełami.
Ale przecież nie musimy być zawodowymi kolarzami, żeby jeździć na rowerze. Nie musimy być zawodowymi tancerzami, żeby tańczyć. Nie musimy być muzykami, żeby śpiewać. Dlaczego więc mielibyśmy uważać, że malować mogą tylko ci, którzy potrafią malować pięknie, zgodnie z zasadami sztuki?
Może warto czasem popatrzeć na wielkie dzieła nie po to, żeby pomyśleć: „ja tak nigdy nie będę umieć”, ale żeby poczuć: „jak wspaniale, że człowiek potrafi tworzyć”. A potem wziąć własny pędzel i stworzyć coś po swojemu. Nie po to, żeby konkurować z mistrzami. Po prostu po to, żeby tworzyć.
Dlatego tak bliskie jest mi , które traktuję jako zaproszenie do spotkania ze sobą poprzez obraz. Do zatrzymania się. Do odejścia na chwilę od tego, co powinnam, muszę, wypada i jak należy. Do pozwolenia sobie na eksperyment, ciekawość i zabawę. W takim procesie nie powstaje tylko obraz, powstaje przestrzeń, w której możemy poczuć siebie trochę inaczej niż na co dzień.
Jeśli czujesz, że chciałabyś/chciałbyś tego doświadczyć, zapraszam.
20–25 września 2026 w Materria Zagroda Magija Bieszczady
– I stopień
*Historia powstania załączonej pracy:
Ten obraz miał wyglądać zupełnie inaczej. Malowałam go w poziomie. Na płótnie pojawiały się pionowe kreski – jasne i ciemne. Bez planu. Intuicyjnie. W pewnym momencie odeszłam od sztalugi i niechcący trąciłam nogą paletę. Obraz spadł na podłogę... farbą do dołu. Pamiętam to uczucie. Zamarłam. Byłam przekonana, że wszystko zniszczyłam. Podniosłam płótno. Trzymałam je już w pionie. I wtedy wydarzyło się coś, czego do dziś nie potrafię nazwać inaczej niż małym cudem. Farba, która rozmazała się podczas upadku, stworzyła zupełnie nową kompozycję. Obraz, który przed chwilą był jedynie układem linii i kolorów, nagle zaczął opowiadać historię.
Zobaczyłam twarze. Nie namalowałam ich. One jakby wyłoniły się z tego, co wydarzyło się przez przypadek. Potrzebowałam zaledwie kilku ruchów pędzla, aby je wydobyć.
Od tamtej chwili jeszcze bardziej uwierzyłam, że czasem największym sprzymierzeńcem twórczości nie jest kontrola. Jest nim gotowość, by zaufać temu, co nieplanowane. Bo być może nie wszystko, co wydaje nam się pomyłką, rzeczywiście nią jest. Czasem to właśnie przypadek otwiera drzwi do czegoś, czego nigdy nie wymyślilibyśmy sami.
Myślę, że wielu ludzi doświadcza podobnego momentu nie tylko podczas malowania, ale i w życiu: czasem dopiero zmiana perspektywy pozwala dostrzec to, co od początku było ukryte.