27/05/2026
Dzis będzie dłużej, bo taka naszła mnie refleksja:-)
Kilka dni temu odbyły się u nas warsztaty, których trochę się obawiałam…
Mała grupa — dosłownie 5 osób.
I zawsze wtedy gdzieś z tyłu głowy pojawia się myśl:
czy to się uda?
czy będzie energia?
czy to się rozkręci?
Wiem, wiem — czasem właśnie w małej grupie można nauczyć się więcej, wynieść więcej dla siebie. Ale ludzie często lepiej czują się w tłumie. Można się trochę schować, zakamuflować, a uwaga prowadzącego skupia się gdzieś indziej.
Tak, wiem — mówię o warsztatach kulinarnych 😄
Ale kiedy czasem dostaję pytania:
„czy będziemy gotować w grupach?”
„czy mogę mieć swoje stanowisko?”
to widzę, że nie każdy czuje się swobodnie w takim formacie.
I wiecie co?
To było jedno z najfajniejszych spotkań, jakie do tej pory mieliśmy.
Była para świętująca rocznicę ślubu.
Była mama z córką, która piecze torty.
Była przyjaciółka, która po prostu chciała się trochę rozerwać.
Ludzie totalnie różni. Z innych światów, innych środowisk.
Ale otwarci, ciekawi i naprawdę fajni.
I nagle wchodzi prowadząca — 10 tysięcy volt energii 😄
Włoski temperament, śmiech, zero dystansu i ogromna pasja do gotowania. Sama mogłaby zasilić energią pół Trójmiasta.
Nie ma dystansu, nie ma niepewności.
Jest kupa śmiechu, luz i taki lekki, kontrolowany chaos.
Robimy ravioli.
Dużo sera.
Dużoooooo masła.
Ktoś coś ugniata, ktoś sieka, ktoś rwie szałwię.
I to wszystko nagle zaczyna mieć swój rytm.
I wtedy pomyślałam sobie:
kurczę… o to mi właśnie chodzi.
To jest moje Fiume.
Ten nurt — niewymuszony, żywy, swobodny.
Bez napinania się i bez udawania czegoś większego, niż jest.
Bo prawda jest taka, że nie liczba ludzi robi atmosferę.
Czasem 5 osób stworzy klimat, którego nie zrobi żadna duża grupa.
Na końcu usiedliśmy razem do stołu jak znajomi.
Jedliśmy ravioli i przez chwilę czułam się trochę jak gdzieś na urlopie… może we Włoszech 😊
I chyba to była też dobra lekcja dla mnie.
Ostatnio coraz częściej zastanawiam się, jak w tym wszystkim odnaleźć swoją własną drogę.
Social media są potrzebne — wiem. Bez nich trudno pokazać miejsce, dotrzeć do nowych ludzi, zaprosić na wydarzenia.
Ale z drugiej strony…
ja po prostu chcę tworzyć miejsce dla zwykłych, otwartych ludzi. Takich, którzy chcą usiąść razem przy stole i dobrze spędzić wieczór.
Bez obietnic, że to zmieni ich życie 😉
I wtedy właśnie tak było.
Naturalnie. Bez wielkiego planu.
Po prostu dobra atmosfera.
I pomyślałam wtedy, że może właśnie o to chodzi — żeby nie szukać ciągle czegoś „wielkiego”, tylko robić coś prostego i zapraszać do tego ludzi, którym to też wystarcza.