Winylownia

Winylownia Sklep prowadzony przez kolekcjonerów płyt winylowych

Ariana Grande to artystka, która jednocześnie potrafi mnie zachwycić i totalnie zostawić obojętnym.Nie ma co dyskutować ...
19/05/2026

Ariana Grande to artystka, która jednocześnie potrafi mnie zachwycić i totalnie zostawić obojętnym.
Nie ma co dyskutować nad jej wokalem, bo ten jest potężny. Technicznie wciąż pozostaje jedną z najlepszych wokalistek współczesnego popu, a kiedy trafia na odpowiednich producentów i ma wyraźny pomysł na siebie, efekty potrafią być wręcz spektakularne. Więc gdzie właściwie leży mój problem?

Grande wydaje mi się po prostu nierówną artystką, przynajmniej na moje ucho. Owszem, zdarzają się jej bardzo mocne tytuły, jak „Dangerous Woman”, „Sweetener” czy „thank u, next”, ale całościowo ta dyskografia bywa dość zmienna. Czasami odnoszę wrażenie, że dostajemy albumy, które bardziej skupiają się na wokalu niż na samej konstrukcji piosenek, a mnie już nie trzeba przekonywać, że Ariana potrafi śpiewać.

Dyskografia Ariany jest też po prostu spora, jeśli chodzi o ilość. Może czasem warto bardziej postawić na jakość niż na kolejne wydawnictwa? Jej ostatnia płyta zauroczyła mnie minimalizmem i kilkoma dobrymi numerami w duchu r’n’b lat 90., ale mimo wszystko czegoś tam zabrakło. Gdybym miał wskazać coś, do czego najczęściej wracam, byłoby to „K Bye for Now (SWT Live)”. Ta koncertówka to w pewnym sensie esencja jej katalogu. Wszystko zaśpiewane perfekcyjnie, co akurat nie dziwi, ale też z większym luzem niż w wersjach studyjnych.

Czy jej najnowszy album „Petal” będzie bardziej w grupie tych udanych wydawnictw? Ciężko powiedzieć, gdyż jeszcze nie mamy żadnego singla ani żadnych przecieków. Wiadomo jedynie, że będzie 12 numerów, a nad całością brzmienia czuwa Ilya Salmanzadeh, czyli jeden z najważniejszych ludzi stojących za erami „Sweetener”, „thank u, next” i „Eternal Sunshine”. To akurat napawa mnie optymizmem, jeśli chodzi o ten cały projekt.

Album zapewne okaże się sukcesem, nawet jeśli efekt finalny krytyków jakoś specjalnie nie porwie. Jednak z drugiej strony ta muza ma się podobać jej fanom, a nie kilku redaktorkom. Nawet jeśli nie jestem jakimś wielkim fanem jej muzy, to album ten oczywiście przesłucham, ponieważ nawet na jej słabszych krążkach są numery, które trafiają w moje gusta. Gdybym jednak miał wskazać jeden album z mainstreamowego popu, na który naprawdę czekam, to byłoby to Beyoncé i „Act III”, bo królowa jest tylko jedna!

Tradycyjnie 🔗 link do sklepu znajdziesz w komentarzu ⤵️

Album, który zawsze przewija się w zestawieniach najważniejszych krążków wszech czasów. Czy zasłużenie? Jeszcze jak!O Be...
17/05/2026

Album, który zawsze przewija się w zestawieniach najważniejszych krążków wszech czasów. Czy zasłużenie? Jeszcze jak!
O Beach Boys słyszałem i czytałem w co drugim magazynie, ale jakoś z całymi płytami nie było mi po drodze. Zasłuchując się w klasykach takich jak Pink Floyd, Black Sabbath, The Beatles czy The Rolling Stones, tych dżentelmenów "odkryłem" dość późno. Chyba tak naprawdę dopiero we wczesnym LO zasiadłem do tej „lektury”.

Jako wielki fan muzyki flanelowej prosto z Seattle postanowiłem sprawdzić wreszcie w całości zespół, który był tak uwielbiany przez Cobaina. Najśmieszniejsze jest to, że w gruncie rzeczy wiedziałem dużo o tym zespole. Jakieś filmy dokumentalne czy telewizyjne produkcje o życiu Briana Wilsona oglądałem nieraz, ale gdyby ktoś mnie zapytał, abym wymienił jakiś numer Beach Boys, to pewnie postawiłbym na „Kokomo”.

Zacząłem od „Pet Sounds”, gdyż wiedziałem, że ten album otoczony jest kultem tak wielkim jak „Sticky Fingers” czy „Sgt. Pepper”. Już przy pierwszym numerze wiedziałem, że właśnie zaczynam przygodę z muzyką, która zostanie ze mną na zawsze. „Wouldn't It Be Nice” to kompozycja idealna, wyważona i w gruncie rzeczy dająca perfekcyjny obraz tego albumu. „Pet Sounds” to z jednej strony płyta radosna, przepełniona słońcem i genialnymi harmoniami wokalnymi. Z drugiej jednak bije z niej pewna nostalgia i smutek, dlatego ten numer idealnie wprowadza nas w ten świat. „Wouldn’t It Be Nice” brzmi jak marzenie o idealnym życiu, ale już po chwili czujesz, że to marzenie raczej się nie spełni.

Tak naprawdę z każdego z tych numerów bije szczerość i trochę zagubienia. Dlatego też „Pet Sounds” dalej brzmi świeżo i moim zdaniem bardzo współcześnie. Tutaj za to wszystko odpowiada geniusz Briana Wilsona. Siedząc w studiu, starał się odkryć nową jakość i jednocześnie stworzyć wiekopomne dzieło, które zmieni historię muzyki. Warto zaznaczyć, że sam zespół nie był w stanie sprostać wizji Wilsona, dlatego też za sporą część materiału odpowiedzialni są muzycy sesyjni. Byli to goście z ekipy „The Wrecking Crew”, którzy potrafili zagrać wszystko, a Brian cisnął ich do granic możliwości. Potrafił godzinami ustawiać jeden dźwięk albo kazać komuś grać coś totalnie dziwnego, bo „czuł klimat”. No i w całym tym szaleństwie i chaosie była metoda.

Tak jak wspomniałem, album ten cały czas brzmi doskonale i jeśli miałbym stworzyć listę płyt 10/10, to „Pet Sounds” by się tam znalazło. Ulubione momenty? Na pewno wspomniany początek, „God Only Knows”, czyli jedna z najpiękniejszych ballad ever! Dalej „Don't Talk (Put Your Head on My Shoulder)” oraz „I Just Wasn't Made for These Times”, którego tekst i klimat w okresie nastoletniego buntu absolutnie podbiły moje serce.

W sumie mógłbym naprawdę wymieniać tutaj każdy numer. Nie dziwię się, że Paul McCartney, słuchając tego albumu, zwariował na jego punkcie i w pewnym sensie miało to wpływ na brzmienie wspomnianego „Sierżanta Pieprza”.
Kto nie posiada go w swojej kolekcji, ten powinien to szybko nadrobić. Natomiast jeśli ktoś jeszcze go nie słuchał, to serio mu zazdroszczę, gdyż jest to jeden z tych albumów, który zmienia nasze spojrzenie na muzykę. Klasyk, kult i absolutny must have.

Tradycyjnie 🔗 link do sklepu znajdziesz w komentarzu ⤵️

🍑 „Peaches!” określane jest mianem wielkiego powrotu The Black Keys. Wydaje mi się, że mniej więcej od „El Camino” ten z...
15/05/2026

🍑 „Peaches!” określane jest mianem wielkiego powrotu The Black Keys.
Wydaje mi się, że mniej więcej od „El Camino” ten zespół momentami zaczął wpadać w pewien schemat. Może jeszcze „Delta Kream” miało w sobie trochę świeżości, ale był to przecież album z coverami. Problem takich zespołów często polega też na tym, że przy bardzo charakterystycznym stylu i częstym wydawaniu płyt kolejne albumy zaczynają się ze sobą mocno zlewać. Dan i Patrick przez lata regularnie dostarczali nową muzykę i momentami miałem wrażenie, że słucham różnych wariacji tego samego garażowo-rockowego klimatu.

Oczywiście wielu artystów marzy o tym, żeby po kilku sekundach słuchacz od razu wiedział, kto gra. The Black Keys zdecydowanie to osiągnęli, choć czasami brakowało mi już tego elementu zaskoczenia, który kiedyś robił aż takie wrażenie.

Czy „Peaches!” mnie zaskoczyło? Niekoniecznie, ale jednocześnie jest to chyba jedna z ich najbardziej świeżych płyt od dłuższego czasu. Może nie ma podjazdu do największych klasyków The Black Keys, ale przy tym albumie znowu poczułem ten klimat obskurnego baru przy highwayu, gdzie pośród kierowców ciężarówek stoi stara szafa grająca. Wrzucasz monetę, zamawiasz whisky i przez chwilę wszystko brzmi dokładnie tak, jak powinno. Tego słucha się po prostu bardzo dobrze.

No i jest jeszcze jedna rzecz. Podobnie jak „Delta Kream”, „Peaches!” to album z coverami. I chyba właśnie tutaj The Black Keys znów rozwijają skrzydła. Biorąc na warsztat klasyczne bluesowe i rockowe numery, wracają do tego naturalnego luzu i surowego grania, które kiedyś tak mocno wyróżniało ich albumy. Słychać, że w takim repertuarze czują się po prostu świetnie. Covery George’a Thorogooda, Wilko Johnsona i innych klasyków mają odpowiedni klimat i autentyczność, której czasami brakowało mi na ich ostatnich autorskich wydawnictwach.

Takie albumy mają też jeszcze jeden ogromny plus. Dokładnie tak samo, jak kiedyś „Garage Inc.” Metalliki pozwoliło mi odkryć wielu świetnych artystów, tak tutaj The Black Keys przypominają o wykonawcach, obok których łatwo było kiedyś przejść obojętnie. Dla fanów duetu będzie to po prostu kolejny solidny krążek w ich dyskografii. Dla mnie to przede wszystkim bardzo przyjemne przypomnienie, dlaczego kiedyś tak dobrze słuchało mi się The Black Keys. Jeśli więc trochę odpuściliście sobie ten zespół w ostatnich latach, „Peaches!” może być naprawdę miłym powrotem do ich najlepszego klimatu.

Tradycyjnie 🔗 link do sklepu znajdziesz w komentarzu ⤵️

Deep Purple nadal w natarciu! 🤘Wiem, że dla fanów tej kultowej załogi to bardzo przyjemna sytuacja, ale ja jednak mam do...
14/05/2026

Deep Purple nadal w natarciu! 🤘
Wiem, że dla fanów tej kultowej załogi to bardzo przyjemna sytuacja, ale ja jednak mam do ich współczesnych dokonań trochę bardziej chłodne podejście. I zanim ktoś uzna mnie za hejtera zespołu - spokojnie, absolutnie tak nie jest. Po prostu od dłuższego czasu nie potrafię odnaleźć w ich nowych płytach tych emocji, które kiedyś tak mocno mnie przyciągały.

Nie chodzi nawet o to, że są to albumy złe albo niesłuchalne. Nadal jest to solidna porcja hard rockowego, momentami bardzo klasycznego grania, ale mam wrażenie, że brakuje mi w tym wszystkim większego zaskoczenia, charakteru i odrobiny szaleństwa. Kiedy odpaliłem ich ostatni krążek "=1", przy takich numerach jak "If I Were You" czułem raczej klimat bardzo bezpiecznego, uporządkowanego rockowego grania. Wszystko się zgadza, wszystko brzmi profesjonalnie, ale gdzieś po drodze uciekł mi ten dawny błysk.

I nie chodzi tutaj nawet o brak Steve'a Morse'a, bo Simon McBride jest naprawdę świetnym gitarzystą i doskonale odnajduje się w tym składzie. Bardziej mam na myśli same kompozycje i kierunek, w którym to wszystko zmierza. Oczywiście wiem, że wielu fanów powie „oni już niczego nie muszą udowadniać” - i pełna zgoda. Deep Purple swoją pozycję w historii muzyki wywalczyło dawno temu. Dlatego też dziś odbieram ich nowe albumy bardziej jako ciekawostkę dla wiernych fanów niż wydawnictwa, które faktycznie wnoszą coś nowego do ich katalogu.

Ostatnim albumem, który naprawdę mnie zainteresował, było "Bananas". Byłem wtedy ciekaw, jak zespół poradzi sobie bez Jona Lorda i co właściwie kryje się za tą dość dziwną okładką. Finalnie Don Airey wszedł do zespołu bardzo naturalnie, a same kompozycje były po prostu dobre. Natomiast jeśli miałbym wskazać ostatni album Deep Purple, który w pełni przekonał mnie artystycznie, bez wahania wybrałbym "Purpendicular".

Zawsze podkreślam, że mam do Purple ogromny szacunek. Obok Led Zeppelin i Black Sabbath byli przecież częścią absolutnej świętej trójcy hard rocka lat 70. Uwielbiam "Made In Japan". Dla mnie to nie tylko jeden z najlepszych koncertowych albumów w historii, ale też jeden z najmocniejszych punktów w całej ich dyskografii. Chociaż oczywiście "Fireball" czy okres z Glennem Hughesem i Davidem Coverdale'em to również absolutne rockowe złoto.

Pomimo tego, że "Splat!", czyli ich najnowszy album, zapowiadany jest jako powrót do złotego okresu z lat 1969–1973, podchodzę do tych deklaracji raczej ostrożnie. Zazwyczaj takie wielkie zapowiedzi trudno później spełnić. Jasne, fajnie byłoby jeszcze raz usłyszeć w ich muzyce klimat numerów pokroju "Highway Star", ale najnowszy singiel "Arrogant Boy" nie do końca daje mi takie odczucia. Słychać, że zespół próbuje kombinować i szukać różnych inspiracji, jednak mnie osobiście bardziej kojarzy się to z miksowaniem klimatów lat 80. niż z powrotem do klasycznego Deep Purple.

No i jeszcze kwestia wokalu Iana Gillana. Nadal uwielbiam jego głos i to, co zrobił na tych kultowych płytach, ale naturalnie z wiekiem zniknęła część tej dawnej drapieżności i zadziorności. To po prostu słychać.

Jednocześnie doskonale rozumiem fanów, dla których każdy nowy album Deep Purple to wydarzenie i małe święto. I tak naprawdę ten „powrót” jest właśnie dla nich. Jestem przekonany, że nowe numery dostarczą im sporo frajdy i pewnie odświeżą koncertową setlistę podczas nadchodzącej trasy. Ja jednak nadal zdecydowanie częściej wracam do "Burn" czy klasycznych płyt z lat 70., bo tam po prostu znajduję wszystko to, co najbardziej kocham w Deep Purple.

Tradycyjnie 🔗 link do sklepu znajdziesz w komentarzu ⤵️

Moje pierwsze spotkanie ze światem Mortal Kombat to połowa lat 90. Na moim osiedlu w Białymstoku pojawił się salon gier ...
12/05/2026

Moje pierwsze spotkanie ze światem Mortal Kombat to połowa lat 90. Na moim osiedlu w Białymstoku pojawił się salon gier z automatami. Obskurna piwnica, w której chyba kiedyś była pralnia, magiel czy inne „coś”. Pamiętam, że z kolegami uzbieraliśmy pieniądze i poszliśmy do tego cudownego miejsca, o którym trąbiło być może i całe miasto.

Facet, który pilnował całego dobytku, wyglądał jak Comic Book Guy z Simpsonów. Przy kości, z tłustymi włosami związanymi w kitę, mlaskający głośno z kanapką w dłoni. Jednak to on dał nam pierwsze żetony, będące przepustką do świata, który widziałem wcześniej tylko w amerykańskich filmach.

Kiedy już się tam znalazłem, stałem absolutnie rozwalony i nie wiedziałem, jak mam się zachować ani którą grę wybrać. Tutaj Street Fighter, tam Contra... Jednak moją uwagę przykuł automat z cholernie wielkim smokiem. Podszedłem, wrzuciłem żeton i oto nadszedł moment, w którym już nic nie było takie samo. Muzyka, postacie, rozgrywka... Jeśli dobrze pamiętam, pierwszą walkę stoczyłem Scorpionem. Oczywiście przegrałem, bo nie wiedziałem, co robię, tylko klikałem w te guziki na pałę. Cała zabawa trwała pewnie kilka minut, ale dla mnie czas stanął w miejscu. Kiedy skończyły mi się fundusze, Comic Book Guy powiedział, żebym nie blokował maszyny i jak nie mam kasy, to nara.

Wychodząc, spojrzałem jeszcze raz na automat i zobaczyłem tę nazwę - Mortal Kombat! Cały w emocjach wróciłem do domu, ale tam tego nikt nie rozumiał. Odkładałem drobniaki i chodziłem do tej piwnicy napierdzielać w tę maszynę jak opętany.

W tym samym czasie na ekrany kin wskoczył film o tym samym tytule. Do tego pojawiły się gumy z naklejkami, na których widniały postacie z tego uniwersum. Powiem Wam szczerze, absolutnie odpłynąłem i zbierałem wszystko, co mogłem.

Wiadomo, że wspomniany film nie należał już wtedy do kina wysokich lotów, ale z perspektywy małolata był cudowny i… nadal jest. Bo choć lata lecą, część tamtego dzieciaka we mnie dalej gdzieś siedzi, a ta absolutnie kiczowata i tandetna produkcja stała się dla mnie symbolem tamtych czasów.

Muzyczny motyw przewodni filmu, czyli „Techno Syndrome”, kocham do dziś. Track ten stał się też hitem dyskotek szkolnych, przy którym wszyscy chłopcy w ekstazie tańczyli, jakby byli na jakimś ravie w Berlinie, krzycząc „Mortal Kombat!”. Dziewczyny patrzyły na nas jak na idiotów, ale kto by tam słuchał bab! Jasne, ten utwór nie jest wybitnym dziełem, ale wrył się w moje serce i umysł na zawsze.

Czy Mortal Kombat II zrobiło na mnie takie samo wrażenie? Zdecydowanie nie, ale to już nie jest rok 1995, a ja nie biegam po osiedlu w szortach z kijem udającym broń. Mimo wszystko pewne wspomnienia wróciły z dużą siłą. Niestety nie do końca za sprawą soundtracku Benjamina Wallfischa, który jest już po prostu inny. Muzyka jest tu podniosła, monumentalna i bardzo filmowa. Choć mi zabrakło w niej "akcji", to bez dwóch zdań czuć tu kunszt i dopracowanie, a całość opiera się na klasycznym motywie serii w bardziej symfonicznej, rozbudowanej formie, łącząc nowoczesną orkiestrację z nostalgicznymi nawiązaniami do oryginału.

Muzyka Benjamina zdecydowanie spełnia swoje zadanie, ale nie jest w stanie wprowadzić mnie w taki stan, jak zrobiło to „Techno Syndrome” te 30 lat temu, kiedy tańczyłem w swoim pokoju, wśród plakatów Black Sabbath i innych kapel, obok których wisiał smok, który jest, był i będzie jednym z symboli czasów mojej absolutnej beztroski.

Tradycyjnie 🔗 link do sklepu znajdziesz w komentarzu ⤵️

Ależ to był hit! 😍Nie chodzi mi tylko o „Fallin’”, ale o cały ten album! To nie jest krążek wypchany klubowymi bangerami...
10/05/2026

Ależ to był hit! 😍
Nie chodzi mi tylko o „Fallin’”, ale o cały ten album! To nie jest krążek wypchany klubowymi bangerami r’n’b, to bardziej wieczorny klimat, kiedy zostajemy sami ze swoimi myślami. No i właśnie ta intymność, ten klimat absolutnie podbiły serca słuchaczy na całym świecie. „Songs in A Minor” to absolutny klasyk współczesnego soulu i szeroko rozumianego r’n’b. Podobne zdanie mam również na temat „The Diary of Alicia Keys”, ale na rozmowę o tym albumie jeszcze przyjdzie czas.

Ten album to czyste piękno, ale uważam, że z płyty na płytę Keys trochę się wypaliła. Na dwóch pierwszych albumach pokazała, że w młodym pokoleniu jest jeszcze miłość do prawdziwej muzyki i że soul czy r’n’b nadal mogą genialnie wybrzmieć.

Pomimo iż nieraz wspominałem, jak punk czy metal są dla mnie ważne, to jednak soul jest dla mnie gatunkiem absolutnie cudownym i tego typu śpiewanie oraz granie trafiają prosto w moje serce. Alicia na tym albumie jest bezbłędna i nawet pomimo upływu lat muzyka ta nadal potrafi mnie poruszyć. Takie numery jak „Troubles”, „The Life” czy „A Woman’s Worth” zachwycają mnie tak samo jak w dniu, kiedy pierwszy raz trafiłem na ten album. To, w jaki sposób ona opowiada te historie, to, jak genialne ma wyczucie, to po prostu… wow.

Nie starała się być tutaj modna w tym wszystkim, tylko otworzyła przed nami swoje serce, duszę i tyle, albo aż tyle. W tych numerach nie słyszę nastawienia na wielką kasę ani na podbijanie list przebojów za wszelką cenę. W każdym z tych dźwięków ukryta jest prawda, która moim zdaniem w sztuce jest najważniejsza. Każdy z tych numerów działa jak tytułowe lustro, w którym możemy się przejrzeć i przypomnieć sobie pewne sytuacje z własnego życia.

Możecie się śmiać, że dorabiam do tego jakąś metafizyczną filozofię, ale tak właśnie to widzę i słyszę. Cudowny, klimatyczny album, który idealnie wypełnia przestrzeń, zwłaszcza w godzinach wieczornych, kiedy chcemy uciec od codziennego zgiełku. Jeśli ktoś uważa inaczej, to po prostu nie słuchał porad zespołu Lombard i zamienił swoje serce w twardy głaz.

Tradycyjnie 🔗 link do sklepu znajdziesz w komentarzu ⤵️

Już myślałem, że to koniec Rolling Stones… Miałem wrażenie, że „Hackney Diamonds” zamknie ich dyskografię, a dalej zosta...
07/05/2026

Już myślałem, że to koniec Rolling Stones…
Miałem wrażenie, że „Hackney Diamonds” zamknie ich dyskografię, a dalej zostaną już tylko trasy i koncertowe odcinanie kuponów. Zresztą odejście Charliego w pewnym sensie również wydawało się domykać historię tego zespołu, zwłaszcza od strony wydawniczej.

Wspomniany „Hackney Diamonds” to album, który miał momenty bardziej, nazwijmy to, sentymentalne niż muzyczne i brakowało mi w nim tego „brudu”, tej surowości i rock’n’rollowej chropowatości, za którą kocham Stonesów. Wydawało mi się, że Andrew Watt potraktował gitary Richardsa i Wooda zbyt popowo i odarł ich brzmienie z tego rock’n’rollowego sznytu. Była to płyta poprawna, grzeczna i sterylna do bólu. Ja wolę bardziej „rozbrykanych dziadków”. Słowa krytyków, że pomimo wieku oni cały czas grają, mnie nie przekonywały.

Jednak, jak widać, myliłem się… Powiem Wam, że wiadomość o „Foreign Tongues” jara mnie niesamowicie. Nawet nie chodzi o to, że dziadkowie jeszcze mają w sobie chęci do nagrywania czy że liczę na jakieś wybitne dzieło. News dotyczący wydania tej płyty trafił u mnie w odpowiedni moment. Stonesi goszczą u mnie często i gęsto od pewnego czasu.
Zacząłem sobie odświeżanie ich dyskografii od albumu, który wprowadził mnie w ich muzę, czyli „Bridges To Babylon”. Krążek ten nadal uwielbiam i odpalając go, widzę siebie, jak przed domową wieżą z rozdziawioną gębą słucham „Flip The Switch”.

Po odsłuchu tego albumu naszła mnie chęć na bardzo pomijany w ich dyskografii „Dirty Work”. Możecie się śmiać, ale ja uwielbiam tych stadionowych Stonesów z lat 80. Jak można spokojnie usiedzieć przy „One Hit (To The Body)”, „Fight” czy „Hold Back”?! Na samą myśl o tych numerach papieros wskakuje mi do ust, a z szafy wyskakuje obdrapany Telecaster.

To był tak naprawdę mój punkt zapalny do tego, aby znów rzucić się w ten rock’n’rollowy wir. No i tak płynąłem wraz z Mickiem, Keithem i resztą przez długie tygodnie. Przypomniały mi się momenty mojego młodzieńczego buntu, kiedy to szalałem przy tych płytach. Takie tytuły jak „Sticky Fingers”, „Their Satanic Majesties Request” czy „Let It Bleed” nic nie straciły ze swojej mocy i nadal uderzają w moje serce tak jak przy pierwszym odsłuchu. Nadal mają w sobie to coś, czego brakuje 99% współczesnych rockowych wykonawców.

Słuchając tych płyt, naszła mnie znów myśl, która spędza sen z powiek fanom muzyki rockowej. Kto był lepszy?! Stonesi czy Beatlesi?!

Kocham The Beatles i uważam, że chyba są najbardziej wpływowym rockowym bandem w historii. Ich płyty nadal są drogowskazem dla młodych twórców, a Lennon i McCartney to dla wielu Budda i Jezus muzyki. Jednak odświeżając Stonesów, olśniło mnie i chyba wreszcie znam odpowiedź na to pytanie...
Tak jest, proszę państwa - stawiam na Rolling Stones.

Dlaczego? Wydaje mi się, że oni są po prostu bliżsi mojej osobowości i temu, co jest dla mnie esencją rock’n’rolla. Wiem, że może brzmi to śmiesznie, ale widzę w nich trochę protoplastów punkowego stylu bycia. Stonesi byli absolutnymi buntownikami i chyba nadal są. Wystarczy popatrzeć na Richardsa.

Dlatego kiedy dowiedziałem się, że panowie wydają kolejny album, ucieszyłem się niesamowicie. Nowe single są po prostu dobre. „In the Stars” to koncertowy numer, który bez problemu odnajdzie się w setlistach, a „Rough and Twisted” wypada nieco lepiej dzięki bluesowej surowości. Nie ma tu może wielkich zaskoczeń, ale słychać w tym rock’n’rollową klasę...

Okładka! Projekt Nathaniela Mary Quinna jest cudowny. Lekko warholowy, lekko w klimacie „Some Girls” (mój ulubiony album), więc jestem bardzo na tak!

Kolejna rzecz, która przyspiesza bicie mojego serca, czyli goście. Chad Smith z RHCP, Paul McCartney i tutaj lekko przetarłem oczy… Robert Smith z The Cure. Jako absolutny fanboy tego zespołu nie mogę się doczekać, żeby usłyszeć tę kolaborację w wykonaniu tych szalonych dziadków.

Podobno w sesjach i pracach nad numerami był jeszcze zaangażowany Charlie, więc mimo że nie ma go już z nami fizycznie, i tak usłyszymy jego perkusję na tym albumie. No cóż, czekamy…

I mimo że, jak wspomniałem, nie spodziewam się czegoś przełomowego, to i tak nie mogę się doczekać premiery. Zresztą jak śpiewał Mick: „It’s Only Rock ’n Roll (But I Like It)”.

Tradycyjnie 🔗 link do sklepu znajdziesz w komentarzu ⤵️

Kolejny Tricky! Który to już jego album? Według zapowiedzi piętnasty, choć mam wrażenie, że równie dobrze mógłby być czt...
06/05/2026

Kolejny Tricky!
Który to już jego album? Według zapowiedzi piętnasty, choć mam wrażenie, że równie dobrze mógłby być czterdziesty ósmy. Serio, pogubiłem się w jego krążkach. Ostatnim albumem, w którym naprawdę się zanurzyłem, było chyba „False Idols”. Później pamiętam „ununiform”, jego kolabo z naszą Martą i kilka pojedynczych numerów, ale nie śledziłem już wszystkiego z taką uwagą jak kiedyś.

I może właśnie dlatego premiera „Different When It’s Silent” jest dla mnie ciekawa. Bo z jednej strony mam poczucie, że muzyka Tricky’ego od lat porusza się po dobrze znanym, mrocznym terytorium. Z drugiej: to nadal jest Tricky. Artysta, który potrafi zbudować klimat z półszeptu, basu, brudu i napięcia. Nawet kiedy nie wywraca stolika, wciąż ma swój własny pokój w alternatywnym domu strachów.

Mimo natłoku albumów i projektów Tricky w moich oczach pozostaje absolutną legendą. To, co robił z Massive Attack, oraz jego solowe albumy nagrane do 2001 roku, czyli do „Blowback”, to klasyka trip-hopu. U niego mrok nigdy nie był dekoracją. Był fundamentem całego świata.

Swoją drogą, „Blowback” jest chyba moim ulubionym albumem pana Adriana. Jest w nim piękno, chaos, ale też coś absolutnie klaustrofobicznego. Ten krążek ma świetny balans między muzyką pełną duchowego rozpadu a przestrzenią, która nagle robi się ogromna i zimna. Goście tacy jak Alanis Morissette, Cyndi Lauper czy członkowie Red Hot Chili Peppers nie brzmią tam jak przypadkowe nazwiska doklejone do tracklisty, tylko naprawdę wchodzą w ten lepki, nerwowy klimat.

Wiadomo, debiutanckie „Maxinquaye” to osobny pomnik. Album, który ląduje obok „Dummy” Portishead i „Blue Lines” Massive Attack jako jeden z przełomów alternatywy lat 90. Ale mnie u Tricky’ego zawsze najbardziej kręciło to, że jego muzyka nie próbowała być ładna. Ona raczej pełzała, szeptała, drażniła. Ten mrok, sensualność i chaos są nie do podrobienia.

Dlatego „Different When It’s Silent” może być interesujące, nawet jeśli nie oczekuję rewolucji. Podobno album ma być pewnego rodzaju powrotem do czasów „Maxinquaye”, a takie hasła zawsze traktuję z dystansem. Wiadomo, nostalgia bywa najlepszym działem marketingu. Ale przy Trickym ten trop mimo wszystko działa na wyobraźnię, bo jego najlepsze rzeczy naprawdę miały w sobie coś niepokojąco osobnego.

Singiel „Out of Place”, nagrany z Martą, brzmi dobrze. Ma klimat, jest zrobiony z wyczuciem i niesie ten znajomy, przydymiony puls. Nie powiem, że położył mnie na łopatki, ale przypomina, że Tricky nadal potrafi tworzyć muzykę, która nie potrzebuje wielkich gestów, żeby wejść pod skórę.

Nie spodziewam się, że „Different When It’s Silent” przyniesie spektakularny przełom w trip-hopie czy szerzej pojętej alternatywie. Ale też nie o to chyba chodzi. Bardziej ciekawi mnie, jak dziś brzmi artysta, który kiedyś pomagał definiować mrok lat 90., a teraz wraca do niego z nowej perspektywy. Fani talentu Adriana pewnie będą zadowoleni, a ja, mimo całego swojego dystansu, też dam temu albumowi szansę.

A później? Pewnie i tak nastawię sobie „Angels with Dirty Faces” i kolejny raz zanurzę się w tych mrocznych dźwiękach. Ale zanim to zrobię, sprawdzę, co Tricky ma do powiedzenia teraz.

Tradycyjnie 🔗 link do sklepu znajdziesz w komentarzu ⤵️

Czy „Count Your Blessings” wymaga reanimowania? 🤔Osobiście nie jestem fanem takich zabiegów. Często kojarzą mi się z tym...
05/05/2026

Czy „Count Your Blessings” wymaga reanimowania? 🤔

Osobiście nie jestem fanem takich zabiegów. Często kojarzą mi się z tym, że danemu artyście kończą się pomysły albo że ktoś próbuje jeszcze raz wycisnąć coś z materiału, który już przecież miał swój czas i miejsce. Jeśli coś zostało nagrane, to zostało nagrane, a pod względem historii zespołu ważne jest właśnie to, że powstało wtedy, w takim składzie, z takim brzmieniem i z takim podejściem. Tym razem swój debiutancki album postanowili nagrać raz jeszcze panowie z Bring Me The Horizon. No i tutaj może pierwszy raz jestem ciekawy, co z tego wyjdzie. Dlaczego?

Dla wielu fanów BMTH okres „Count Your Blessings” to pewnego rodzaju świętość. Była moc, była agresja, był Oli brzmiący jak człowiek, który właśnie postanowił wykrzyczeć z siebie pół piekła. Problem w tym, że sam album nie zawsze broni się jako całość. Deathcore’owa energia jest, intensywność też, ale po kilku numerach zaczyna się wkradać wrażenie, że wszystko jedzie bardzo podobnym schematem. Dużo tu hałasu, dużo ciężaru, ale mniej momentów, które naprawdę zostają w głowie. Do tego dochodzi brzmienie, które dziś potrafi mocno uwierać: perkusja brzmi płasko i sucho, bas ginie gdzieś pod gitarami, a całość ma w sobie więcej surowości niż faktycznej mocy.

To nie jest tak, że „hejtuję” ten band. Nic z tych rzeczy. Wolę ich późniejsze albumy i rozwój, jaki panowie zaliczali jako muzycy. Kiedy w 2010 roku pierwszy raz usłyszałem „There Is a Hell Believe Me I’ve Seen It. There Is a Heaven Let’s Keep It a Secret”, byłem naprawdę pod wrażeniem ich zmiany i serio ten krążek bardzo mi się podobał. Podobnie było z „Sempiternal” oraz „That’s the Spirit”, które naprawdę lubię, i każdy z tych albumów posiadam w swojej kolekcji. Ukoronowaniem tego okresu jest jak dla mnie doskonały album koncertowy w postaci „Live at the Royal Albert Hall”. Co do kolejnych krążków, to już raczej traktuję je fragmentarycznie, ale nadal znajduję tam coś dla siebie.

Co to nowe, współczesne BMTH ma wspólnego z ich debiutem? No właśnie niewiele i to jest najlepsze! Jestem bardzo ciekawy, jak Oli i reszta, lecąc dziś tak szeroko, spojrzą na swój w 100% core’owy okres. Pomimo iż nie jestem jednym z tych, którzy ocierają swoje łzy koszulkami z napisem „I Miss The Old BMTH”, to ten „kotlet” budzi we mnie dziwny apetyt. Widziałem jakieś rolki, na których współczesny Sykes śpiewa te stare numery w swoim mieszkaniu, i jego wokal nadal brzmi. Jestem natomiast bardzo ciekawy, czy Lee nagra to tak jak kiedyś, czy bardziej postara się wymieszać swoje współczesne brzmienie z tym, co było kiedyś. Jestem również pewny, że dwóch Mattów trochę bardziej przyłoży się do brzmienia sekcji i nada tej muzie głębi i groove’u, którego bardzo mi brakuje w oryginale. Zresztą sami muzycy BMTH twierdzą, że wszystko to ma zabrzmieć jeszcze ostrzej, jeszcze ciężej i bardziej żywo niż wcześniej, no to trzymam za słowo.

Wydaje mi się, że nagranie tego albumu raz jeszcze sprawi, że zarówno fani starego, jak i nowego brzmienia BMTH będą mogli sobie przybić spektakularną piąteczkę w stylu Dutcha i Dillona z filmu „Predator”. Nie zmienia to faktu, że osobiście wolałbym usłyszeć nowy, premierowy materiał tego bandu, ale na wszystko przyjdzie czas!

Tradycyjnie 🔗 link do sklepu znajdziesz w komentarzu ⤵️

🍰 Oooostatni kawałek tortu!Przedłużamy urodzinowy tydzień o jeszcze jeden dzień, bo Szczęśliwa 13. zasłużyła na dogrywkę...
04/05/2026

🍰 Oooostatni kawałek tortu!

Przedłużamy urodzinowy tydzień o jeszcze jeden dzień, bo Szczęśliwa 13. zasłużyła na dogrywkę. 🤘

🔴 Dziś (04.05) nadal możecie zgarnąć winyle z rabatem -13% (+ rabat progowy,
czyli łącznie nawet 21% taniej.)

To ostatnia szansa, żeby skorzystać z największej zniżki urodzinowej akcji i dorzucić coś do kolekcji, zanim tort zniknie ze stołu.

Dzięki za 13 lat i za to, jak mocno weszliście w Szczęśliwą 13. 🧡

🔗 Link do sklepu w komentarzu! 😉

02/05/2026

Trwa Szczęśliwa 13. w Winylowni, czyli tydzień, w którym pechowa trzynastka została odczarowana, ceny lecą w dół, a my weszliśmy w etap koncertów kameralnych! 😂

Ten występ dedykujemy Wam! 🧡
Dzięki, że jesteście z nami. 13 lat to dla nas kawał historii! Fajnie, że bierzecie w niej udział. 🥹

🔴 Zaglądajcie na Winylownię, gdzie aktualnie mamy majówkowy weekend (02-03.05) z rabatami -13% na ponad 7000 winyli!

Udanych łowów i sto lat dla nas i dla Was, bo czemu nie?

Ekipa Winylowni. ❤️

Adres

Nowe Miasto

Strona Internetowa

Ostrzeżenia

Bądź na bieżąco i daj nam wysłać e-mail, gdy Winylownia umieści wiadomości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu i możesz zrezygnować z subskrypcji w dowolnym momencie.

Skontaktuj Się Z Firmę

Wyślij wiadomość do Winylownia:

Udostępnij