13/08/2025
„Władca much” - OCH-TEATR. Przyznaję zawsze odczuwam pewien lęk przed obejrzeniem spektaklu, którego wersję filmową oglądałem, nawet (jak w tym wypadku) oglądałem bardzo dawno. Dobrze, że poszedłem. William Golding, napisał „Władcę much” w roku 1954. Od tamtej pory świat się zmienił, ale, czy zmienił się człowiek? No nie, nie zmienił się. Na bezludnej wyspie rozbija się samolot z uczniami na pokładzie. Aby przetrwać muszą się zorganizować. Głównym problemem, z którym się mierzą, prócz sposobu na przeżycie, jest wybór między rozsądkiem a siłą fizyczną. Grupa dzieli się, na ugrupowanie ufające w możliwość wydostania się, wierzące w demokrację, i ugrupowanie wojowników. To drugie szybko zyskuje wpływy przemocą i przekupstwem. Rządzenie strachem przez wykluczanie słabszych oraz mądrzejszych, stanowiących zagrożenie, okazuje się bardzo skuteczne. To punkt wyjścia. Czas na głównych bohaterów.
Jest Ralph wysportowany, przystojny, praworządny, idealny kandydat, zostaje przywódcą. Dość szybko zaczyna przegrywać, demokracja w którą wierzy zderza się z rzeczywistością, na przykład, naturą chłopców - wojowników dla których z czasem celem samym w sobie staje się zabijanie. Grający go Jędrzej Hycnar przekonująco pokazał przemianę beztroskiego nastolatka - od zwycięstwa po porażkę. Świetnie to pokazuje scena, kiedy grupa Ralpha pozbawiona dostępu do ognia idzie pertraktować z myśliwymi Jacka. Nie ma w nim nawet cienia dawnej pewności. Hycnar dobrze oddał emocje i złożoność postaci. Jest również Jack uosobienie najgorszych cech natury ludzkiej, ukryte pod maską fajnego chłopaka. Gdy tylko wyczuje, że może, natychmiast ujawnia się w całej okazałości, dla niego liczy się siła. Zmienia się z łobuziaka w drapieżcę, z twarzą umazaną krwią. Ignacy Jan Liss gra bardzo wiarygodnie, udało mu się stworzyć postać wodza, który niszczy niewygodny mu ład, by zbudować swój, oparty na sile i strachu.
Są jeszcze Prosiaczek i Roger. Ten pierwszy inteligentny, myślący racjonalnie kieruje się prawem, przez co irytujący chwilami, potrafi zachować godność w najtrudniejszych sytuacjach. Michał Lupa jest w tej roli naprawdę znakomity. Sebastian Dela jako adiutant Jacka precyzyjnie pokazał przemianę w okrutnego bandytę.
Jest przede wszystkim Simon - Helena Englert (to był jej debiut sceniczny). Muszę w tym momencie napisać, że trzy chłopięce role zagrały dziewczyny, to dobry pomysł. Englert zagrała postać Simona, outsidera w sposób rewelacyjny. Scena dialogu Simona z Władcą Much (dialogu wewnętrznego) to chyba najbardziej zapadających w pamięć moment spektaklu. Staje się ofiarą za mówienie „niewygodnej” prawdy - „potwora nie ma, jesteśmy tylko my”. Zostaje rozszarpany przez kolegów.
Są i inni chłopcy, początkowo zwolennicy Ralpha, z czasem przechodzący na drugą stronę. Aktorzy bardzo przekonująco pokazali ich wahania i zmiany.
W Och-u prawie wszystkie role zagrała młodzież, to świetny pomysł, gdyby grali aktorzy starsi, spektakl mógłby być mniej wiarygodny i raczej trudny do oglądania. Młodość wykonawców uwiarygodniła sens historii, w której (w jakimś sensie) wyważa się otwarte drzwi. Piotr Ratajczak stworzył spektakl pełen ruchu, gry świateł i muzyki. Rozrzucił niezwykle dynamiczną akcję, momentami wręcz chaos, na rusztowania, przypominające skatepark – bardzo pomysłowa scenografia Marcina Chlandy. To może jeszcze trzy nazwiska. Maciej Zakrzewski, pan od muzyki, ten pomysł skrzypcowy na wstępie pysznie zderza się z dynamitem w kolejnych scenach. Choreograf Aneta Jankowska wycisnęła z wykonawców ostatnie poty, ale efekt był. No i ukłony dla Joanny Kowalskiej - dramaturżki.
„Władca Much” w reżyserii Piotra Ratajczaka, to zdecydowanie dobrze opowiedziana historia o tym, co możemy sobie zafundować, to młodość, szalona energia, prawie ani chwili oddechu, choć to przyznaję, chwilami mnie trochę już męczyło i chyba się czepiam.