Chodzimy do teatru

Chodzimy do teatru TERESA DROZDA (podcast DROZDOWISKO) i JACEK KOSIŃSKI oglądają i dzielą się wrażeniami.

Z Teatr Powszechny w Łodzi – Właśnie uznano mnie za jednego z liderów wśród fanów! 🎉
02/02/2026

Z Teatr Powszechny w Łodzi – Właśnie uznano mnie za jednego z liderów wśród fanów! 🎉

„Biedermannowie” Anny Wakulik w reżyserii Adama Orzechowskiego to opowieść o łódzkich przemysłowcach – spolszczonych Nie...
31/01/2026

„Biedermannowie” Anny Wakulik w reżyserii Adama Orzechowskiego to opowieść o łódzkich przemysłowcach – spolszczonych Niemcach. Bohaterami spektaklu są Bruno, Luiza i Maryla Biedermannowie. Akcja rozpoczyna się godzinę przed tragicznym finałem: Bruno Biedermann zamierza zabić żonę, córkę i siebie. Nam reżyser daje niemal dwie godziny, wypełniając je retrospekcjami i wspomnieniami, które stopniowo odsłaniają decyzje podejmowane przez rodzinę. Bohaterowie mierzą się z przeszłością i próbują odnaleźć sens własnych wyborów. Bruno chciałby jedynie zwyczajnie przeżyć i nie znajduje rozwiązania, a obciąża go prowadzenie fabryki, i podpisanie volkslisty, zaś wybór pozostaje między obozem a samobójstwem. Bruno dzieli się wątpliwościami z braćmi i nieżyjącym ojcem. Pada wówczas przejmujące zdanie: „Ty się bawisz, a ja myślę, jak zabić córkę i żonę”. Kulminacja przedstawienia jest wstrząsająca. Gwałt dokonany przez rosyjskich żołnierzy, mechaniczne mycie stołu, narastająca nienawiść oraz lęk przed obozem prowadzą do ostatecznej decyzji. Pojawiają się białe prześcieradło, poduszki i prośba Maryli, by umrzeć między rodzicami. Luiza podpowiada mężowi, jak ma zabić rodzinę — pada wstrząsające porównanie do sarny. Samobójstwo, choć brzmi to okrutnie, to dla rodziny wybór wolności. Zanim padną strzały, na stole pojawia się porcelana, na moment powraca domowy spokój, Biedermannowie piją ostatnią herbatę z polską służącą. Sypie się konfetti, lecz za wybitymi szybami ponuro kołyszą się potężne gałęzie drzew. Spektakl jest perfekcyjnie skonstruowany, a znakomitym zabiegiem okazuje się zmienny rytm scen. Przedstawienie jest również świetnie zagrane: Arkadiusz Wójcik jako Bruno i Karolina Łukaszewicz jako Luiza tworzą wyraziste, poruszające kreacje. Małgorzata Goździk i Marta Jarczewska jako siostry Maryla i Adalisa dopełniają obrazu, podobnie jak Jakub Kotyński, który bardziej przekonuje jako koneser win niż jako Hi**er. Zresztą samo pojawienie się Hi**era i Stalina — symboli zła, które dotknęło nie tylko bohaterów, lecz właściwie cały świat — budzi pewien zgrzyt interpretacyjny.
P.S Magdalena Gajewska, scenografia i światło rewelacja!
Teatr Powszechny w Łodzi

"Kosmos" w TCN. Waldemar Śmigasiewicz i studenci IV - ich przeczytanie Gombrowicza.
13/09/2025

"Kosmos" w TCN. Waldemar Śmigasiewicz i studenci IV - ich przeczytanie Gombrowicza.

"Orfeusz" Anny Smolar i Tomasza Śpiewaka w reż. Anny Smolar w TR Warszawa. Anna Smolar skupia się na Orfeuszu, właściwie...
12/09/2025

"Orfeusz" Anny Smolar i Tomasza Śpiewaka w reż. Anny Smolar w TR Warszawa. Anna Smolar skupia się na Orfeuszu, właściwie na wielu a może wszystkich Orfeuszach, którzy pozostali zrozpaczeni i czują się bezradni wobec śmierci ukochanych Eurydyk. Oplata nas czerwona nić, nić Ariadny, rozwinięta przez babcię. Żałobnicy wielokrotnie muszą nad nią przejść, każdy robi to po swojemu, tak jak każdy musi sobie poradzić z żałobą. To ważny spektakl, bardzo dobry spektakl, świetnie zagrany z fenomenalną rolą Justyny Wasilewskiej.

„Anioły w Warszawie” – Teatr Dramatyczny w Warszawie.Wszystko było na tak. Temat, realizacja, aktorstwo. Obejrzałem spek...
03/09/2025

„Anioły w Warszawie” – Teatr Dramatyczny w Warszawie.
Wszystko było na tak. Temat, realizacja, aktorstwo. Obejrzałem spektakl z zainteresowaniem, ale – co rzadko mi się zdarza – nie obudził on we mnie emocji.
Przedstawienie Julii Holewińskiej i Wojciecha Farugi to ich odpowiedź na Anioły w Ameryce – film, serial Kushnera i spektakl Warlikowskiego. Poprzeczka była zawieszona bardzo wysoko. Obie wcześniejsze produkcje buzowały emocjami, tu natomiast słuchałem opowieści, mocnej, bolesnej, ale właśnie: opowiedzianej.
Uczciwie przyznaję, były momenty chwytające za gardło. Na przykład scena rozmowy Sebastiana (Paweł Tomaszewski) z lekarką Zosią (Anita Sokołowska), która, ze względu na ich relację, nie potrafi powiedzieć mu, że się zaraził. Ale te momenty szybko gasły.
Na scenie Dramatycznego oglądamy epicki wręcz fresk, poświęcony AIDS w Warszawie w 1984 roku. Spektakl w atrakcyjnej teatralnie formie pokazuje realia tamtego czasu i nie unika trudnych scen. Historia AIDS w Polsce to nie tylko historia choroby – to także historia ignorancji, braku edukacji, milczenia Kościoła, dyskryminacji. Bycie osobą homoseksualną spychało poza margines społeczeństwa. Trzeba było się ukrywać.
Bohaterem i narratorem spektaklu jest zbiorowość, podzielona, rozbijana, co pokazane zostało poprzez ruch obrotówki, z której „wypadali” kolejni bohaterowie. Świetny pomysł, który pozwalał opowiadać historię poprzez kolejne, osobiste wydarzenia.
Czas na pochwały: znakomita, choć oszczędna scenografia; perfekcyjne operowanie światłem; świetnie dobrana muzyka; bardzo dobre tempo – cztery godziny nie dłużyły się ani przez moment. Do tego znakomite aktorstwo.
Doskonała Anita Sokołowska jako doktor Zofia, Małgorzata Niemirska jako Danuta – postać inspirowana Haliną Mikołajską, Agnieszka Wosińska jako matka, Anna Szymańczyk, Anna Gajewska, Helena Urbańska jako czarny anioł, syrena. Paweł Tomaszewski w roli chorego na hemofilię Sebastiana, Piotr Siwkiewicz jako obrzydliwie cyniczny oficer SB, choć i on poczuł strach, Jan Sałasiński – niemal kopia Limahla, gościa z Kajagoogoo i „Niekończącej się historii”. Łukasz Wójcik w podwójnej roli: kochanka wybitnego reżysera i typowego księdza. Wyróżnia się też Konrad Szymański jako bokser Fabian.
Pewien problem miałem z Marcinem Bosakiem w roli wybitnego reżysera – może akurat tego dnia za bardzo grał, było kilka momentów które moim zdaniem zagrane zostały zbyt grubo przez co odstawały od ogólnej koncepcji spektaklu.
Usłyszeliśmy też świetne covery: „Perfect Day” w wykonaniu Małgorzaty Niemirskiej i „Power of Love” w interpretacji Pawła Tomaszewskiego.
„Anioły w Warszawie” to spektakl precyzyjnie wyważony, zagrany bez przerysowań, ze wspominanym zdanie temu wyjątkiem, potrzebny i prawdziwy, pokazujący sytuację w trakcie rozwijania się epidemii AIDS. Zabrakło według mnie środowiskowego brudu. I tu znów wracam do początku – we mnie nie wzbudził emocji. Przypominał dobrze, czy wręcz bardzo dobrze napisaną pracę na zadany temat.

„Czyż nie dobija się koni?”  - Wrocławski Teatr Pantomimy - Wroclaw Mime Theatre. Mam za sobą film, książkę, dwa spektak...
24/08/2025

„Czyż nie dobija się koni?” - Wrocławski Teatr Pantomimy - Wroclaw Mime Theatre. Mam za sobą film, książkę, dwa spektakl, ale gdy dowiaduję się, że Radosław Rychcik w Teatrze Pantomimy reżyseruje „Czyż nie dobija się koni” kategorycznie stwierdzam, muszę to zobaczyć. Pojechałem i zostałem nieźle zaskoczony, spektakl to nie tylko ruch, ale i słowo, dużo słowa, oczywiście musiałem zadać sobie pytanie – czy sam taniec mógłby wystarczyć? Nie odpowiem na nie, a na to przedstawienie warto się wybrać właśnie dla aktorstwa! Fantastyczne role Agnieszki Dziewy (Gloria Beatty), Jakuba Pewińskiego (Robert Syverten), Agnieszki Charkot (Jackie Miller), Artura Borkowskiego (James Bates), Agnieszki Kulińskiej (Geneva Tomblin) i Jana Kochanowskiego (Kid Kamm), a także Eloya Moreno Gallego (Pedro Ortega).
Spektakl otwiera wstrząsająca i wprowadzająca zarazem w czasy i problemy pantomimiczna scena, w której Jackie Miller, próbuje zrobić zakupy za dolara, słuchamy głosu sklepikarza, podsuwającego jej produkty, ale okazuje się, że za dolara nie kupi wiele, gdyż wszystkie produkty, mają zawyżone ceny. Lata 30., kryzys, wtedy właśnie niezwykle popularne stały się taneczne maratony, w których wygrywało się pieniądze, a nawet jeśli się nie, to przez kilkadziesiąt godzin było co jeść i szansa na kąt do odpoczynku. Pary zaczynające maraton próbują się bawić tańcem, popisać się przed widownią, która może coś dorzucić, ale z czasem wszystko zaczyna boleć, masz dość, ale nie możesz przerwać – tysiąc godzin z przerwami na jedzenie i wyścigi po okrągłym torze, bo bieg kończy ich taniec w perspektywie tysiąc dolarów o które walczą w swej naiwności uczestnicy. Spektakl to dwie godziny intensywnego tańca, z podziwem patrzyłem na wykonawców. Świetnym pomysłem jest nieobecność a tylko głos „wodzireja imprezy”. Pierwsza połowa mija błyskawicznie, jest naprawdę wspaniała pod każdym względem. Spektakl Rychcika jest porażająco aktualny, podobnie postąpiła Kleczewska w Wałbrzychu. Potem chyba z wszystkich wychodzi zmęczenie, pewne sceny siłą rzeczy się powtarzają. Świetna jest w tym spektaklu choreografia Jakub Lewandowskiego i muzyka Michała Lisa i ten pomysł połączenia teatru pantomimy z teatrem dramatycznym. Warto zadać pytanie o czym to opowieść - o wytrwałości w dążeniu do celu i o determinacji ludzi, o biedzie, pieniądzu i a może przede wszystkim o marzeniach, nadziejach. Bardzo ten spektakl polecam, jest wspaniały aktorsko i jest też ostrzeżeniem, bo takie wyścigi przecież trwają, a czasami jak ten oglądany w teatrze są widowiskami, w których uczestnicy zatracają godność i kontrolę nad własnym życiem, by wygrać! Za wszelką cenę!

„Separatka”  Teatr Polski w Warszawie. W partnerstwie z Fundacją Joanny Szczepkowskiej na Rzecz Inicjatyw Artystycznych ...
16/08/2025

„Separatka” Teatr Polski w Warszawie. W partnerstwie z Fundacją Joanny Szczepkowskiej na Rzecz Inicjatyw Artystycznych i Społecznych.
Na scenie szpitalne łóżko i dwie kobiety w przymusowej sytuacji. Obu coś obiecano i na obietnicach się skończyło, czyli prawie standard. Panie, czekając i chcąc nie chcąc, zaczynają ze sobą rozmawiać. Codzienność – rozmowy dotyczą spraw, które każdy z nas zna. Momentami jest śmiesznie, ale to poważna sztuka. Joannie Szczepkowskiej, autorce tekstu, udało się „położyć Polskę”, a więc to, co w nas siedzi, do jednego, niezbyt wielkiego łóżka.
W „Separatce” jest wszystko: nasza nieumiejętność rozmowy, to, że te same sytuacje widzimy zupełnie inaczej, że mówimy językiem narzuconym przez otoczenie.
Alina i Marta, skazane na siebie, bronią każda swojego kawałka łóżka. Śmiało można napisać: do ostatniej kropli krwi. Nie opuszczają swoich pozycji ani na moment, podejrzewając się nawzajem o nieczyste zagrania. Ale czasem też współpracują. Jak w życiu.
Główną zaletą tekstu jest jego prosta, pozornie przewidywalna, dramaturgia, codzienny (ale bez wulgaryzmów, tak dziś w teatrze chętnie nadużywanych) język i przede wszystkim prawdziwość. Sytuacja z powodzeniem mogłaby wydarzyć się naprawdę. A sposób i treść rozmowy – w krótszych dawkach – słyszałem nie raz, jadąc autobusem. Konflikt najczęściej wynika z drobiazgu.
„Separatka” daje pole do aktorskiej współpracy na najwyższym poziomie, wymaga niesamowitej uważności na partnerkę i ogromnej samokontroli, bo w spektaklu są momenty, w których łatwo przeszarżować, „zagrać na siebie”. Joanna Szczepkowska i Dorota Landowska rozgrywają te napięcia doskonale – koncertowo.
„Separatka” udowadnia też, że w napięciu może trzymać spektakl, w którym nic się przecież nie dzieje.
Spektakl obejrzeliśmy w ramach Horyniec - Zdrój Art Festiwal.

„Miasto kobiet” – TR Warszawa. Mimo panującego upału – a może właśnie z jego powodu – publiczność pożegnała spektakl doś...
14/08/2025

„Miasto kobiet” – TR Warszawa. Mimo panującego upału – a może właśnie z jego powodu – publiczność pożegnała spektakl dość chłodno. Nie podzielam tej reakcji. Uważam, że to przedstawienie było pod każdym względem udane: dokładnie przemyślane i znakomicie zagrane.
Opowiedzenie średniowiecznego feministycznego tekstu Christine de Pisan wymagało odwagi i oryginalnego pomysłu. Aktualne wtręty, które zwykle mnie irytują – jak wiecie – tym razem mi nie przeszkadzały. Reżyserka Emma Hütt oraz dramaturżki Marianna Cieślak i Leonie Hahn nie bały się groteski, ani nawet kiczu, jednak wszystko było podporządkowane opowieści, którą chciały nam przekazać. To miała być historia z ogniem – i był ogień.
Oczywiście, momentami spektakl potrafił irytować, ale te uczucia szybko mijały. Mimo baśniowego sztafażu, zostajemy mocno osadzeni w teraźniejszości. Swoistą osią wydarzeń staje się... nasza rodzima Syrenka – trochę skarykaturowana celebrytka. Główną bohaterką jest Krystyna – młoda dziewczyna, przytłoczona przez własne frustracje, lęki, a przede wszystkim przez całkowitą samotność. Na jej drodze pojawiają się trzy wiedźmy – czarownice, buntowniczki – które starają się wyrwać ją z narzuconego schematycznego postrzegania kobiecości. Prowokują, a momentami wręcz judzą. Miasto kobiet to kolejna utopia. Nie istnieje – i nie musi istnieć. Trzeba jedynie zrozumieć, że kobiety mogą i potrafią. Wystarczy zrzucić narzucony gorset.
Pomimo wielu stereotypów, nie czułem w tym spektaklu fałszu. Były za to emocje, było chwilami absolutne szaleństwo – jak choćby opętańczy taniec.
Świetna obsada: Zuzanna Radek jako Krystyna – przepełniona emocjami – oraz trzy wampiry, a raczej wampirzyce… Uwaga, bo to: Mateusz Górski, Izabella Dudziak i – dla mnie rewelacyjna – Julia Wyszyńska. Na uwagę zasługują także trafna scenografia Gabrieli Porady, kostiumy Mateusza Bidzińskiego i świetne operowanie światłem. Jedyny minus? Choć muzyka była bardzo trafiona, momentami zagłuszała głosy aktorów – a to już poważniejszy mankament.
Mimo to – spektakl zdecydowanie na plus.

.„Będzie trzeba, to pójdę na wojnę” - Teatr Dramatyczny. Spektakl  w reżyserii Magdy Szpecht, także wraz z Szymonem Adam...
13/08/2025

.„Będzie trzeba, to pójdę na wojnę” - Teatr Dramatyczny. Spektakl w reżyserii Magdy Szpecht, także wraz z Szymonem Adamczakiem autorki scenariusza. Taki tytuł przyznacie budzi ciekawość, którą trzeba zaspokoić, udałem się więc na Olesińską do Przodownika i obejrzałem dobry spektakl, monodram, może nawet już bardziej performans. Ktoś może powiedzieć, to kolejna opowieść o wojnie w Ukrainie. Ale opowieść bardzo nietypowa bo opowiedziana przez kobietę a właściwie dwie kobiety, opowiadana z ich perspektywy. To kolejny teatralny projekt Magdy Specht opowiadający o wojnie w Ukrainie. Może to co teraz napiszę jest nie właściwe, może jest nieprawdą, ale odnoszę wrażenie, że jesteśmy już zmęczeni wiadomościami z frontu, współczujemy, ale emocje opadły, mamy swoje problemy. Dlatego uważam, że to ważny spektakl, dobrze, że Szpecht o tym mówi, że pokazuje wojnę z innej perspektywy. Bohaterka tej historii, jest Lastivka czyli jaskółka. Postanowiła zostać żołnierką, przez bez mała dwa lata wysyła listy z poligonu, później z frontu, opowiada jak naprawdę wygląda wojsko – braki sprzętu, braki kadrowe, tradycyjny stosunek do kobiet w armii. Nie boi się mówić o brudzie, przemęczeniu, o tym jak wygląda wojna To jest spektakl o wojnie widzianej oczami żołnierki, która nie przestaje być kobietą. Spektakl poprzez swoją kompozycję pokazuje to niezwykle sugestywnie. Wielka w tym zasługa Agaty Różyckiej. Uważnie jej się przyglądam od ról w AT (Iluzje, Marat/Sade) przez kolejne już w Dramatycznym. Teraz pokazała, że wie co to jest monodram, że umie opanować spory zestaw „elementów towarzyszących” - instrumenty elektroniczne i muzyczne, potrafi „rozmawiać z taśmą”, a wierzcie mi to trudna sztuka. Różycka zagrała bardzo oszczędnie, nie nadużywała ekspresji a stworzyła bardzo wyrazistą postać. Zdanie kończące spektakl „Żyję, nie martw się.” długo brzmiało w moich uszach.

„Władca much” - OCH-TEATR. Przyznaję zawsze odczuwam pewien lęk przed obejrzeniem spektaklu, którego wersję filmową oglą...
13/08/2025

„Władca much” - OCH-TEATR. Przyznaję zawsze odczuwam pewien lęk przed obejrzeniem spektaklu, którego wersję filmową oglądałem, nawet (jak w tym wypadku) oglądałem bardzo dawno. Dobrze, że poszedłem. William Golding, napisał „Władcę much” w roku 1954. Od tamtej pory świat się zmienił, ale, czy zmienił się człowiek? No nie, nie zmienił się. Na bezludnej wyspie rozbija się samolot z uczniami na pokładzie. Aby przetrwać muszą się zorganizować. Głównym problemem, z którym się mierzą, prócz sposobu na przeżycie, jest wybór między rozsądkiem a siłą fizyczną. Grupa dzieli się, na ugrupowanie ufające w możliwość wydostania się, wierzące w demokrację, i ugrupowanie wojowników. To drugie szybko zyskuje wpływy przemocą i przekupstwem. Rządzenie strachem przez wykluczanie słabszych oraz mądrzejszych, stanowiących zagrożenie, okazuje się bardzo skuteczne. To punkt wyjścia. Czas na głównych bohaterów.
Jest Ralph wysportowany, przystojny, praworządny, idealny kandydat, zostaje przywódcą. Dość szybko zaczyna przegrywać, demokracja w którą wierzy zderza się z rzeczywistością, na przykład, naturą chłopców - wojowników dla których z czasem celem samym w sobie staje się zabijanie. Grający go Jędrzej Hycnar przekonująco pokazał przemianę beztroskiego nastolatka - od zwycięstwa po porażkę. Świetnie to pokazuje scena, kiedy grupa Ralpha pozbawiona dostępu do ognia idzie pertraktować z myśliwymi Jacka. Nie ma w nim nawet cienia dawnej pewności. Hycnar dobrze oddał emocje i złożoność postaci. Jest również Jack uosobienie najgorszych cech natury ludzkiej, ukryte pod maską fajnego chłopaka. Gdy tylko wyczuje, że może, natychmiast ujawnia się w całej okazałości, dla niego liczy się siła. Zmienia się z łobuziaka w drapieżcę, z twarzą umazaną krwią. Ignacy Jan Liss gra bardzo wiarygodnie, udało mu się stworzyć postać wodza, który niszczy niewygodny mu ład, by zbudować swój, oparty na sile i strachu.
Są jeszcze Prosiaczek i Roger. Ten pierwszy inteligentny, myślący racjonalnie kieruje się prawem, przez co irytujący chwilami, potrafi zachować godność w najtrudniejszych sytuacjach. Michał Lupa jest w tej roli naprawdę znakomity. Sebastian Dela jako adiutant Jacka precyzyjnie pokazał przemianę w okrutnego bandytę.
Jest przede wszystkim Simon - Helena Englert (to był jej debiut sceniczny). Muszę w tym momencie napisać, że trzy chłopięce role zagrały dziewczyny, to dobry pomysł. Englert zagrała postać Simona, outsidera w sposób rewelacyjny. Scena dialogu Simona z Władcą Much (dialogu wewnętrznego) to chyba najbardziej zapadających w pamięć moment spektaklu. Staje się ofiarą za mówienie „niewygodnej” prawdy - „potwora nie ma, jesteśmy tylko my”. Zostaje rozszarpany przez kolegów.
Są i inni chłopcy, początkowo zwolennicy Ralpha, z czasem przechodzący na drugą stronę. Aktorzy bardzo przekonująco pokazali ich wahania i zmiany.
W Och-u prawie wszystkie role zagrała młodzież, to świetny pomysł, gdyby grali aktorzy starsi, spektakl mógłby być mniej wiarygodny i raczej trudny do oglądania. Młodość wykonawców uwiarygodniła sens historii, w której (w jakimś sensie) wyważa się otwarte drzwi. Piotr Ratajczak stworzył spektakl pełen ruchu, gry świateł i muzyki. Rozrzucił niezwykle dynamiczną akcję, momentami wręcz chaos, na rusztowania, przypominające skatepark – bardzo pomysłowa scenografia Marcina Chlandy. To może jeszcze trzy nazwiska. Maciej Zakrzewski, pan od muzyki, ten pomysł skrzypcowy na wstępie pysznie zderza się z dynamitem w kolejnych scenach. Choreograf Aneta Jankowska wycisnęła z wykonawców ostatnie poty, ale efekt był. No i ukłony dla Joanny Kowalskiej - dramaturżki.
„Władca Much” w reżyserii Piotra Ratajczaka, to zdecydowanie dobrze opowiedziana historia o tym, co możemy sobie zafundować, to młodość, szalona energia, prawie ani chwili oddechu, choć to przyznaję, chwilami mnie trochę już męczyło i chyba się czepiam.

Adres

Marki

Strona Internetowa

https://strefapiosenki.pl/

Ostrzeżenia

Bądź na bieżąco i daj nam wysłać e-mail, gdy Chodzimy do teatru umieści wiadomości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu i możesz zrezygnować z subskrypcji w dowolnym momencie.

Skontaktuj Się Z Firmę

Wyślij wiadomość do Chodzimy do teatru:

Udostępnij

Kategoria