08/05/2026
5 maja 2026 roku w Mławie zmarła Alina Panasiuk ,gdańska dziennikarka, pisarka, mama artysty malarza Andrzeja Panasiuka, babcia Jędrka . Miała 90 lat.
Ostatnie 20 lat życia spędziła w Mławie. Bardzo lubiłem spotykać panią Alinę, wiedziałem że jest pisarką i dziennikarką bardzo zasłuzoną dla Gdańska .
Wydała niezwykłą i ważną książkę :"Miasto i ludzie" Wspomnienia z lat powojennych o gdańskich pionierach. Miała znakomite pióro.
Niżej przytaczam fragment reportazu śp. Pani Aliny.
Alina Panasiuk 1999 r. Głos Wybrzeża "PIERWSZE ŚWIĘTA W POWOJENNYM GDAŃSKU."
Biały obrus, wiosenne tulipany w wazonie, pisanki, potrawy
przygotowane do święcenia w koszyczku i kolorowa, poświęcona już palemka na serwantce. Wielkanoc. Święta, które przywołują wspomnienia. Niestety, nie zawsze dobre.
Ze świętami jest jak z życiem. Raz miło i słonecznie, częściej tak
źle, że po latach nawet wspominać się nie chce. Zresztą, czy warto psuć nastrój? - mówi pan Jan Wentowski, gdańszczanin od paru pokoleń. W malutkim mieszkanku na Przymorzu przywołujemy te gorzkie, pełne grozy dni, które na szczęście odeszły już w przeszłość. Pani Maria krząta się jeszcze, tyle przecież zostało do zrobienia. Z kuchni dochodzą smakowite zapachy, przez okno wpadają rzadkie o tej porze roku promienie słoneczne, a w radiu słychać zapowiedź ochłodzenia na te dwa najważniejsze wiosenne dni.- Lubię, kiedy na Wielkanoc świeci słońce - mówi pan Jan. Bo
wtedy razem z żoną chętnie wychodzą na spacer, idą do kościoła św. Józefa, odwiedzają dzieci i wnuki. - Przede wszystkim prawnuki -
woła z kuchni pani Maria. - Na szczęście dzieci, wnuki i prawnuki nie znają grozy świąt ja lle ja przeżyłem w czasie wojny - wspomina gospodarz. - Dla nich te dni to czas radości i oby tak zostało. Ja znam święta, o których chciałbym zapomnieć.
Ale zapomnieć się nie da. Pani Maria urodzona w Radomiu, do
Gdańska przyjechała już po wojnie. Nie doświadczyła więc osobiście tego, co działo się w Wielki Tydzień 1945 roku nad Motławą.
- Teraz Wielkanoc obchodzimy skromnie ale spokojnie - mówi mąż. - Jeszcze skromniejsze były nasze przedwojenne święta. Ojciec, robotnik portowy, nie zarabiał wiele. Było więc odświętnie, ale bez przesady. Jajka, jako tradycyjna potrawa, oczywiście również pisanki, trochę innych, niewidzianych na co dzień smakołyków. Dla nas, dzieci, najważniejsze było jednak poszukiwanie „gniazdek wielkanocnych" z łakociami, przemyślnie ukrytych w mieszkaniu przez mamę. To poszukiwanie odbywało się zaraz po śniadaniu, potem szliśmy do kościoła św. Brygidy, mieszkaliśmy bowiem przy ul. Dylinki (wówczas Kleine Knuppelgasse), i to była nasza parafia.
W 1944 roku wiele rodzin ewakuowano z Gdańska. Rodzina Wentowskich znalazła się pod Malborkiem, we wsi Miłoradz.
W tamtą Wielkanoc także szukano „gniazdek", ale wtedy bombardowany przez aliantów płonął Malbork. - W biały dzień widzieliśmy
ogromną łunę - mówi dziś pan Jan. - Choć ja nie przeżywałem tego oczywiście tak mocno jak dorośli, czułem jednak, że coś się niedobrego dzieje. Rok później była zagłada Gdańska... Rodzina wróciła już do domu i oczekiwała z niecierpliwością wyzwolenia. Ale wyzwolenie przyniosło dramaty nie do opisania. - Cały Wielki Tydzień 1945 roku pamiętam, jakby to było wczoraj -mówi pan Wentowski, a potem zastanawia się chwilę. Nie jest łatwo po latach opowiedzieć koszmar tamtych dni, choć dziecięca pamięć dokładnie zarejestrowała wydarzenia. Był marzec. W słońcu, które zaczęło coraz mocniej przygrzewać, powoli topniał śnieg. Coraz częściej spadały aliancko-rosyjskie bomby, płonęły domy, ginęli ludzie. Kto wówczas myślał o nadchodzących świętach?
W połowie marca mały Jan Wentowski z rodziną zszedł do schronu, znajdującego się pomiędzy ulicami Czopową i Dylinki, w piwnicy starego browaru. Pomieszczenia miały wprawdzie podstawowe wyposażenie (sanitariaty, wodę i elektryczność), wojna jednak trwała, bomby padały tak blisko, że czasami wydawało się, jakby leciały prosto na schron. Z zewnątrz dochodziły sprzeczne i bardzo niepokojące wiadomości.
- W Niedzielę Palmową (25marca), zbombardowana została
Ołowianka - mówi pan Jan. Chwilę milczy a potem dodaje: -To spowodowało tragedie nie do opisania. W dużych schronach
unieruchomione zostały wentyla tory i przebywający tam ludzie po
prostu się udusili. W schronie pod placem Dominikańskim przestały
pracować pompy, woda zalała tych, którzy tam się schronili.
My na Czopowej byliśmy jeszcze do wtorku 27 marca. Potem
mama zdecydowała, że pójdziemy do jej siostry, która mieszkała
w okolicach dzisiejszego placu Komorowskiego, we Wrzeszczu.
Nikt nie przypuszczał wówczas, że ta podróż potrwa całe dwa
dni! W Gdańsku było już rosyjskie wojsko. Trwały rabunki, gwałty,
podpalania. Trzeba było więc przemykać się ostrożnie, kryć na
widok munduru.- Kto przeżył tamte dni Wielkie go Tygodnia, wie jak wygląda piekło - mówi gospodarz. Matka z szesnastoletnią córką Ewą, młodszym Jankiem i najmłodszą roczną córeczką a także
z sąsiadką Walerią Pogorel i jej maleństwem, które wkrótce zmarło z niedożywienia, próbowały przedostać się w kierunku dzisiejszej ulicy Grunwaldzkiej. Ojciec w tym czasie przebywał w rosyjskim obozie w Narwiku. - Nie było mu tam najgorzej -mówi pan Jan. - Umiał bowiem naprawiać zegarki, a żołnierze radzieccy znosili je wiadrami. Był im więc potrzebny, dlatego pewnie uniknął wywózki w głąb Rosji i po pół roku wrócił do rodziny. Tymczasem obie kobiety z dziećmi błądziły wśród ruin. Kryły się pod zwałowiskami gruzów lub w wypalonych ruinach. Wiadukt przy Hucisku był już
wysadzony, szły torami w kierunku Błędnika. Na placu przy Bramie Oliwskiej widziały jak żołnierze poczynają sobie z młodymi kobietami. Horror. Po całym dniu wędrówki dotarły do cmentarza przy dzisiejszej alei Zwycięstwa. Dozorca rozglądając się z trwogą, wpuścił gromadkę na teren i kazał ukryć się pomiędzy grobami. Późnym wieczorem otworzył kaplicę cmentarną i tam przenocowali.
W Wielką Środę (28 marca) rano ruszyli dalej. Okolice Grunwaldzkiej i Miszewskiego stały jednak w ogniu. Skręcili więc w Uphage-
na, przeciskając się pomiędzy barykadami minęli wiadukt.
- Pamiętam, że przed wiaduktem widziałem jedno ogromne
morze ognia. To było jak wielkie piekło - wspomina pan Wentowski. - Natomiast zaraz za wiaduktem cisza... zupełnie inny świat.
W okolicach ulicy Wyspiańskiego znowu wojenny pejzaż. Płonęły pobliskie ulice. Ogień widać było także na placu Komorowskiego. Co robić? Jakaś spotkana staruszka wskazała drogę.
- Przy Saperów .4 jest schron. Idźcie tam... Ale właściciel domu nie chciał przyjąć dodatkowych gości. Nie. pomogły prośby. Dopiero przechodzący przypadkowo polski oficer przekonał go i grupka
strudzonych kobiet i dzieci weszła do schronu, w którym było
już pełno ludzi. W tym schronie spędzili jeszcze trzy tygodnie.
Także święta ^wielkanocne. Z tego okresu pan Jan pamięta tylko głód. Ludzie wychodzili co prawda i z narażeniem życia szukali czegoś do jedzenia, na ogół jednak z marnym skutkiem. Mimo to kobiety coś tam przygotowały na te pierwsze w powojennym Gdańsku święta- Matka widziała, że się krzątają tajemniczo, zapytała co robią. - To pani nie wie? Przecież za dwa dni święta!
Ale ten wyzwolony Gdańsk, to ciągle jeszcze był schron przy ul.
Saperów. I głód. Miasto objęte kleszczami walczących armii, wy palone do cna, nie mogło zapewnić pożywienia cywilom, kryją
cym się po piwnicach. Co pewien czas więc z narażeniem życia przemykali pod obstrzałem, w poszukiwaniu czegoś co pozwalało oszukać głód.
- Niektórzy chodzili aż pod Straszyn i zdarzało się, że przy nosili jakieś kartofle, brukiew, coś jeszcze... Dziś mówi się o tym spokojnie. Inne czasy, inne święta. Ale wtedy...Dla mnie Wielkanoc zawsze
jest wielkim przeżyciem - dodaje pan Wentowski. - W Gdańsku
bowiem te święta długo nie były spokojne. Pamiętam na przykład Wielki Piątek 1947 roku... Stał akurat z kolegami na ulicy. W pewnym momencie usłyszał głośno grającą orkiestrę. Po chwili zobaczył... To jechała kolumna samochodów. A na samochodach trumny. Dużo trumien. I orkiestra. Jechali wolno, za kolumną wozów szli bowiem ludzie. Odprowadzali na wieczny spoczynek więźniów zamordowanych także w Wielki Piątek 1940 roku w Stutthofie. Ciała
ekshumowano dopiero w 1946 roku i przechowano w kościele św. Trójcy. Rok później właśnie pochowano je na cmentarzu na
Zaspie. - Czy po takich przeżyciach mogę radośnie świętować? - pyta pan Wentowski. Wielu gdańszczan, którzy przeżyli koszmar II wojny światowej, stawia sobie to pytanie. Ale starają się.
Mława i Gdańsk powinny wiedzieć jak wielkiego formatu Postać odeszła.
RIP Pani Alino!
Najgłębsze kondolencje dla syna pani Aliny - Andrzeja Panasiuka i dla wnuka - mojego kuzyna Jędrka Panasiuka.
Pogrzeb pani Aliny w poniedziałek 11 maja 2026 roku o godzinie 10 po mszy w kościele pw. Przemienienia Pańskiego na wólczańskim cmentarzu parafialnym św, Jana Kantego.
Jarosław Trześniewski-Kwiecień