Art Busters

Art Busters Pomagamy dotrzeć, złapać i zrozumieć sztukę! Mamy na celu pomóc odbiorcy dotrzeć do dzieła oraz ułatwić zrozumienie i interpretacje.

Art Busters jest to grupa, która nastawia się na poszukiwanie sztuki, kultury którą dla lepszego poznania relacjonuje. Naszym głównym celem, założeniem jest videorelacja zawsze wspierana przez fotorelacje oraz dziennikarski rzetelny opis który często będzie opierał się na przedstawieniu historii dzieł, wywiadów z artystami, a także naszej recenzji. Dzięki połączeniu powyżej wymienionych trzech for

m zapisu, przypomnienie sobie wydarzeń kulturalnych których było się świadkiem czy uczestnikiem będzie prostsze. Także samo zrozumienie kultury powinno być ułatwione, a to dzięki wiedzy naszych rozwijających się studentów,przyszłych dziennikarzy i kulturoznawców. Art Busters'i to grupa ludzi o zróżnicowanych zainteresowaniach, specjalnościach co ułatwia nam docieranie do szerokiego pojęcia sztuki. Wśród nas są osoby od lat zajmujące się teatrem, filmem, fotografią. Część z nas to pasjonaci wszelakiej muzyki, a także malarstwa, rzeźby.Wielu z nas tworzy własne dzieła w swoich specjalnościach i w tym także sobie pomagamy. Poszczególne osoby z Art Busters tworzą spektakle teatralne, kręcą filmy krótkometrażowe, projektują, rysują, malują czy pomagają przy organizacji wielu wydarzeń na terenie województwa lubelskiego.

18/12/2012

Michal Kaczor (wokal), Patryk Kutniowski (gitara), Marcin Kutniowski (gitara), Kacper Różański (bass) i Kuba Brzeziński (perkusja) to skład zespołu Diary of Sorrow. Mamy nadzieję, że tak jak Art Bustersom spodoba Wam się ich muzyka. ;)

Wiem, że poza sceną jesteście dobrymi kolegami, starymi znajomymi, a od jak dawna działacie jako zespół? I czy obecny skład jest składem pierwotnym czy może były jakieś zmiany?

Razem gramy od 2005r. czyli całe 7 lat! Skład zespołu przeżywał już różne rewolucje. Na początku graliśmy w 6 osób, czyli wokal, perkusja, bas i aż 3 gitary. Dzisiaj jest nas pięciu. „Odpadła” nam jedna gitara a w miedzy czasie dotychczasowego basistę zmienił Kacper Różański, a perkusistę Kuba Brzeziński.

I w takim składzie można was zobaczyć dzisiaj na scenie?
Tak w tym składzie zostaliśmy do dzisiaj i nie planujemy już więcej rewolucji.

Nazwaliście się „Diary of Sorrow” czyli w tłumaczeniu „na nasze” „Pamiętnik smutku”. Skąd pomysł na właśnie taką nazwę?
Wiesz co? Nie wiem dlaczego akurat Diary of Sorrow. Początkowo nie wiedzieliśmy jak się nazwać. Ale na jednym ze wspólnych grilli próbowaliśmy coś wymyśleć. Jeden z nas, już nie pamiętam dokładnie kto, rzucił wyraz „diary”. Spodobało nam się. Potem dopasowaliśmy do tego dalszą część i tak powstało „Diary of Sorrow”.

Swoją drogą słyszałem, że mieliście już śmieszną sytuację z literówką w nazwie.

Tak. Na plakacie jednego z koncertów, ktoś na tyle bystry i dowcipny zamiast „Diary” napisał „Dairy”. Potem człowiek, który zapowiadał na koncercie kapele drwiąco zapytał: „Czy Nabiał Smutku gotowy do wejścia na scenę?”. Takiego wariantu zmiany naszej nazwy wcześniej nie słyszeliśmy.

Szkoda, że się tak nie nazwaliście. Moglibyście siebie nazywać „Królami nabiału”!

Jeszcze wszystko można zmienić!

Ok, żarty żartami, a teraz następne pytanie. Jest was pięciu, kiedyś było nawet sześciu. Jak wygląda zatem wasza praca na próbach? Każdy ma przydzielone jakieś zadanie? Jeden pisze teksty, inny muzykę? Czy może raczej wszystko odbywa się na zasadzie współpracy?

Chyba bardziej do opisu tego co się dzieje na próbach pasuje ta druga opcja. Tworzymy razem. No może oprócz tekstów bo te pisze wokalista- Kaczy. Ale generalnie wszystko odbywa się na zasadzie wymiany opinii. Każdy przynosi coś co wymyślił w domu a potem staramy się to jakoś poupychać w całość. Chociaż bywa i tak, że tak siedzimy sobie na próbie i nagle na wielkim spontanie powstanie coś co nam się spodoba i wtedy robimy z tego kawałek.

Przeglądając waszego Myspace-a zauważyłem, że najwięcej odtworzeń ma piosenka „Art of War”. A czy wy macie jakiś ulubiony kawałek, który sprawia wam najwięcej przyjemności podczas grania? Czy może wszystkie lubicie? Jak to jest?

No wiadomo jedne lubimy bardziej inne mniej. Rzeczywiście „Art of War” spotkało się z największym zainteresowaniem. My również lubimy ten kawałek, ale innym dosyć ciekawym utworkiem jest „Again you will”. Osobiście bardzo lubię „Silence” chociaż nie wiem czemu już go nie gramy, i „Achilles heel”. Tak, to według mnie, jedne z najlepszych kawałków jakie zrobiliśmy dotychczas.
Powiedziałeś na początku, że gracie już 7 lat. To już trochę czasu. Czy macie już może jakieś sukcesy na swoim koncie?

No na pewno przez 7 lat coś tam się wydarzyło. Graliśmy na licznych festiwalach, przeglądach. Niektóre udało się nawet wygrać. Do takich największych sukcesów możemy zaliczyć 1. miejsce na przeglądzie „Eksplozja” w Zamościu i (jako nagrodę w tym przeglądzie) koncert w Birmingham dla Polonii w Wielkiej Brytanii. Innym sukcesem jest występ na „małej scenie” festiwalu w Jarocinie i „małej scenie” Sonisphere Festival w Warszawie, gdzie na głównej scenie grali miedzy innymi Metalica, Slayer, czy Megadeth.

No właśnie wymieniłeś zespoły kojarzone raczej z ciężkim, metalowym brzmieniem. Poczytałem trochę o was i spotkałem się z różnymi nazwami gatunku, który gracie. A jak wy sami określacie swoją muzykę?
Ciężko jednoznacznie określić co gramy, bo kawałki się różnią. Te nowsze są nieco inne od tych starszych, nagranych dawniej. Generalnie na naszym profilu na myspace napisane jest „Gatunek: Grunge/Metal/Rock” i tego się trzymajmy.

Z tego co mi wiadomo zainteresowała się wami niemiecka wytwórnia Legacy. Kiedy będzie można kupić wasz krążek?

Prawdopodobnie już po Nowym Roku ukaże się w niemieckich sklepach. W niewielkim nakładzie bo tylko 300-500 sztuk ale na początek dobre i to. Może z czasem doczekamy się większego nakładu.

Prawie każdy z was oprócz tego, że gra jest „przykładnym” studentem. Czy trudno jest znaleźć czas na granie i naukę?

Na pewno jest trudniej niż w czasach gdy byliśmy w szkole średniej. Nie mamy teraz tyle czasu. Sam fakt, że nie mieszkamy już w jednej miejscowości, jedni w Lublinie, inni w Biłgoraju, to już duże utrudnienie. Ale staramy się mimo wszystko robić coś dalej.

Graliście ostatnio w lubelskim klubie Route 18. Jak wrażenia po koncercie?

Było dobrze, chociaż bywało lepiej. To znaczy generalnie klub spoko, ciekawy wystrój, fajni ludzi. Jednak chcielibyśmy żeby było jeszcze więcej publiczności. Ale ogólnie było fajnie i dziękujemy kolegom zespołu Qube za zaproszenie. Mam nadzieję, że zagramy z nimi jeszcze kiedyś.

No właśnie a propo „kiedyś” . Macie jakieś plany, które jako zespół chcielibyście zrealizować w przyszłości?

Na pewno chcielibyśmy więcej grać, nagrać nowy materiał nad którym zaczęliśmy już pracować ale końca jak na razie nie widać. Głównie chyba jednak grać więcej koncertów.

Czyli w tym miejscu apel do organizatorów wszelakich imprez: Zapraszajcie Diary of Sorrow!

Dokładnie.

Niedługo święta, Nowy Rok- czas życzeń. A czego można życzyć Diary of Sorrow?

Chyba po prostu sukcesów! Nagrania nowej płyty, no i nie wiem…więcej fanów!

A w życiu prywatnym, studenckim?

Hm… kurde…każdy ma chyba swoje osobiste zachcianki, które chciałby żeby się spełniły. Nie mam pojęcia. Może zdanej Sesji!

Dobra, więc tego wszystkiego wam życzę. Powodzenia i dzięki za rozmowę.


Rozmawiał Krystian Nowak

A tu kilka przydatnych linków:

http://www.facebook.com/pages/Diary-of-Sorrow/141181565905163

http://www.myspace.com/diaryofsorrowband

I kilka piosenek:

http://www.youtube.com/watch?v=NsHbDkvsVs4
http://www.youtube.com/watch?v=EzFt0gkUy8s
http://www.youtube.com/watch?v=TJl7EPHBMwc

DIARY OF SORROW
Kontakt:
Patryk Kutniowski (+48)534 997 408
[email protected]
[email protected]

Wyniki Rock Grand Prix Lublin 2012!
12/12/2012

Wyniki Rock Grand Prix Lublin 2012!

12/12/2012

Recenzja filmu "Mistrz" w reżyserii Paula Thomasa Andersona

Film ciągle jest wyświetlany w Lublinie!

Paul Thomas Anderson długo każe na siebie czekać. Ostatnie trzy jego filmy pojawiały się w kinach co pięć lat. Ale fani twórcy, który nie idzie z prądem hollywoodzkich manier, nikomu nie pozwala się wtrącać w swą pracę, a już szczególnie nie respektuje schematów i utartych ścieżek rozprowadzonych po filmowym światku, mogą być pewni, że każdy kolejny film reżysera będzie obrazem najwyższego artyzmu oraz zaangażowania. Nie ma się więc co dziwić, że oczekiwania wobec "Mistrza" były gigantyczne; jeszcze na długo przed premierą w Cannes, mówiło się o pewniaku do Złotej Palmy i Oscara. A potem ten misternie pompowany balon pękł, dzieląc widownię na dwie części. Jedni nazywają film absolutnym arcydziełem, drudzy zaś posądzają go o przerost formy nad treścią.

Poznajemy Freddiego (Joaquin Phoenix) – weterana wojennego, który wraca do Ameryki. On i jemu podobni nie potrafią odnaleźć się w zwyczajnym świecie. Wojna bowiem całkowicie wypaczyła ich osobowości. Teraz rozbici, rozchwiani emocjonalnie, błądzą od miejsca do miejsca w poszukiwaniu normalności, z góry będąc skazanymi na porażkę. Freddie radzi sobie marnie; uzależniony od seksu i alkoholu, chwyta się każdej pracy, żeby tylko zarobić na kolejne uciechy. Sprowadzony niejako do poziomu żywej maszyny, przygarbiony, stłamszony, przetrawiony i wypluty przez wojnę, prowadzi to swoje mechaniczne, zwierzęce życie, kierując się jedynie instynktami prowadzącymi do zaspokajania najniższych potrzeb. Do czasu gdy los styka go z charyzmatycznym Mistrzem. Lancaster (Philip Seymour Hoffman), przywódca duchowy tajemniczej sekty, odnajduje w wykolejeńcu potencjał i bierze go pod swoje skrzydła. Obiecując odnalezienie celu w życiu oraz doznanie zupełnie nowych uczuć, wpuszcza Freddiego pod swój dach i skrupulatnie wprowadza go w tajniki Sprawy.

Od tej pory Anderson zaczyna prowadzić fenomenalną grę ze swymi bohaterami. Od pierwszego ich spotkania widać powstającą więź, obustronną fascynację, która z każdą sceną staje się silniejsza. Wszystko pokazane w sposób delikatny i niewymuszony, bez ciężkich akcentów i przesadzonych reakcji. Reżyser perfekcyjnie kreuje napięcie między postaciami, dopuszczając sceny niejednoznaczne, ale zachowując jednocześnie subtelność oraz maksymalną autentyczność.

Freddie początkowo jest dla Lancestera smokiem. Dzikim, gwałtownym, nieprzewidywalnym, ale w pewien sposób interesującym. Wystarczy go schwytać, okiełznać, udowodnić swoją siłę, aby zyskać sobie w nim posłuszeństwo. Freddie zaś potrzebuje mentora, punktu zaczepienia, który pozwoli mu odnaleźć jakiś sens. I chociaż nie rozumie, co się z nim dzieje, nie rozumie dlaczego ci dziwni ludzie każą mu robić te dziwne rzeczy, to jednak gdzieś podskórnie wierzy, że tak trzeba, że to jest potrzebne. Tak wielką bowiem charyzmę posiada Lancester. A Freddie miota się jak zwierz, walczy, próbuje się przeciwstawić i zbuntować, ale łańcuchy coraz mocniej go oplatają.

Joaquin Phoenix jest genialny. Już dawno nie widziałem go w tak znakomitej roli, być może najlepszej w jego życiu. Jego naiwność, prostota myśli nie wykraczająca dalej poza własny nos, niepewność w spojrzeniu, która w jedną sekundę może zmienić się we wrogość i nienawiść – wszystko to jest tak naturalne, że aż miejscami przerażające. Razem z równie świetnym Hoffmanem, Phoenix prowadzi aktorski pojedynek, którego wynikiem są sceny, na długo zapadające w pamięci. Wystarczy wspomnieć o fragmencie toczącym się w więzieniu, kiedy Freddie wpada w szał i wyrzuca swojemu mistrzowi zakłamanie. Pewność siebie Lancestera, nie dającego się wyprowadzić z równowagi, daje w tej sytuacji niezwykły efekt.

Wątek samej sekty zdaje się być na pierwszy rzut oka najsłabiej zarysowany. Anderson pozostawia tu mnóstwo niedopowiedzeń, nie tłumaczy widzom wszystkich sekretów, tak jakby sam wcale ich nie znał. Pytanie tylko, czy nie jest to efekt zamierzony, sugerujący widzowi zadanie sobie pytania, ile tak naprawdę mają nam do zaoferowania sekty/religie. Mimo wszystko reżyser operuje szczegółami, drobnymi elementami, takimi chociażby jak scena, w której na co dzień potulna, trzymająca się z boku żona Mistrza, zaczyna nad nim dominować. Składając te wszystkie fragmenty, w głowach widzów zaczynają się rodzić kolejne, liczne pytania, pozostające bez jednoznacznej odpowiedzi. Najciekawsze jednak wydają się pytania dotyczące samych relacji między Lancesterem a Freddiem. Czy dla Mistrza ten związek jest tylko eksperymentem, próbą sprowadzenia wykolejonego chłopaka na dobrą drogę, czy jednak kryje się za tym coś więcej, coś co zdaje się sugerować reżyser?

Całość rozgrywa się na tle wyśmienicie odwzorowanej Ameryki lat 50. Jak zwykle realia, w których rozgrywa się akcja filmu, w przypadku Andersona zarysowane są świetnie. Wystarczy wspomnieć o Aż poleje się krew. Subtelna muzyka Greenwooda, czasem stając się jednak nachalnie monotonna, wprowadza w przedziwny, jakby senny, hipnotyzujący nastrój. Reżyser jednak nie nuży, nie pozwala widzom na odpłynięcie, cały czas bowiem atakują nas mocne obrazy. Zresztą Anderson nie boi się szokować, potrafi zestawić obok siebie sceny przykuwające oko z takimi, które mogą nawet wywołać pewien niesmak. Ale twardo stawia na naturalizm pozbawiony zbędnych upiększeń, dodający filmowi silniejszego charakteru. W efekcie cała ta historia przedstawiona jest w niezwykle wysublimowany sposób, niemal każda scena stanowi dla widza gratkę.

Koniec seansu pozostawia pewien niedosyt, jakiś brak; może jedno czy drugie niedopowiedzenie Andersona jest tutaj główną przyczyną. Ale dzieło to nie zostawia widza w spokoju, przypomina o sobie jeszcze długo po jego obejrzeniu. Co najważniejsze jednak, z każdym dniem coraz mocniej go doceniam, odkrywając kolejne fascynujące elementy. Trudno ocenić ten film, ale jedno mogę stwierdzić już teraz: Mistrz to jak do tej pory zdecydowanie najlepiej zrealizowany i zagrany film roku.

Damian Drabik
http://simon-movie.blogspot.com/

Ptaszory i pędy bambusa - czyli, intrygujące już samą nazwą, warsztaty Michała Makary, w których mogliśmy uczestniczyć w...
11/12/2012

Ptaszory i pędy bambusa - czyli, intrygujące już samą nazwą, warsztaty Michała Makary, w których mogliśmy uczestniczyć w piątek w ramach XXII Mikołajków Folkowych w naszej Chatce.

Ale o co chodzi? Kojarzycie te modne ostatnio motywy drzew
i ptaków na ścianach, tatuażach, czy tapicerkach? Otóż, Michał w ciągu półtorej godziny nauczył nas (tak, też malowałam!), jak dwoma pędzlami (z sierści kozy) wyczarować te cuda na kartce z ryżu, serio. Używaliśmy do tego sztabki tuszu (ja po raz pierwszy w życiu), którą rozrobiliśmy w specjalnych pojemnikach z różnymi ilościami wody tak, że powstało nam kilka ciemniejszych i jaśniejszych odcieni czerni. No a potem to już chodziło o odpowiednie trzymanie pędzla (pionowe, albo poziome, zależy, czy się malowało liść, czy gałąź) i naciskanie nim na papier w odpowiedniej chwili.

Michał opowiedział nam w międzyczasie trochę o sobie i tajnikach tej sztuki. - Stawiam pierwsze kroki w malarstwie tuszowym. Nie skończyłem Akademii Sztuk Pięknych ani nic takiego, po prostu - kiedyś spróbowałem i to mnie wciągnęło. Jedna z dziedzin malarstwa tuszowego to malowanie czarno-białe. Używamy w nim odcieni tuszu czarnego koloru - jaśniejszych i ciemniejszych; oraz pędzli: suchych i mokrych. Jednym z tematów, mało popularnym z resztą, jest malowanie bambusów. Byli mistrzowie, którzy malowali tylko bambusy. Mi się na przykład to podoba - bambus jest taki męski, przeżyje wszystko. - Dodam od siebie, że poza tym, że jest męski, naprawdę nie tak trudno go namalować :)
- Uczę się, gdzie tylko można - przede wszystkim u profesora, który studiował w Chinach przed rewolucją kulturalną - czyli zdążył się nauczyć takich rzeczy, których nie zniszczyli komuniści. Dużą wiedzę przekazują mi też chińscy mistrzowie, staram się jeździć do nich na lekcje, spotkania poza granicami Polski. Więc można powiedzieć, że jestem samoukiem, ale mam mistrza, który mnie prowadzi. Tak naprawdę trzeba malować 20 lat, żeby stwierdzić, że się to robi dobrze. Może to robić każdy, bo każdy ma w sobie jakieś pokłady tego potencjału, trzeba je tylko uwolnić. Ja też nie mówię, że umiem malować tuszem, dopiero zaczynam. To jest tak, jak z babcią, mówi - nie, nie wyjdę z domu, jest ślisko i się przewrócę - no i wychodzi i się przewraca. W tej chwili znowu jest powrót - bo co ileś lat to wszystko się powtarza - babcie w tej chwili sięgają po jakieś kursy malowania i w ogóle. Kiedyś tak było, że się śpiewało, tańczyło, rysowało - nikt nie umiał tego robić, ale każdy to robił. W Polsce na pewno ta dziedzina sztuki nie jest za bardzo popularna, ale są ludzie, którzy się tym zajmują. Znam dobrze człowieka z Nowego Sącza - sam się uczył kaligrafować, z początku to było naśladownictwo, a teraz jest po pobycie w Chinach. Na youtubie ostatnio widziałem, jak maluje już takie wielkie obrazy. Ja skupiam się raczej na małych formatach, takich, które wszędzie pasują i można je powiesić nawet w toalecie. Naśladuję malarstwo antyczne - malarstwo ptaków i kwiatów. Ono jest teraz raczej traktowane, jako przestarzałe, w Chinach komuniści podczas rewolucji obcinali ręce artystom, którzy je uprawiali, bo chcieli czegoś bardziej nowatorskiego.
Profesjonalne narzędzia do malowania tuszem są dość drogie i trudno gdzieś na nie trafić, ale wszystko jest oczywiście gdzieś na allegro. Wszystko tu jest naturalne - papier ryżowy, włosie, bambus, tusz (produkowany z węgla drzewnego).

A, i najważniejsze - jeśli zobaczycie gdzieś kiedyś pseudonim Zhang Liang Yue, to pamiętajcie, że to Michał. I jeśli chcecie wiedzieć - w półtorej godziny namalowałam dwa obrazy (!) z bambusami - chińską techniką, chińskimi narzędziami, na chińskim papierze.
I wiecie - czuję, że obudziłam w sobie jakiś nieznany dotąd talent. chyba skończę z pisaniem i przerzucę się na pędzle i farby!

Karolina Gruszczyk

w niedzielę 9 grudnia odbyły się koncerty zespołów Lia Fáil, Niburta oraz roberto DELIRA & Kompanyoto fotorelacja:)
10/12/2012

w niedzielę 9 grudnia odbyły się koncerty zespołów Lia Fáil, Niburta oraz roberto DELIRA & Kompany
oto fotorelacja:)

09/12/2012

8 grudnia czyli trzeci dzień festiwalu Mikołajki Folkowe za nami. Było kolorowo, międzynarodowo i bardzo gorąco, mimo, że aura za oknem do tego nie nastrajała. Od samego rana na terenie Chatki Żaka można było wziąć udział w rozmaitych warsztatach i pokazach w ramach Klubu Festiwalowego, np. pieczenia szczodraków, tańca.

W sobotni wieczór czekał nas najważniejszy koncert tegorocznego festiwalu, dlatego też z każdą minutą robiło się coraz bardziej gwarno i tłumnie. Sala została wypełniona po brzegi. Niewiele po godzinie 19 na scenie pojawił się prowadzący i tym samym rozpoczęła się inauguracja Koncertu Głównego.

Jako pierwsze na scenie zaprezentowały się laureatki konkursu Sceny Otwartej czyli trio Sutari z Warszawy. Dla tych pań niemal każdy kuchenny przyrząd stanowi doskonały instrument. Byliśmy świadkami utworu granego przy akompaniamencie miksera, tarki oraz deski do krojenia. Oprócz takich nietypowych instrumentów, panie wierne są na szczęście także klasycznym instrumentom. Publiczność powoli zaczęła się odprężać , a jedna para nawet ruszyła do tańca. Oczywiście, trio musiało zabisować, widzom się przecież nie odmawia.

Następni na scenie, Hosoo & Transmongolia całkowicie odmienili atmosferę panującą na sali. Zespół, pochodzący z zachodniej Mongolii zabrał słuchaczy w niezwykłą muzyczną podróż przez góry Ałtaj, stepowe krainy. Mogliśmy usłyszeć jak brzmi tradycyjny śpiew höömii. Jest to śpiew gardłowy, bardzo intensywny. Co ciekawe, słuchając takiego śpiewu ma się wrażenie ,jakby słyszało się co najmniej kilka głosów. Zespół podkreśla swoje przywiązanie i harmonię jaka ich łączy z naturą. To wszystko słychać w muzyce, również za sprawą tradycyjnych instrumentów np. morin chuur – instrumencie strunowym z główką w kształcie końskiej głowy. Czterech panów ubranych także w tradycyjne stroje, dało ponad godzinny koncert, publika była oczarowana, toteż zespół odwdzięczył się bisem.

To nie był koniec emocji. Po krótkiej przerwie na złapanie oddechu, na scenie zaprezentował się zespół Lesja – zdobywcy drugiego miejsca w piątkowym konkursie. Zagrali dwie żywiołowe piosenki, a na koniec zaprosili na scenę panie z grupy Dobroto, aby razem wykonali wieńczący ich występ utwór.

Po ich mini koncercie swoje umiejętności krótko zaprezentował pan Maciek Lubaś – prowadzący warsztaty gry na didgeridoo, czyli trombie aborygeńskiej. Byłam pod olbrzymim wrażeniem gry na instrumencie, który jest większy niż przeciętny człowiek. Natomiast na scenie krzątała się już Orkiestra św. Mikołaja, jeden z najbardziej wyczekiwanych zespołów całego festiwalu. Widzowie pomalutku wracali na swoje miejsce, gotowi na dalszą zabawę. Grupa, dowodząca przez Bogdana Brachę sprostała oczekiwaniom publiczności. Ci zresztą nie ukrywali swojego ulubienia dla zespołu. Co rusz dało się usłyszeć zapewnienia o miłości do muzyki orkiestry jak i samych muzyków. Zespół istnieje od 1988 roku i wypracował własny, unikatowy styl, grając wyłącznie na instrumentach akustycznych, często na tych rzadko już używanych jak cymbały, mazanki oraz stosując archaiczną technikę wokalną tj. biały śpiew. Ich piosenki sprawiały, że człowiek się uśmiechał i miał ochotę potańczyć razem z innymi. Widownia bawiła się wybornie, klaskała w rytm, machała rękoma. O tak, ten koncert był bardzo udany.

W przerwie zapytałam kilka osób o wrażenia po koncertowe – „ Świetnie, co za energia ! ” , „Mogliby zagrać dłużej ” , „Ach, jak ja się cieszę, że są takie koncerty jak ten, naprawdę trudno jest o tyle dobrej, folkowej muzyki w jednym miejscu ! ” – to tylko kilka z nich.

Jako ostatni wystąpił najpopularniejszy i najwięcej nagradzany zespół w Polsce, Trebunie- Tutki. Niestety nie mogłam być na tym występie, ale myślę, że na pewno nie odbiegał poziomem od wcześniejszych.

Pragnę też dodać, że Mikołajki Folkowe to miejsce spotkań dla specyficznych i ciekawych ludzi. Dla ludzi, dla których folk to znacznie więcej niż tylko muzyka.

Paulina Gołębiowska

09/12/2012

W czwartek, 6 grudnia 2012 roku, rozpoczął się jeden z najbardziej prestiżowych festiwali muzyki folkowej w Polsce. Mikołajki Folkowe 2012 organizowane są przez Akademickie Centrum Kultury „Chatka Żaka” w Lublinie.

Drugiego dnia, w piątek o godzinie 14.45 miała miejsce scena otwarta festiwalu. Przez kilka godzin przed publicznością występowały zespoły z różnych części kraju, m.in.: Warszawy, Szczecina, Sopotu, Poznania czy Chorzowa. Ale nie zabrakło też gości z zagranicy, czego przykładem może być lwowski zespół, którego członkowie grają na niezwykłych instrumentach - Cherry Band.

Występy cechowała ogromna różnorodność; artyści raz prezentowali się publiczności w strojach ludowych, barwnych i przyciągających oko, innym razem zaś wyglądali jak typowi twórcy rockowi. Pokazuje to jedynie jak bardzo szerokim i zróżnicowanym gatunkiem jest folk, obecnie idealnie łączący w sobie elementy tradycji oraz nowoczesności. Nie zabrakło więc folk-rocka, czy folku nowoczesnego. Artyści bardzo płynnie przechodzili od energicznych wykonań, w czasie których nogi widzów same wybijały rytm, do utworów stonowanych, powolnych, wprowadzających w stan melancholii.

Niesamowite uczucie obcowania ze sztuką towarzyszyło nam od początku do samego końca, każdy zespół bowiem zaprezentował coś niezwykłego i wartego zapamiętania. Żywe reakcje publiczności tylko to potwierdzały. W połowie koncertu trudno było już znaleźć choćby jedno wolne miejsce na sali, a publiczność, na którą składali się ludzie w bardzo różnych przedziałach wiekowych – od dzieci, przez młodzież, po osoby starsze – ani myślała opuszczać koncert przedwcześnie. Każdy mógł znaleźć coś dla siebie.

Dodatkową atrakcją sceny otwartej był konkurs na najlepszy folkowy zespół zdaniem publiczności. Taki smaczek potęgował emocje zarówno wśród gości, jak i samych artystów, tym bardziej chcących zaprezentować się jak najlepiej. Wyniki konkursu przedstawimy już wkrótce.

Również prowadzący imprezę, który w czasie przerwy musiał zabawiać widownię, emanował pozytywnym humorem. Zdecydowanie należy więc pochwalić organizatorów za jakość ich pracy, która sprawiła, że wszystko odbyło się sprawnie, bez większych przeszkód oraz niepotrzebnych opóźnień. W takich imprezach chciałoby się uczestniczyć jak najczęściej.

Patryk Błaszczak

09/12/2012
08/12/2012

XXII Mikołajki Folkowe

6 grudnia o godzinie 19:00 na mikołajkowej scenie Ad Hoc zagrał lubelski zespół Black Velvet Band w składzie: Xymena
(wokal / skrzypce), Jaromir (wokal), Darek (gitara
elektryczna / mandolina), Marcin (gitara akustyczna / wokal), Flavio (gitara basowa) i Jarek (perkusja).

Co gracie?

Generalnie ciężko sprecyzować i jednoznacznie określić. Nasze obszary zainteresowań są szerokie. Jesteśmy gdzieś między heavy folkiem a folk and rollem. Próbujemy jakoś to ze sobą pogodzić. W oddali jest też etno rock. To co gramy określamy mianem ufolku. Jest to muzyka ludzi z Marsa. Ktoś kiedyś powiedział, że jak Jarosław śpiewa i ma te wysokie rejestry jest nieziemski. Faktycznie jest w nas jakiś element marsjański.

Od kiedy razem gracie?

Zaczynaliśmy w 2008 roku, kiedy to spotkaliśmy się z takim panem Piotrem i stwierdziliśmy, że pójdziemy wypić piwo. Wypiliśmy oczywiście trochę za dużo i postanowiliśmy, że będzie zespół.
To uznajemy za powstanie Black Velvet Band. Na początku 2009 roku pojawiła się nazwa, kolejni muzycy i zaczęło się robić trochę poważniej. Aktualny skład uformował się w 2011 roku. Xymena pojawiła się na początku 2010 roku, Jarek pod koniec 2009.

Skąd pomysł na nazwę?

Black Velvet Band to stara irlandzka piosenka. My zaczynaliśmy jako irlandzcy muzycy. Graliśmy takie tematy. Wraz z dojściem nowych członków muzyka zaczęła ewoluować. W tej chwili mówimy Black Velvet Band raczej w odniesieniu do tej ciemnej strony tekstów. To nie są teksty radosne, tylko smutne, dające do myślenia, trochę bardziej refleksyjne. A Velvet, przepaska
z aksamitu - tak można to interpretować, bo każdy czasem
w życiu ma taką na oczach. I jest jeszcze dobra whisky o takiej nazwie.

Graliście już wcześniej w Chatce Żaka?

My gramy tutaj praktycznie co tydzień bo tu mamy próby. Chatka Żaka to nasze środowisko naturalne. Jeszcze dawno, dawno temu, bo w 2010 roku graliśmy tutaj koncert (też na scenie
Ad Hoc). Z tego składu, który tutaj jest były tylko trzy osoby.

Muzyka, którą gracie nie jest bardzo popularna? Spodziewaliście się tylu osób na koncercie?

Jesteśmy zadowoleni z frekwencji i widzimy tendencję wzrostową. Fani na pewno spełnili nasze oczekiwania. Kiedyś ktoś mądry ze sceny krzyknął do 10 osób na sali– nie w ilości jest siła, tylko
w tym jak się ludzie bawią, jak odbierają muzykę. Gdy patrzę na publiczność, jak buja się w rytm muzyki, próbuje coś tam sobie nucić po nosem - to jest fajne. Dalibyśmy taki sam czad jakby było 5 osób.

Kiedy następny koncert?

Teraz przymierzamy się na koniec świata. 21 grudnia, Tawerna Tortuga. Serdecznie ich pozdrawiamy. Naprawdę jest tam bardzo fajny klimat i dobre piwo dlatego chętnie u nich wystąpimy. Będziemy tam musieli zagrać akustycznie, żeby nie zawalić tego czegoś. Akustycznie bo byłoby smutno gdybyśmy zabili siebie
i kilku innych ludzi, którzy przyjdą na ten koncert, a okazało się, że żadnego końca świata nie było. Wtedy wyjdziemy na frajerów więc postaramy się tak nie zrobić. Jeśli koniec świata nie nastąpi
i Majowie się mylili to bardzo prawdopodobne, że uda nam się
w lutym wyjechać do Chełma, czyli daleko, daleko, daleko. Zagramy z Percivalem Schuttenbachem. Bardzo się z tego cieszymy i chcemy wprawić w osłupienie publikę, która przyjdzie na Percivala. Myślę, że niewielu będzie nas znało dlatego chcemy dać czadu (tak jak wszędzie).

Czego Wam życzyć na przyszłość?

Fajniejszego dywanu dla perkusisty i przynajmniej dwóch technicznych, którzy by tachali za niego cały ten majdan. Może ktoś chce być naszym technicznym? Właśnie jest nabór, obiecujemy paczkę ogórków na miesiąc. A tak serio, czego możecie nam życzyć? Żebyśmy w końcu nagrali pełną płytę, bo takie są zamierzenia. Jak słyszałyście kawałków jest w tej chwili gotowych dwanaście, będzie jeszcze więcej bo pracujemy nad nowymi utworami. Chcielibyśmy więc wejść do studia, nagrać płytę, zacząć wielką ekspansję i wyjechać z Lubelszczyzny – podbić inne województwa.

Informacje o zespole znajdziecie na: http://www.facebook.com/blackvelvetbandpl?ref=ts&fref=ts, a tu coś na temat Mikołajek Folkowych: http://mikolajki.folk.pl/.


Rozmawiały Katarzyna Kiryczuk i Natalia Cherubin

band contact & booking:
priv

07/12/2012

KONCERT CHARYTATYWNY

Chcemy pomagać! Jesteśmy grupą która relacjonuje sztukę, rozwój kultury w lubelskim otoczeniu. Nie możemy jednak pozostać obojętni na tych którzy potrzebują naszej oraz waszej pomocy.

Dzisiaj odbył się w domu kultury "Bronowice" charytatywny "Wieczór mikołajkowy". Mogliśmy zobaczyć wielu młodych artystów. Wystąpiły dwa kabarety "Wyjście Awaryjne" oraz "Fifa-Rafa", zaśpiewała Karolina Madej, posłuchaliśmy Miłosza Matuszewskiego, a także rock'owego zespołu CrankHause. Mocnym zakończeniem popisali się w hip-hopowym wydaniu chłopaki: Sampel, Pepe i Ravion.

Ta impreza była jednak szczególna. Ze względu na jej cel. Pomoc dla Kuby! ( http://www.facebook.com/POMAGAMYKUBIE?fref=ts ) -Najważniejsza dzisiejszego wieczoru była altruistyczna pomoc- słyszeliśmy głosy od zebranych gości.
W czasie imprezy rozstawiona była aparatura w której każdy pełnoletni, chętny uczestnik, mógł oddać krew do przebadania by w przyszłości zostać dawcą szpiku. Ponieważ właśnie szpiku potrzebuje obecnie chory na białaczkę, 18-letni Jakub Górzyński!

- Na początku był mały odzew od ludzi ale z dnia na dzień akcja coraz bardziej wzrasta. Z każdym dniem dostajemy coraz więcej maili, telefonów, od ludzi którzy chcą pomóc. Nadal jednak nie jest nas wystarczająca ilość, nadal szukamy zgadzającego się szpiku
- mówiła Aneta Suska, jedna z organizatorek dzisiejszego wieczoru.

Udało mi się także porozmawiać z jednym z artystów dzisiejszej sceny mikołajkowej, Miłoszem Matuszewskim. Powiedział on, że z całego serca popiera tego typu akcje i bez wahania bierze w nich udział. Na koniec zaapelował by zgłaszać się do Centrum Krwiodawstwa w Lublinie w celu oddania krwi.

Reasumując, my jako grupa Art Busters również nie chcemy być obojętni na los młodego chłopaka. Również apelujemy byście poświęcili dziesięć minut swojego życia oddając krew.
Wasze dziesięć minut może dać Kubie kilka lat.

Więcej informacji na stronach:
http://www.pomoc-dla-kuby.pl/
http://www.rckik.lublin.pl/
oraz http://www.facebook.com/POMAGAMYKUBIE

07/12/2012

Prezentujemy Wam kolejny przegląd lubelskich nowości filmowych. Jeśli chcecie wiedzieć, co nowego grają kina w naszym mieście, zapraszamy do lektury.

Na pierwszy rzut zaglądamy do Cinema City, w Plazie.

Frankenweenie 3D

Opis:
Młody Victor nie może pogodzić się ze stratą najlepszego przyjaciela, jednak podczas lekcji fizyki dowiaduje się, że jest jeszcze nadzieja. Wykorzystując moce nauki, udaje mu się przywrócić Sparky'emu życie. Chłopiec obawia się jednak, że jego pupil w nowym obliczu może wywołać przerażenie wśród okolicznych mieszkańców, więc ukrywa jego istnienie. Okazuje się to jednak bardzo trudne.

Co o nim wiadomo?
"Frankenweenie" to już drugi, po "Mrocznych Cieniach", film Tima Burtona, który możemy oglądać w 2012 roku. O ile jednak wtedy mieliśmy do czynienia z produkcją aktorską, o tyle tym razem twórca "Edwarda Nożycorękiego" oddaje widzom animację. Jest to remake filmu krótkometrażowego, zrealizowanego przez Burtona w 1984 roku. Jeśli lubicie zakręcone, mocno familijne, ale nie pozbawione domieszki horroru produkcje tego twórcy, to "Frankenweenie" jest zdecydowanie filmem dla Was.

Gdzie?
Cinema-City
Kiedy?
Cały tydzień.

Żądze i pieniądze

Opis:
Beth rzuca karierę striptizerki na Florydzie i rusza na podbój Las Vegas, podejmując pracę w kasynie. Jej niezwykły talent do liczb i nietuzinkowa uroda zwracają uwagę Dinka - speca od zakładów bukmacherskich. Proponuje Beth posadę u siebie.

Co o nim wiadomo?
Bruce Willis nigdy nie ma dość. Zamiast zwolnić na starość, występuje coraz częściej. Tylko w 2012 roku zagrał w aż sześciu filmach. "Żądze i pieniądze" po niemal roku od światowej premiery trafiają do polskich kin, wcześniej nie odnosząc większego sukcesu. Czy zatem film ten podbije serca polskich widzów?

Gdzie?
Cinema-City
Kiedy?
Cały tydzień.

Zabić, jak to łatwo powiedzieć

Opis:
Historia trzech facetów, tak głupich, że wydaje im się, że są w stanie ograć w pokera nowoorleańską mafię, tak żeby nikt tego nie zauważył. Jednak gdy mafia traci płynność finansową, nie może to ujść cwaniakom na sucho. Do akcji wkracza bezwzględny najemnik, Jackie Cogan, który musi znaleźć złodziei i przywrócić "stabilność gospodarczą" w półświatku.

Co o nim wiadomo?
Polscy dystrybutorzy znów nie popisali się, jeśli chodzi o tłumaczenie tytułu. Mimo wszystko film nie powinien odstraszać, bowiem posiada wiele atutów. Pierwszy z nich, to reżyser - Anrew Dominik, twórca znakomitego "Zabójstwa Jesse'ego Jamesa przez tchórzliwego Roberta Forda". Kolejną zaletą jest znakomita obsada z Bradem Pittem na czele. Ostateczną zachętą powinien być zaś fakt, że film zebrał całkiem przychylne opinie, podczas wyświetlania go na tegorocznym festiwalu w Cannes.

Gdzie?
Cinema-City
Kiedy?
Cały tydzień.

A co nowego w kinie Bajka?

Mistrz

Opis:
Historia spotkania wizjonera, który głosi, że odkrył zagadkę istnienia i człowieka, który mu uwierzył i zaczął ślepo wypełniać jego polecenia. To opowieść o pragnieniu władzy i miłości, o mrokach ludzkiej duszy i odwiecznej tęsknocie za swoim miejscem na ziemi.

Co o nim wiadomo?
"Mistrz" zbiera bardzo skrajne recenzje. Jedni nazywają go arcydziełem, inni zarzucają mu przerost formy nad treścią. Pewne jest jedno, od strony technicznej film stoi na najwyższym artystycznym poziomie. Nic w tym dziwnego, bowiem za kamerą dzieła stał jeden z najlepszych i najważniejszych współczesnych reżyserów - Paul Thomas Anderson, twórca głośnego "Aż poleje się krew". Do tego dochodzi wybitna rola Joaquina Phoenixa, który już teraz wymieniany jest wśród faworytów do Oscara. To trzeba obejrzeć.

Gdzie?
Kino Bajka
Kiedy?
Cały tydzień.

Anna Karenina

Opis:
Rosja roku 1880. Młoda i piękna Anna jest żoną Aleksieja Karenina, wysoko postawionego urzędnika. Wiedzie ustabilizowane życie, dzieląc czas między wychowywanie syna, a życie towarzyskie w gronie petersburskich elit. Jednak kiedy poznaje przystojnego hrabiego Wrońskiego, jej dotychczasowe życie zmienia się radykalnie.

Gdzie?
Kino Bajka
Kiedy?
Cały tydzień

Tymczasem w Kinie studyjnym Chatki Żaka.

Chińczyk na wynos

Opis:
Świetny pomysł, aż trudno uwierzyć, że nie jest wymysłem scenarzysty. Początek to prawdziwe wejście smoka, a właściwie krowy, spadającej z nieba na łódkę z zakochaną parą. Dalej też jest niebanalnie. Ocalały z tej niecodziennej katastrofy Chińczyk trafia do Argentyny. Nie zna języka, wie tylko tyle, że mieszka tam jego wuj. Przypadek sprawia, że zaopiekuje się nim pewien dziwak i odludek, nieznający z kolei chińskiego. Jakoś jednak muszą się porozumiewać i prowadzić zarazem poszukiwania tajemniczego wujka. Oto wyzwanie dla scenarzysty, żeby uczynić tę historię dwójki bohaterów, z których każdy mówi tylko w swoim języku, zrozumiałą dla widza. Scenarzysta i reżyser dobrze wywiązali się z tego zadania, tworząc oryginalne, sprawnie opowiedziane kino.

Gdzie?
Chatka Żaka - Kino studyjne
Kiedy?
Poniedziałek 10.12.2012

Tej nocy będziesz mój

Opis:
Ten film powinien uwieść młodą widownię. Rzecz dzieje się w trakcie muzycznego festiwalu. Zjeżdżają się tłumy młodych ludzi spragnionych dobrej zabawy i muzycy przymierzający się do wielkiej kariery. Para muzyków – on i ona – z konkurencyjnych grup wszczynają na dzień dobry awanturę. Przejeżdżający przypadkiem obok kaznodzieja skuwa oboje kajdankami i… znika. Są na siebie wściekli, ale też zdani na swoje towarzystwo. Ta sytuacja nie wzbudza oczywiście entuzjazmu u towarzyszących im partnerów. Skuci kajdankami muszą stawić czoła kłopotliwym sytuacjom: wizyta w toalecie, prysznic, wspólne łóżko. Tej nocy wiele par, które przyjechały na festiwal, rozstanie się, powstaną nowe związki. Jeden z góry jest skazany na sukces. Dodatkowa uczta dla uszu – mnóstwo świetnej muzyki.

Gdzie?
Chatka Żaka - Kino studyjne
Środa 12.12.2012

Adres

Lublin

Ostrzeżenia

Bądź na bieżąco i daj nam wysłać e-mail, gdy Art Busters umieści wiadomości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu i możesz zrezygnować z subskrypcji w dowolnym momencie.

Skontaktuj Się Z Firmę

Wyślij wiadomość do Art Busters:

Udostępnij