10/12/2015
KANTOR NOW odsłona Lubelska zakończona ! DZISIAJ zaczynamy prezentacje w CRICOTEKA w Krakowie ! Na początek SŁAWEK BENDRAT i KAROL TYMIŃSKI !
zobacz co ostatnim dniu MAAT FESTIVAL w Lublinie napisała Marta Seredyńska:
dzień festiwalu
Ostatni dzień festiwalu to już nieco mniej wrażeń – w końcu na pożegnanie nie można przeciążać percepcji, która i tak została wystawiona na próbę. Cztery dni festiwalu: dziewięć produkcji, a do tego filmy o rezydentach, festiwalu, Days for Dancing… Ten bardzo intensywny czas za chwilę powtórzy się w Krakowie – wszystkie spektakle zostaną bowiem zaprezentowane w Ośrodku Dokumentacji Sztuki Tadeusza Kantora CRICOTEKA. Ciekawe, jak tam odebrane zostaną interpretacje i nawiązania do Mistrza w zderzeniu ze współczesnym tańcem?
Umarła klasa kojarzy się ze szkolnymi ławkami, z powrotem do wspomnień, do dzieciństwa. Jako jedyna podczas tegorocznej edycji festiwalu w sposób dosłowny do Kantora odwołała się Magdalena Tuka. Na scenie kartony, na których wyświetlane są zdjęcia – obrazy nagich ciał, symbolu traumy przeszłości, przemocy. Można domyślać się, że są one przywołaniem dawnych zdarzeń, szczególnie przychodzi na myśl skojarzenie z wojennymi doświadczeniami. Nie wiadomo jednak czy uniwersalizować je, czy dotyczą one życia tytułowej bohaterki spektaklu – Madeleine. Na scenę wchodzi ubrana w kostium, przypominający szkolny mundurek, na głowie beret, w rękach teczka – wygląda niczym uczennica zasiadająca w szkolnej ławce. Powoli wyciąga książkę, z największym namaszczeniem kładzie ją na kartonie, potem znów chowa – każdy gest jest tu wykonywany precyzyjnie. Z offu słyszymy narrację, mówiącą o tym, kim jest dziewczyna, jaka jest jej historia. Przeplatana jest ona seriami głośnych dźwięków – odgłosami bombardowań, które doprowadzają do zagłady. Madeleine rozbiera się, wykonuje różne pozycje korespondując z projekcją zdjęć, eksponując swoje ciało jako symbol zniszczenia, ale też lęku. Dużo jest w pracy Magdaleny Tuki niejasności, niespójności, ale także dosłowności w inspirowaniu się Kantorem. Jako jedyna postanowiła także stworzyć dzieło oparte na narracji, z wyraźnie zarysowaną historią fabularną, o której opowiada. Mam jednak wrażenie, że jest to cały czas konstrukcja otwarta – gotowa na modernizacje i dopisywanie kolejnych sekwencji.
Zupełnie inaczej zaprezentował Karol Tymiński w Play. Ground. Na scenie sznur nadmuchanych różowych balonów – wyglądający niczym wystrój sali zabaw, kojarzący się z weselami lub dziecięcymi uroczystościami. Artysta zdecydowanie odwołuje się do tych drugich. Siedzi na scenie ubrany w biały strój z wyraźnymi różowymi plamami. Wygląda niczym małe dziecko pozostawione same sobie, bez opieki, bez nadzoru. Istotnie tematem pracy są tu zachowania dziecięce – Tymiński perfekcyjnie przechodzi przez różne stany, pokazuje zarówno wady i zalety bycia dzieckiem; radości, zainteresowanie światem zewnętrznym, smutki i złość, agresję i zamknięcie się w sobie. Momentami wycofany i skupiony na swoim ciele, innym razem bardzo ekspresyjny. Choreografia, którą tworzą inspirowane dziecięcością gesty rozprzestrzenia się na całą scenę – performer w pewnym momencie przechodzi przez balony, które pękają. Czyżby świat dziecka był jak i one – nietrwały? W pewnym momencie ściąga też (choć nie całkiem) spodnie i bluzkę – okazuje się, że jego ciało jest całe różowe, kiedy wykonuje ruchy w parterze farba odbija się także na białej podłodze. Tymiński wygląda tu niczym dziecko, które jeszcze nie przyszło na świat, a jednocześnie jak nadludzki stwór, przebijający swym ciałem kolejne balony. Nic nie trwa wiecznie, z każdego stanu się wychodzi, w tym przypadku wyrasta, choć nie każdemu się to udaje w pełni. Nie widzimy, co dzieje się dalej z postacią na scenie – czy nadal bawi się sam ze sobą, czy może ten czas już minął? To zależy od jednostki, Tymiński pokazuje jedynie fragment procesu i stanu dziecięcości, który przybrać może także inne formy.