07/10/2026
Rok 1985, Huntington Park, Los Angeles, Stany Zjednoczone. W małej, obskurnej piwnicy, trwa próba zespołu Slayer. Chłopaki są już po wydaniu dwóch płyt długogrających, EP-ki i stosunkowo surowej w brzmieniu koncertówki. W ich salce prób nie ma ściany Marshalli ani jakiegoś topowego sprzętu nagłaśniającego. Są za to trzy oldschoolowe wzmacniacze, ustawiona na podeście perkusja z dwiema centralami, stara kanapa i walające się bezładnie butelki po piwie. Wokalista Tom Araya drze gębę w próżnię, gitarzyści Kerry King i Jeff Hanneman moshują w rytm nadawany przez szalejącego za perkusją Dave’a Lombardo. Sciśnięta w kącie grupka kumpli podryguje, macha łbami, unosi w górę ręce. Fajna impreza.
Za chwilę tę całą gówniarską bandę przejmie niejaki Rick Rubin, szef nowopowstałej wytwórni Def American, producent muzyczny, który dotychczas kręcił za stołem… Run D.M.C., Beastie Boys i LL Cool J’a. Hip-hopowy producent i ekipa szalonych metalowców? Brzmi jak doskonałe połączenie, prawda? Chłopaki grają jak na próbie, razem, w jednym pomieszczeniu. Pierwsze co Rubin robi z numerami Slayera, to likwiduje jakiekolwiek pogłosy z gitar, bębnów i wokali. Rzecz, która w zasadzie od zawsze była nieodłącznym elementem kultowych płyt heavy metalowych i która - zdawać się mogło - dodawała złowieszczości pierwszym dwóm płytom Slayera, znika kompletnie. Krok wydaje się być radykalny. Czy ten gość w ogóle wie, co robi? Brzmieniowa rewolucja w efekcie jeszcze bardziej brutalizuje muzykę kalifornijskiego kwartetu. Riffy są ostre jak żyletka, precyzyjne niczym skalpel, solówki wyją jak mechaniczne piły, werble wbijają się w mózg, niczym najostrzejszy z gwoździ, przy wtórze ciężkich i twardych central. A do tego przerażające, zwierzęce ujadanie Arayi - jakby te wszystkie okrucieństwa i plugastwa które wypluwa do sita mikrofonu, były wtłaczane przez jakieś nowoczesne, medyczne urządzenie, wprost do narządów słuchu. Rubin wysterylizował Slayera a brak doświadczenia w metalu, okazał się atutem. Facet jednym, precyzyjnym ruchem odciął niepotrzebną narośl, zostawiając tylko to, co było niezbędne. Tak aby ich nowe utwory dotarły w jak najbardziej bezpośredni i bezczelny sposób do mózgów słuchaczy. I zostały w nich na zawsze, przy okazji wyznaczając nowy trend w produkcji ekstremalnej muzyki na kolejne dekady.
28 minut muzyki. 10 utworów. Najpierw bezduszny raport z obozu zagłady. I najgenialniejsze solo perkusyjne w całej historii metalu. Tak, mowa o 4 minucie i 24 sekundzie “Angel of Death”. Całość trwa raptem 4 sekundy. Trzeba być geniuszem, żeby zagrać taki break, w takim miejscu, w ten sposób, używając w zasadzie jedynie dwóch central i dwóch kotłów na koniec. Nie mówcie mi proszę że to nic. Każdy, cholera, zna ten motyw. Co drugi z kolei zakrzyknął po jego usłyszeniu “o k%!”. Mam rację, nie? Potem “Piece by Piece”, w zasadzie prototyp death metalu a’la d-beat. I znowu ten szalony Lombardo. Gość gra bez metronomu, bez pilot-tracka, a zawstydza niejednego “maszynistę”. Na wysokości trzeciego z kolei “Necrophobic” wydaje się, że chłopaki po prostu się ze sobą ścigają. Albo próbują dogonić perkusistę, który jedynie na chwilę zwalnia, żeby obejrzeć się gdzie jest reszta. I tak przez całą płytę. W pewnym momencie masz już wrażenie, że pasek od Twojego gramofonu zbiegł się od wilgoci i płyta kręci się zwyczajnie za szybko. Dopiero pod sam koniec - wytchnienie. O ile da się jakkolwiek odpoczywać z toną cegieł na klatce piersiowej. Gitary jęczą potępieńczo, pada krew. Ale znów: maestro Dave. Z gracją jaskiniowca wali w kotły, jakby zapraszał na jakiś tajemniczy rytuał. Choć to chyba bardziej ostateczne złożenie ofiary, wrzucenie jej do bulgoczącego wulkanu. King z Hannemanem wygrywają jeden z najbardziej ikonicznych riffów w historii metalu. Na przekór wszelkim muzycznym teoriom, kreśląc muzyczny elementarz, wyrywając z niego zaciekle strona po stronie.
Dokonało się. Świat już nigdy nie był taki sam.
Najbardziej fascynujące jest to, że równo po 40 latach od premiery, “Reign In Blood” wciąż totalnie niszczy. To nie jest rzecz, na której cokolwiek się zestarzało. Nic tu nie brzmi archaicznie. Nic nie śmierdzi stęchlizną. Zamiast tego mamy zapach czystej sali operacyjnej i świeżo odkażonej stali chirurgicznej. Skromne 28m2, rozświetlone blado-białą jarzeniówką, przeraża bardziej, niż przepastne lochy pełne czaszek, kości i szczurów. Zwłaszcza podczas tak brutalnej wiwisekcji, jaka się tu za każdym razem dokonuje.