27/12/2025
ŚWIĘTA
Soren spędzał święta w domu rodzinnym. Ten sam stół....te same talerze....te same historie opowiadane co roku z drobnymi korektami - jakby pamięć też podlegała redakcji.
Był obecny. Uprzejmy. Uśmiechał się w odpowiednich momentach.
A jednak czuł się, jakby wisiał.... nieco obok własnego ciała. Patrzył na wszystko z zewnątrz, z innej perspektywy, jakby z innego wymiaru.
Nie potrafił wyjaśnić, dlaczego tegoroczna Wigilia była dla niego trudniejsza niż inne dni. Przecież nic złego się nie działo. Było ciepło. Było bezpiecznie. Było „normalnie”. Było "jak zawsze".
A mimo to w środku trwało zawieszenie.
Myślał o Elenie w sposób, który go samego zaskakiwał — nie obrazami, nie wspomnieniami. Raczej uczuciem, które jeszcze nie miało formy. Jakby ktoś w jego duszy zapalił światło.... w pokoju, do którego dawno nie zaglądał.
Miłość jest cierpliwa — pomyślał nagle, zupełnie nie wiedząc dlaczego.
Znał to zdanie. Oczywiście, że znał. Każdy je znał. A jednak teraz brzmiało inaczej. Jakby dotyczyło czegoś bardzo konkretnego, a jednocześnie zupełnie nieuchwytnego.
Nie widział przyszłości w jasnych barwach, nie czuł jeszcze nadziei. Raczej zarejestrował poświatę , niczym odwróconą gwiazdę — taką, która świeci do środka.
Nie planował nic.
Nie podejmował decyzji.
Ale pierwszy raz od dawna nie chciał uciekać.
Wieczorem, po kolacji wigilijnej, wyszedł na chwilę na zewnątrz. Zimne powietrze było ostre, trzeźwiące. Spojrzał w niebo i pomyślał, że miłość nie jest ruchem naprzód ani wstecz. Jest raczej gotowością, żeby zostać w miejscu, które jeszcze nie jest wygodne.
Elena spędzała święta ze swoją rodziną. Też był stół....też rozmowy....też zapachy świątecznej radości.
I też było w niej napięcie — tyle że nie wisiało w powietrzu, tylko czuła je pod skórą.
W Wigilię czuła wewnętrzny spór. Jakby kilka wersji jej samej naraz próbowało dojść do głosu.
Jedna chciała być spokojna.
Druga była potwornie zmęczona.
Trzecia gotowa odejść bez oglądania się za siebie.
Czwarta — najbardziej uparta — po prostu czuła....nie to, co chciała, ale była gotowa zaryzykować wszystko
Czuła brak. Nie dramatyczny. Zwyczajny. Taki, który boli najbardziej.
Był moment, kiedy pomyślała, że mogłaby to wszystko zostawić. Ten schemat. To czekanie. To „może”.
Ale Księżyc nie dawał prostych odpowiedzi. Zamiast nich podsuwał intuicję, sny, wewnętrzne obrazy. Przypominał, że nie każda droga ucieczki jest drogą wolności.
W nocy długo nie mogła zasnąć. Leżała w ciszy, która tym razem nie była pusta.
Była pełna niewypowiedzianych zdań. Nawet wzięła telefon....była gotowa zadzwonić....tylko po to, żeby usłyszeć jego głos.... ale zdała sobie sprawę, że on też mógłby zadzwonić, gdyby chciał....
może nie chciał,
może nie był gotowy,
może dla niego to za dużo.
Miłość wszystko znosi — przyszło jej do głowy.
I zaraz potem inne zdanie, cichsze, prawdziwsze:
ale nie wszystko musi dźwigać sama.
W Boże Narodzenie coś w niej zmiękło.
Nie było przełomu. Nie było decyzji.
Była zgoda na to, co jest — bez zdradzania siebie.
W to Boże Narodzenie, w dwóch różnych domach, przy dwóch różnych stołach, w dwóch różnych rodzinnych rozmowach, to samo uczucie dojrzewało osobno.
Soren nauczył się w te święta, że milczenie nie zawsze chroni.
Elena zrozumiała, że czekanie nie musi oznaczać rezygnacji z siebie.
Nie rozmawiali, nie napisali do siebie długich wiadomości.
Nikt nie składał wielkich deklaracji.
Ale w tym samym czasie oboje pomyśleli:
Jeszcze tu jestem.... więc może jest w tym jakiś sens.