08/06/2026
🫶
Na wstępie dziękuję całej ekipie dUb Foundation Polska za piękną akcję, artystom i uczestnikom koncertów. które odbyły się 3.06.26 w Krakowie pod hasłem, Gramy Dla RazTaMamy. Pieniążki z tego wydarzenia zostaną przekazane na https://pomagam.pl/raztamama aby wszystko było klarowne. Zbiórka zostaje aktywna z dwóch powodów: 1. mam świetny sposób do informowania moich Darczyńców o stanie zdrowia, 2. akcja się dopiero rozkręca i już wiem, że potrzeby się niestety nie kończą, ale co dokładnie jeszcze przede mną, nie wiem. Dziękuję osobie, która wylicytowała mój mikrofon na FB i uratowała terminy badań i wizyt lekarskich - obiecałam, że nie zdradzę tożsamości, ale zdradzę, że ta osoba nie przyjęła ode mnie mikrofonu, co jest potężnym gestem według mnie. Mam w ogóle ogrom dobra w swoim kierunku, to jest niezwykle ważne, bo choć całe życie lepiono trochę ze mnie nieśmiertelną, ja bywam po cichu bardzo słabym człowiekiem, trochę przygniecionym obawą przed okazaniem słabości. I tutaj interpretacja, mojego dzisiejszego snu, który mnie rozwalił, rozkleił i wzruszył, bo zapamiętałam każdy szczegół i postanowiłam poszukać symboli w zabobonnych sennikach babć i kurczę.. lepiej się tego wszystkiego nie da opisać.
Przyśniła mi się ogromna burza. Nie była to zwykła letnia nawałnica, ale potężna, niepokojąca siła, która budziła poczucie zagrożenia. Wraz z rodziną obserwowałam ją przez okno. W pewnym momencie piorun nie uderzył i nie zniknął jak zwykle. Został uwięziony w wirze przypominającym małe tornado, po czym przedostał się do domu. Nie niszczył wszystkiego wokół. Był po prostu obecny. Buczał, błyskał i nie pozwalał o sobie zapomnieć. Zamknęliśmy go w szafie, a on trwał tam przez całą noc.
Patrząc na ten sen z perspektywy mojego życia, piorun wydaje się symbolem czegoś, co od dawna jest obecne w mojej codzienności. Nie jest to jednorazowe wydarzenie, lecz problem, którego nie można po prostu usunąć. Towarzyszy mi każdego dnia i każdej nocy. Jest jak choroba, leczenie, niepewność, zmęczenie, lęk o przyszłość, finanse i wszystko to, co od miesięcy noszę na swoich barkach.
Najważniejsze jest jednak to, że sen nie pokazuje katastrofy. Nikt nie ginie. Dom nie zostaje zniszczony. Nie dochodzi do tragedii. Pokazuje natomiast długą noc, podczas której trzeba przetrwać i chronić najbliższych.
Szczególnie poruszający jest obraz mojego synka, śpiącego w pokoju obok uwięzionego pioruna. We śnie nie skupiam się na sobie. Skupiam się na nim. Tak jak w życiu, nawet w środku własnych problemów najbardziej martwię się o swoje dziecko. O to, jak zniesie moje leczenie, rozłąkę podczas izolacji, zmiany i trudności, które przechodzimy jako rodzina.
Rano piorun nie wybucha. Nie niszczy świata. Po prostu odchodzi dalej.
To bardzo ważny symbol.
Ten sen nie mówi o końcu. Mówi o przetrwaniu.
Pojawiające się później dwa czerwone słońca przypominają obraz przeciążenia. Jakby wszystkich problemów było jednocześnie za dużo. Choroba, leczenie, zmęczenie, strach, rozstanie, obowiązki i finanse. Każdy z tych tematów jest tak intensywny, że trudno na niego patrzeć. Razem tworzą obraz świata, który wydaje się chwilowo zbyt ciężki do udźwignięcia.
W śnie pojawiają się również ptaki szukające schronienia oraz wspomnienie konia ukrytego w tornado. Nie odbieram ich jako przypadkowych symboli z sennika. Są częścią mojego życia. Przez lata ratowałam konie. Pomagam ptakom. Zawsze byłam osobą, która opiekowała się słabszymi, rannymi lub potrzebującymi pomocy.
Być może właśnie dlatego ten sen niesie jeszcze jedno przesłanie.
Przez wiele lat byłam tą, która chroniła innych.
Teraz sama znalazłam się w miejscu, w którym potrzebuję wsparcia.
I być może najtrudniejszą lekcją nie jest walka z burzą, lecz pozwolenie innym, by przez jakiś czas chronili również mnie.
Końcowy fragment snu, w którym przypadkowo przewracam czyjeś przedmioty na targu i obawiam się konsekwencji, przypomina mi o poczuciu odpowiedzialności, które noszę każdego dnia. O lęku, że mogę zawieść, sprawić komuś problem lub nie sprostać oczekiwaniom. To uczucie towarzyszy mi również na jawie.
Gdy patrzę na cały ten sen jako całość, widzę historię kobiety zmęczonej wielomiesięczną walką, która mimo własnego cierpienia nadal przede wszystkim myśli o bezpieczeństwie swoich bliskich.
Widzę osobę, która nie poddała się burzy.
Widzę osobę, która czuwała przez całą noc.
I widzę poranek, który mimo wszystko nadszedł.
Być może właśnie to jest najważniejsze przesłanie tego snu:
Burza jest ogromna, ale nie jest większa ode mnie.
A nawet po najdłuższej nocy przychodzi świt.
Na samym końcu snu pojawia się jeszcze jedna postać — dziewczynka, której nie lubią inni. Dziewczynka stojąca gdzieś obok grupy, trochę na uboczu, trochę poza głównym nurtem wydarzeń. W porównaniu z burzą, piorunami i czerwonymi słońcami jest to obraz niezwykle spokojny, a jednak to właśnie on niesie ze sobą bardzo silny ładunek emocjonalny.
Być może nie jest ona symbolem konkretnej osoby. Być może jest symbolem tej części mnie, która od bardzo dawna boi się odrzucenia, niezrozumienia lub pozostania samej z własnym ciężarem. Tej części, która od dzieciństwa nauczyła się być silna, dzielna i odpowiedzialna. Tej, która częściej pomaga innym, niż prosi o pomoc dla siebie.
Przez większość życia byłam osobą, która dawała wsparcie. Ratowała. Organizowała. Dźwigała. Brała odpowiedzialność. Wiele razy łatwiej było mi być bohaterem niż człowiekiem, który może powiedzieć: „Nie daję już rady”.