01/04/2026
„Czołg” („Der Tiger”), Niemcy, 2025
Od dłuższego czasu jestem zdania, że nie powstają już żadne filmy wojenne. Nie „dobre filmy wojenne”, tylko filmy wojenne w ogóle. Od kilku lat mamy bowiem do czynienia wyłącznie z filmami osadzonymi w czasie II Wojny Światowej, w których wojna jest wyłącznie tłem. Przewija się gdzieś tam w tle, ale nie stanowi głównego wątku. Głównym tematem filmu są wyłącznie perypetie bohaterów - jak jeden mąż depresyjnych, zmęczonych, najlepiej dręczonych przez własne demony, zarośniętych alkoholików. I naprawdę, nie jestem w stanie wymienić ŻADNEGO dobrego filmu wojennego z ostatnich 6 lat (od 2020 roku).
„Czołg” to film właśnie taki.
Fabuła jest prosta jak budowa cepa. Za sowieckimi liniami, w podziemnym bunkrze utknął pułkownik Paul von Hardenburg. Ponieważ jest zbyt cenny i wie za dużo, nie może wpaść w ręce wroga, więc w celu jego uratowania zostaje wysłany jeden czołg. Ale nie byle jaki - najlepszy, najpotężniejszy, najwspanialszy czołg świata (obok Pantery) - Tygrys. Z 503. batalionu czołgów ciężkich (co polski tłumacz przetłumaczył jako „503. dywizja czołgów”). Jego dowódcą jest wytrawny pancerniak porucznik Philip Gerckens.
Fabularnie ten film nie stanowi żadnego zaskoczenia. Zakończenie można przewidzieć góra po 20 minutach filmu. Samo rozwiązanie fabularne - niezwykle metafizyczne - nie jest niczym nowym. Bardzo przypomina ono bowiem zapomniany nieco horror „Dolina cieni” z 2002 roku. Nie chciałbym zdradzać suspensu (nawet tak oczywistego), ale podobieństwa są uderzające na każdym poziomie. Tam były okopy i I Wojna Światowa, a tutaj jest czołg i II WŚ. Reszta jest niemal dokładnie taka sama.
Samo wykonanie: czas i miejsce - bardzo przypominają kolejny mniej znany film - „Karna kompania” z 1987 roku na bazie książki Svena Hassela. Tam też mamy do czynienia z niemieckimi czołgistami przebijającymi się na głębokie sowieckie tyły w celu wykonania tajnej misji. Pewne, dość wyraźne konotacje widać także z popularnym filmem „Bestia” z 1988 roku, opowiadającym o sowieckim czołgu w Afganistanie, czy ze słynną sowiecką produkcją „Idź i patrz” z 1985 roku.
Podobieństw do innych produkcji jest oczywiście znacznie więcej. Jednym z najpopularniejszych skojarzeń jest oczywiście „Czas apokalipsy” i oryginał, na bazie którego powstał obraz Franka Coppoli, czyli „Jądro ciemności” Josepha Conrada. W myśl tej interpretacji płk von Hardenburg jest filmową wersją Kurtza.
Nie sposób też uniknąć konotacji z książką/filmem/serialem „Das Boot” w sławnej już sekwencji podwodnej, o której za chwilę. Siedzący w czołgu pancerniacy zachowują się niemal dokładnie jak marynarze z U-Bootów, usiłując zachować ciszę wobec krążących wokół nich sowieckich pojazdów.
Właściwie trudno zrozumieć, jaka idea przyświecała twórcy tego filmu. Czy miało to być jakieś rozliczenie z niemiecką historią? Czy próba spojrzenia na problem wojny i jej demonów per se? W każdym przypadku reżyserowi wyszło to średnio.
„Der Tiger” jako film przypomina rozrośniętą etiudę filmową, albo jakiś film krótkometrażowy. Ma mnóstwo irytujących dłużyzn, ciągnie się, ma niespieszne i nierówne tempo akcji. Z pewnością można byłoby skrócić go o 1/3 i nic by się nie stało. Zabrakło niestety iskry, jakiegoś bardziej sensownego pomysłu, pewnego wstrząsu. Jak wspomniałem, fabuła jest przewidywalna i odziera produkcję z suspensu. A jeśli dodamy do tego dość okrojoną liczbę szokujących, zapadających w pamięć scen - okazuje się, że film jest... po prostu nudny. Nie ratują tej produkcji dość płytkie, słabe dialogi i pobieżnie napisane postaci. Ich historie nie są rozbudowane. Sprowadzają się do góra dwóch, trzech zdań.
Podstawową osią fabularną jest kino drogi. Obserwujemy naszą standardową załogę niemieckiego czołgu (złożoną z młodzika, weterana, zapalonego winiarza, religijnego nauczyciela łaciny i stoickiego dowódcy), podróżującą samotnie przez opustoszałe stepy ZSRR. Dużą część filmu zajmują wiejskie krajobrazy i plenery Ukrainy. Nie jest to nic nowego w kinie, jak wyżej wspomniałem, mieliśmy to już dość często.
Motywem przewodnim jest tutaj ogień - ogień, który pierwotnie miał dawać życie i ogrzewać swym ciepłem, w tej produkcji jest żywiołem niszczącym, który prześladuje naszych protagonistów. Mało kto zwraca uwagę, że film zaczyna się od ognia i ogniem się kończy. Mam takie odczucie, że jest to pewne nawiązanie do słów Nietzschego o spoglądaniu w otchłań i walce z potworami. Jest to jedna z ciekawszych konstrukcji filmu i zasługuje na uwagę. W warstwie metafizycznej film ma swoje zalety i warte uwagi momenty.
Wiele osób podnosi, że „Der Tiger” to kino antywojenne. I rzeczywiście, mamy tam do czynienia z krytyką wojny, przedstawieniem jej jako czegoś złego. Wzmożonego dodatkowo przez klaustrofobiczną atmosferę pobytu we wnętrzu ciasnego pojazdu. Ale to krytyka uniwersalna: zła jest wojna jako zjawisko, zły jest rozkaz. „Wykonujemy rozkazy” jest pewnego rodzaju bon motem, który ma wszystko tłumaczyć. To wybrzmiewa jako oskarżenie bycia marionetką.
Ale w filmie mówi się też wielokrotnie o przerwanym życiu pokojowym, sielance, która urwała się w 1939 roku. Przewija się wątek utracenia rodziny wskutek nalotów. Jednak zabrakło tam, kto przerwał tę sielankę, od czego ta krytykowana nieustannie wojna się zaczęła. W filmie - co prawda dość nieśmiało, niezbyt wyraźnie, ale jednak - zarysowany został wątek podziału na „dobry” Wehrmacht i „złe” SS. Warto tu jednak oddać, że w scenie, o której mówię (mocno nawiązującej do „Idź i patrz”), żołnierze Wehrmachtu zachowują się bardzo prawdopodobnie. Nie protestują. Nie reagują na zbrodnię wojenną. Nawet jej nie komentują. Po prostu odchodzą. Zapewne właśnie tak wyglądało wiele ze zbrodni na Ostfroncie…
Niestety, ale kulminacyjna scena finałowa... jest kompletnie nieprzekonująca. Zdecydowanie bardziej zapamiętam zachowania braci Winter z pierwszego odcinka „Ich matki, ich ojcowie”, obnażającym prawdę o roli Wehrmachtu w wojnie w ZSRR, niż to, co pokazano w „Der Tiger” i walk w Stalingradzie.
Zostawmy jednak rozważania filmoznawcze, odłóżmy na chwilę założenia fabularne, tłumaczące wszystkie niedorzeczności i przejdźmy do dyskusji historycznej.
Pierwsze, co mnie uderzyło w tej produkcji to wygląd głównych bohaterów. Niesłychanie niechlujnych, ubranych w niedopasowane mundury, które po prostu rażą. Główny bohater produkcji zamiast czapki nosi na głowie spłaszczony naleśnik. Zadziwiło mnie także to, że jako stary frontowy wyga nie ma nawet wszytych w bluzę naramienników. Nie powiem, że mnie to nie zastanowiło. I zacząłem przyglądać się uważniej. Okazało się, że w „Czołgu”, filmie o niemieckim Tygrysie, z niemiecką załogą... praktycznie ani razu nie pojawiają się swastyki. Jeśli już, to są bardzo szybkie ujęcia. Zabieg cokolwiek osobliwy.
Uderzyło mnie także to, że czołgiści, a więc ludzie mający cały czas do czynienia ze smarem, pyłem, kurzem, brudem, wszechobecnym przecież w czołgu... w ogóle nie noszą ani rękawic, ani gogli. A przecież to były podstawowe atrybuty każdej załogi, chroniące ich oczy i dłonie podczas pracy.
Ta sama załoga - ponoć zaprawiona w boju - notorycznie pali papierosy we wnętrzu czołgu. Przypomnę, wyładowanego amunicją, zatankowanego łatwopalną benzyną, pełnego smarów i olejów. Pominę to milczeniem. Szczegół ten, niezależnie od rozwiązania fabuły, straszliwie drażni.
Przestańmy pastwić się nad mundurówką i rzućmy okiem na samo mięso filmu. Na czołg.
Sama idea wykonywania rajdu pojedynczym czołgiem ciężkim na dalekie tyły przeciwnika bez jakiejkolwiek osłony piechoty jest całkowicie niedorzeczna z każdego punktu widzenia.
Fantastykę filmu widać przede wszystkim w tym, że rzeczony Tygrys... ani razu się nie zepsuł podczas swego długiego rajdu po bezdrożach. A przecież Tygrysy nie należały do najbardziej niezawodnych czołgów II Wojny Światowej. Notorycznie zdarzały się awarie silników, przewodów paliwowych i koszmarnych wałków skrętnych, na których umieszczone były zachodzące na siebie koła. Ich naprawa wymagała specjalistycznego sprzętu i demontażu wieży, a potem silnika. Nie było możliwe, by pięciooosobowa załoga mogła się tym zająć samodzielnie i naprawić uszkodzenie.
Już abstrahując od tego, to nawet zakładając stuprocentową niezawodność pojazdu (której nie miał żaden czołg w czasie II WŚ), to przecież mogło się zdarzyć najechanie na minę, zerwanie gąsienicy podczas manewrów, zagrzebanie w błocie, awaria elektryki. Coś, co dotykało każdy czołg. Wówczas cały plan tajnej misji wylądowałby na twarzy bez odpowiedniego wsparcia technicznego i pojazdów zabezpieczenia.
Nawet gdyby założyć cud, że Tygrys nie miałby żadnych problemów technicznych, to pełny zapas paliwa w bakach czołgu, wynoszący 500 litrów benzyny, pozwalał na przejechanie ok. 60 kilometrów w terenie. Gdyby za Tygrysem nie poruszała się cysterna z paliwem (nie mówiąc o ruchomym warsztacie i zespole mechaników), to po takim dystansie musiałby on stanąć.
W ogóle koncept wysłania na taki rajd samotnych pięciu żołnierzy jest niedorzeczny. Śmierć lub rana któregokolwiek z nich powodowałaby, że czołg przestałby funkcjonować jako środek walki. Brak celowniczego, kierowcy, ładowniczego uniemożliwiłby dalszą misję. Dlatego miałaby ona sens tylko gdyby na ratunek pułkownika wybrała się cała kolumna pancerna.
Zresztą, niespecjalnie można sobie wyobrazić, gdzie wspomniany pułkownik von Hardenburg miałby się zmieścić w ciasnym wnętrzu Tygrysa. Mógłby usiąść jedynie na pancerzu, co było rozwiązaniem bardzo niebezpiecznym. Ale w środku oficer nie miałby praktycznie miejsca. Zdarzało się, co prawda, że dopychano nogami (i to dosłownie) szóstego członka załogi w pojeździe, lokując go pod armatą, ale odbywało się to na odcinkach ledwie kilku kilometrów.
Zdarzały się tego rodzaju misje ratunkowe dla oddziałów odciętych na tyłach wroga. Do takich zadań (poza tymi na wybrzeżu, gdzie używano okrętów) Niemcy wykorzystywali samoloty - środki dużo szybsze i pewniejsze, niż poruszanie się po ziemi. Transportowe Junkersy, czy Arado (a później nawet śmigłowce) lądowały na odpowiednich polanach i zabierały niedobitków na pokład.
Przejdźmy może do tej słynnej sceny z nurkującym po dnie Dniepru Tygrysem. Wbrew pozorom, czysto teoretycznie, było możliwe wjechanie czołgiem do rzeki i przekroczenie jej - brodząc po dnie - na drugi brzeg. Opisywałem to w cyklu o „Barbarossie” i czołgach Panzer III z np. 18. Dywizji Pancernej, które przystosowano do jazdy po dnie z użyciem stalowej rury (bądź gumowego węża z boją), doprowadzającej powietrze do silnika, kołpakiem gumowym uszczelniającym lufę armaty, pompą do odprowadzania wody, oraz uszczelnieniami pierścienia wieży. Do podobnego zadania przystosowano również kilkaset pierwszych egzemplarzy Tygrysów.
Problem polega na tym, że brodzenie po dnie wymagało uprzedniego rozpoznania terenu przez saperów, upewniających się, że w korycie rzeki nie zalegają jakieś przeszkody, naniesione przez nurt: głazy, konary, wraki. Problemem było także dno - zbyt muliste, lub zbyt piaszczyste spowodowałoby zakopanie się czołgu. Do tego trzeba byłoby sprawdzić nurt i obecność wirów, bo to również mogło zagrozić poruszaniu się pojazdu. Nie można było sobie ot tak wjechać w dowolnym miejscu i wyjechać bez trudu. Nie mówiąc już o ponownym uruchomieniu silnika. Instrukcje dotyczące przekraczania rzeki po dnie surowo nakazywały jazdę bez zatrzymywania się. Przy jakimkolwiek przystanku bowiem istniało ryzyko zapadnięcia się czołgu w dnie. Niemal na pewno Tygrys, wjeżdżając do rzeki - utknąłby tam. Szczególnie, że - co widać na jednej ze scen - silnik częściej uruchamiano za pomocą korby.
Jak wyżej wspomniałem, scena ta miała chyba nawiązywać do „Das Boot” i dać poczucie klaustrofobii, nerwowego oczekiwania pod wodą i nasłuchiwania. Jest to o tyle niedorzeczne, że wystarczyłoby, żeby Tygrys stanął w lesie, wyłączył silnik i został dobrze zamaskowany przez załogę gałęziami, by umknąć prześladowcom. Załoga zresztą w ogóle zachowuje się bardzo nieprofesjonalne w filmie, wjeżdżając do pierwszego lepszego lasu, rozbijając biwak i zostawiając czołg bez maskowania.
Sceny batalistyczne w filmie można policzyć na palcach. Są bowiem aż dwie. Jedna na początku, druga pod koniec filmu. Ta druga jest pewnego rodzaju esencją absurdu tej produkcji: oto na naszych protagonistów poluje sowieckie działo pancerne SU-100, którego jesienią 1943 roku nie mogło być na polach Ukrainy, bowiem pierwsze jego egzemplarze pojawiły się na polu bitwy dopiero wiosną 1945 roku. Tenże pojazd (z lufą armaty przypominającą raczej sowieckie haubice kal. 122 mm) zaczyna strzelać cały czas, z dużym tempem, do niemieckiego czołgu, a pociski niemieckie... odbijają się od jego pancerza.
W rzeczywistości sowieckie działa samobieżne SU-122/152 były pojazdami powolnymi, o wyjątkowo niskiej kadencji strzałów, nienadającymi się do walk pancernych. Na ich niekorzyść działał także brak obrotowej wieży. Jeśli nie osiągnęły trafienia celu pierwszym strzałem (co zdarzało się nader rzadko), same narażały się na szybkie zniszczenie - wszak Tygrys w minutę wyrzucał z siebie sześć pocisków, bez trudu przebijających pancerz SU w dowolnym miejscu... Dlatego też SU nie kierowano do walk pancernych, a do zwalczania umocnień i ognia pośredniego. Wszelkie ich polowania na Tygrysy były najczęściej dziełem przypadku i chwili.
Podsumowując moje wywody, nie bardzo wiem, dla kogo i po co jest ta produkcja. Nie umiem jej ocenić. Jako dzieło filmowe jest ona zbyt sztywna, zbyt długa, zbyt rozwleczona. Jako film wojenny - całkowicie bezpłciowa i zawierająca zbyt wiele bredni. Taki totalny średniak, o którym zapomnę za kilka dni. Dlatego też pozwalam sobie na ocenę 5/10.