Kino w mundurze

Kino w mundurze II wojna światowa w kolorze - filmowo. Kinematografia wojenna oczami [A]

„Czołg” („Der Tiger”), Niemcy, 2025Od dłuższego czasu jestem zdania, że nie powstają już żadne filmy wojenne. Nie „dobre...
01/04/2026

„Czołg” („Der Tiger”), Niemcy, 2025

Od dłuższego czasu jestem zdania, że nie powstają już żadne filmy wojenne. Nie „dobre filmy wojenne”, tylko filmy wojenne w ogóle. Od kilku lat mamy bowiem do czynienia wyłącznie z filmami osadzonymi w czasie II Wojny Światowej, w których wojna jest wyłącznie tłem. Przewija się gdzieś tam w tle, ale nie stanowi głównego wątku. Głównym tematem filmu są wyłącznie perypetie bohaterów - jak jeden mąż depresyjnych, zmęczonych, najlepiej dręczonych przez własne demony, zarośniętych alkoholików. I naprawdę, nie jestem w stanie wymienić ŻADNEGO dobrego filmu wojennego z ostatnich 6 lat (od 2020 roku).

„Czołg” to film właśnie taki.

Fabuła jest prosta jak budowa cepa. Za sowieckimi liniami, w podziemnym bunkrze utknął pułkownik Paul von Hardenburg. Ponieważ jest zbyt cenny i wie za dużo, nie może wpaść w ręce wroga, więc w celu jego uratowania zostaje wysłany jeden czołg. Ale nie byle jaki - najlepszy, najpotężniejszy, najwspanialszy czołg świata (obok Pantery) - Tygrys. Z 503. batalionu czołgów ciężkich (co polski tłumacz przetłumaczył jako „503. dywizja czołgów”). Jego dowódcą jest wytrawny pancerniak porucznik Philip Gerckens.

Fabularnie ten film nie stanowi żadnego zaskoczenia. Zakończenie można przewidzieć góra po 20 minutach filmu. Samo rozwiązanie fabularne - niezwykle metafizyczne - nie jest niczym nowym. Bardzo przypomina ono bowiem zapomniany nieco horror „Dolina cieni” z 2002 roku. Nie chciałbym zdradzać suspensu (nawet tak oczywistego), ale podobieństwa są uderzające na każdym poziomie. Tam były okopy i I Wojna Światowa, a tutaj jest czołg i II WŚ. Reszta jest niemal dokładnie taka sama.

Samo wykonanie: czas i miejsce - bardzo przypominają kolejny mniej znany film - „Karna kompania” z 1987 roku na bazie książki Svena Hassela. Tam też mamy do czynienia z niemieckimi czołgistami przebijającymi się na głębokie sowieckie tyły w celu wykonania tajnej misji. Pewne, dość wyraźne konotacje widać także z popularnym filmem „Bestia” z 1988 roku, opowiadającym o sowieckim czołgu w Afganistanie, czy ze słynną sowiecką produkcją „Idź i patrz” z 1985 roku.

Podobieństw do innych produkcji jest oczywiście znacznie więcej. Jednym z najpopularniejszych skojarzeń jest oczywiście „Czas apokalipsy” i oryginał, na bazie którego powstał obraz Franka Coppoli, czyli „Jądro ciemności” Josepha Conrada. W myśl tej interpretacji płk von Hardenburg jest filmową wersją Kurtza.

Nie sposób też uniknąć konotacji z książką/filmem/serialem „Das Boot” w sławnej już sekwencji podwodnej, o której za chwilę. Siedzący w czołgu pancerniacy zachowują się niemal dokładnie jak marynarze z U-Bootów, usiłując zachować ciszę wobec krążących wokół nich sowieckich pojazdów.

Właściwie trudno zrozumieć, jaka idea przyświecała twórcy tego filmu. Czy miało to być jakieś rozliczenie z niemiecką historią? Czy próba spojrzenia na problem wojny i jej demonów per se? W każdym przypadku reżyserowi wyszło to średnio.

„Der Tiger” jako film przypomina rozrośniętą etiudę filmową, albo jakiś film krótkometrażowy. Ma mnóstwo irytujących dłużyzn, ciągnie się, ma niespieszne i nierówne tempo akcji. Z pewnością można byłoby skrócić go o 1/3 i nic by się nie stało. Zabrakło niestety iskry, jakiegoś bardziej sensownego pomysłu, pewnego wstrząsu. Jak wspomniałem, fabuła jest przewidywalna i odziera produkcję z suspensu. A jeśli dodamy do tego dość okrojoną liczbę szokujących, zapadających w pamięć scen - okazuje się, że film jest... po prostu nudny. Nie ratują tej produkcji dość płytkie, słabe dialogi i pobieżnie napisane postaci. Ich historie nie są rozbudowane. Sprowadzają się do góra dwóch, trzech zdań.

Podstawową osią fabularną jest kino drogi. Obserwujemy naszą standardową załogę niemieckiego czołgu (złożoną z młodzika, weterana, zapalonego winiarza, religijnego nauczyciela łaciny i stoickiego dowódcy), podróżującą samotnie przez opustoszałe stepy ZSRR. Dużą część filmu zajmują wiejskie krajobrazy i plenery Ukrainy. Nie jest to nic nowego w kinie, jak wyżej wspomniałem, mieliśmy to już dość często.

Motywem przewodnim jest tutaj ogień - ogień, który pierwotnie miał dawać życie i ogrzewać swym ciepłem, w tej produkcji jest żywiołem niszczącym, który prześladuje naszych protagonistów. Mało kto zwraca uwagę, że film zaczyna się od ognia i ogniem się kończy. Mam takie odczucie, że jest to pewne nawiązanie do słów Nietzschego o spoglądaniu w otchłań i walce z potworami. Jest to jedna z ciekawszych konstrukcji filmu i zasługuje na uwagę. W warstwie metafizycznej film ma swoje zalety i warte uwagi momenty.

Wiele osób podnosi, że „Der Tiger” to kino antywojenne. I rzeczywiście, mamy tam do czynienia z krytyką wojny, przedstawieniem jej jako czegoś złego. Wzmożonego dodatkowo przez klaustrofobiczną atmosferę pobytu we wnętrzu ciasnego pojazdu. Ale to krytyka uniwersalna: zła jest wojna jako zjawisko, zły jest rozkaz. „Wykonujemy rozkazy” jest pewnego rodzaju bon motem, który ma wszystko tłumaczyć. To wybrzmiewa jako oskarżenie bycia marionetką.

Ale w filmie mówi się też wielokrotnie o przerwanym życiu pokojowym, sielance, która urwała się w 1939 roku. Przewija się wątek utracenia rodziny wskutek nalotów. Jednak zabrakło tam, kto przerwał tę sielankę, od czego ta krytykowana nieustannie wojna się zaczęła. W filmie - co prawda dość nieśmiało, niezbyt wyraźnie, ale jednak - zarysowany został wątek podziału na „dobry” Wehrmacht i „złe” SS. Warto tu jednak oddać, że w scenie, o której mówię (mocno nawiązującej do „Idź i patrz”), żołnierze Wehrmachtu zachowują się bardzo prawdopodobnie. Nie protestują. Nie reagują na zbrodnię wojenną. Nawet jej nie komentują. Po prostu odchodzą. Zapewne właśnie tak wyglądało wiele ze zbrodni na Ostfroncie…

Niestety, ale kulminacyjna scena finałowa... jest kompletnie nieprzekonująca. Zdecydowanie bardziej zapamiętam zachowania braci Winter z pierwszego odcinka „Ich matki, ich ojcowie”, obnażającym prawdę o roli Wehrmachtu w wojnie w ZSRR, niż to, co pokazano w „Der Tiger” i walk w Stalingradzie.

Zostawmy jednak rozważania filmoznawcze, odłóżmy na chwilę założenia fabularne, tłumaczące wszystkie niedorzeczności i przejdźmy do dyskusji historycznej.

Pierwsze, co mnie uderzyło w tej produkcji to wygląd głównych bohaterów. Niesłychanie niechlujnych, ubranych w niedopasowane mundury, które po prostu rażą. Główny bohater produkcji zamiast czapki nosi na głowie spłaszczony naleśnik. Zadziwiło mnie także to, że jako stary frontowy wyga nie ma nawet wszytych w bluzę naramienników. Nie powiem, że mnie to nie zastanowiło. I zacząłem przyglądać się uważniej. Okazało się, że w „Czołgu”, filmie o niemieckim Tygrysie, z niemiecką załogą... praktycznie ani razu nie pojawiają się swastyki. Jeśli już, to są bardzo szybkie ujęcia. Zabieg cokolwiek osobliwy.

Uderzyło mnie także to, że czołgiści, a więc ludzie mający cały czas do czynienia ze smarem, pyłem, kurzem, brudem, wszechobecnym przecież w czołgu... w ogóle nie noszą ani rękawic, ani gogli. A przecież to były podstawowe atrybuty każdej załogi, chroniące ich oczy i dłonie podczas pracy.

Ta sama załoga - ponoć zaprawiona w boju - notorycznie pali papierosy we wnętrzu czołgu. Przypomnę, wyładowanego amunicją, zatankowanego łatwopalną benzyną, pełnego smarów i olejów. Pominę to milczeniem. Szczegół ten, niezależnie od rozwiązania fabuły, straszliwie drażni.

Przestańmy pastwić się nad mundurówką i rzućmy okiem na samo mięso filmu. Na czołg.

Sama idea wykonywania rajdu pojedynczym czołgiem ciężkim na dalekie tyły przeciwnika bez jakiejkolwiek osłony piechoty jest całkowicie niedorzeczna z każdego punktu widzenia.

Fantastykę filmu widać przede wszystkim w tym, że rzeczony Tygrys... ani razu się nie zepsuł podczas swego długiego rajdu po bezdrożach. A przecież Tygrysy nie należały do najbardziej niezawodnych czołgów II Wojny Światowej. Notorycznie zdarzały się awarie silników, przewodów paliwowych i koszmarnych wałków skrętnych, na których umieszczone były zachodzące na siebie koła. Ich naprawa wymagała specjalistycznego sprzętu i demontażu wieży, a potem silnika. Nie było możliwe, by pięciooosobowa załoga mogła się tym zająć samodzielnie i naprawić uszkodzenie.

Już abstrahując od tego, to nawet zakładając stuprocentową niezawodność pojazdu (której nie miał żaden czołg w czasie II WŚ), to przecież mogło się zdarzyć najechanie na minę, zerwanie gąsienicy podczas manewrów, zagrzebanie w błocie, awaria elektryki. Coś, co dotykało każdy czołg. Wówczas cały plan tajnej misji wylądowałby na twarzy bez odpowiedniego wsparcia technicznego i pojazdów zabezpieczenia.

Nawet gdyby założyć cud, że Tygrys nie miałby żadnych problemów technicznych, to pełny zapas paliwa w bakach czołgu, wynoszący 500 litrów benzyny, pozwalał na przejechanie ok. 60 kilometrów w terenie. Gdyby za Tygrysem nie poruszała się cysterna z paliwem (nie mówiąc o ruchomym warsztacie i zespole mechaników), to po takim dystansie musiałby on stanąć.

W ogóle koncept wysłania na taki rajd samotnych pięciu żołnierzy jest niedorzeczny. Śmierć lub rana któregokolwiek z nich powodowałaby, że czołg przestałby funkcjonować jako środek walki. Brak celowniczego, kierowcy, ładowniczego uniemożliwiłby dalszą misję. Dlatego miałaby ona sens tylko gdyby na ratunek pułkownika wybrała się cała kolumna pancerna.

Zresztą, niespecjalnie można sobie wyobrazić, gdzie wspomniany pułkownik von Hardenburg miałby się zmieścić w ciasnym wnętrzu Tygrysa. Mógłby usiąść jedynie na pancerzu, co było rozwiązaniem bardzo niebezpiecznym. Ale w środku oficer nie miałby praktycznie miejsca. Zdarzało się, co prawda, że dopychano nogami (i to dosłownie) szóstego członka załogi w pojeździe, lokując go pod armatą, ale odbywało się to na odcinkach ledwie kilku kilometrów.

Zdarzały się tego rodzaju misje ratunkowe dla oddziałów odciętych na tyłach wroga. Do takich zadań (poza tymi na wybrzeżu, gdzie używano okrętów) Niemcy wykorzystywali samoloty - środki dużo szybsze i pewniejsze, niż poruszanie się po ziemi. Transportowe Junkersy, czy Arado (a później nawet śmigłowce) lądowały na odpowiednich polanach i zabierały niedobitków na pokład.

Przejdźmy może do tej słynnej sceny z nurkującym po dnie Dniepru Tygrysem. Wbrew pozorom, czysto teoretycznie, było możliwe wjechanie czołgiem do rzeki i przekroczenie jej - brodząc po dnie - na drugi brzeg. Opisywałem to w cyklu o „Barbarossie” i czołgach Panzer III z np. 18. Dywizji Pancernej, które przystosowano do jazdy po dnie z użyciem stalowej rury (bądź gumowego węża z boją), doprowadzającej powietrze do silnika, kołpakiem gumowym uszczelniającym lufę armaty, pompą do odprowadzania wody, oraz uszczelnieniami pierścienia wieży. Do podobnego zadania przystosowano również kilkaset pierwszych egzemplarzy Tygrysów.

Problem polega na tym, że brodzenie po dnie wymagało uprzedniego rozpoznania terenu przez saperów, upewniających się, że w korycie rzeki nie zalegają jakieś przeszkody, naniesione przez nurt: głazy, konary, wraki. Problemem było także dno - zbyt muliste, lub zbyt piaszczyste spowodowałoby zakopanie się czołgu. Do tego trzeba byłoby sprawdzić nurt i obecność wirów, bo to również mogło zagrozić poruszaniu się pojazdu. Nie można było sobie ot tak wjechać w dowolnym miejscu i wyjechać bez trudu. Nie mówiąc już o ponownym uruchomieniu silnika. Instrukcje dotyczące przekraczania rzeki po dnie surowo nakazywały jazdę bez zatrzymywania się. Przy jakimkolwiek przystanku bowiem istniało ryzyko zapadnięcia się czołgu w dnie. Niemal na pewno Tygrys, wjeżdżając do rzeki - utknąłby tam. Szczególnie, że - co widać na jednej ze scen - silnik częściej uruchamiano za pomocą korby.

Jak wyżej wspomniałem, scena ta miała chyba nawiązywać do „Das Boot” i dać poczucie klaustrofobii, nerwowego oczekiwania pod wodą i nasłuchiwania. Jest to o tyle niedorzeczne, że wystarczyłoby, żeby Tygrys stanął w lesie, wyłączył silnik i został dobrze zamaskowany przez załogę gałęziami, by umknąć prześladowcom. Załoga zresztą w ogóle zachowuje się bardzo nieprofesjonalne w filmie, wjeżdżając do pierwszego lepszego lasu, rozbijając biwak i zostawiając czołg bez maskowania.

Sceny batalistyczne w filmie można policzyć na palcach. Są bowiem aż dwie. Jedna na początku, druga pod koniec filmu. Ta druga jest pewnego rodzaju esencją absurdu tej produkcji: oto na naszych protagonistów poluje sowieckie działo pancerne SU-100, którego jesienią 1943 roku nie mogło być na polach Ukrainy, bowiem pierwsze jego egzemplarze pojawiły się na polu bitwy dopiero wiosną 1945 roku. Tenże pojazd (z lufą armaty przypominającą raczej sowieckie haubice kal. 122 mm) zaczyna strzelać cały czas, z dużym tempem, do niemieckiego czołgu, a pociski niemieckie... odbijają się od jego pancerza.

W rzeczywistości sowieckie działa samobieżne SU-122/152 były pojazdami powolnymi, o wyjątkowo niskiej kadencji strzałów, nienadającymi się do walk pancernych. Na ich niekorzyść działał także brak obrotowej wieży. Jeśli nie osiągnęły trafienia celu pierwszym strzałem (co zdarzało się nader rzadko), same narażały się na szybkie zniszczenie - wszak Tygrys w minutę wyrzucał z siebie sześć pocisków, bez trudu przebijających pancerz SU w dowolnym miejscu... Dlatego też SU nie kierowano do walk pancernych, a do zwalczania umocnień i ognia pośredniego. Wszelkie ich polowania na Tygrysy były najczęściej dziełem przypadku i chwili.

Podsumowując moje wywody, nie bardzo wiem, dla kogo i po co jest ta produkcja. Nie umiem jej ocenić. Jako dzieło filmowe jest ona zbyt sztywna, zbyt długa, zbyt rozwleczona. Jako film wojenny - całkowicie bezpłciowa i zawierająca zbyt wiele bredni. Taki totalny średniak, o którym zapomnę za kilka dni. Dlatego też pozwalam sobie na ocenę 5/10.

01/04/2026

Obejrzałem „Der Tiger”… i nie wiem, co myśleć. Muszę przetrawić. Czekajcie recenzji.

„Norymberga”, USA, 2025Długo zastanawiałem się, czy napisać recenzję tego filmu. Nie umiałem powiedzieć bowiem, czym on ...
17/12/2025

„Norymberga”, USA, 2025

Długo zastanawiałem się, czy napisać recenzję tego filmu. Nie umiałem powiedzieć bowiem, czym on właściwie miał być. Ostatecznie uznałem, że tak, że warto. Ale zupełnie inaczej, niż większość recenzentów, piszących oklepane frazesy o „banalności zła” i „Auschwitz niespadającym z nieba”.

Zacznę więc niejako od końca, a nie od meritum.

Nie jest to bowiem w ogóle film o Norymberdze i procesie niemieckich zbrodniarzy wojennych. Mimo niektórych, dość niezbornych zabiegów reżysera, w ogóle nie dowiadujemy się przebiegu procesu. Świetnym przykładem tego niechlujstwa jest wciśnięta kompletnie bez związku z tematem scena dotycząca operacji „Weserübung” - niemieckiej inwazji na Danię i Norwegię w 1940 roku, mającej być uderzeniem wyprzedzającym III Rzeszy. Widać, że reżyser chciał niuansować temat i przedstawić, iż obie strony miały swoje grzeszki za uszami. Szkoda tylko, że scena ta urwała się po kilku chwilach i ani razu do niej nie powrócono później. Po co więc ona była?

(A już całkowitym niechlujstwem tej sceny jest to, że mapa, która wówczas jest pokazana, prezentuje WSPÓŁCZESNE GRANICE PAŃSTW).

Jeszcze bardziej szkoda, że reżyser niemal całkowicie pominął „słonia w salonie” w procesie norymberskim, czyli udział masowych ludobójców, przemysłowych zbrodniarzy, którzy swymi barbarzyńskimi praktykami przewyższali dowolnego złoczyńcę na ziemi. Zrządzeniem losu, jakimś upiornym chichotem ironii dziejów, owi zbóje spod czerwonej szmaty w Norymberdze - owszem, znaleźli się. Ale nie w charakterze oskarżonych, lecz oskarżycieli i sędziów. Choć powinni wszyscy byli tkwić w najciemniejszej ciurmie zakuci w kajdany. I czekać na jedyny sprawiedliwy wyrok.

Niestety, reżyser nie zdecydował się wspomnieć o pakcie Ribbentrop-Mołotow, która przecież jak ulał pasowałaby do wspomnianej wyżej operacji „Weserübung” jako przykład szarości tego procesu. Nie pokuszono się nawet o przypomnienie sprawy Katynia, która przecież pojawiła się na wokandzie procesu, gdy Sowieci winą za swoją własną zbrodnię w swej bezczelności postanowili obarczyć Niemców.

Nie dowiadujemy się z filmu praktycznie nic o zbrodniczych praktykach tak zwanych dobrych Aliantów: o kolonialnych bestialstwach, których dopuszczali się Brytyjczycy, Francuzi, Holendrzy, Belgowie dokładnie w tym samym czasie, gdy rozemocjonowani Alianci ronili swe łzy nad ofiarami nikczemnych nazistów. Z jakiegoś powodu okrucieństwa w Indochinach, Palestynie, Indonezji, czy na Madagaskarze nie przykuły niczyjej uwagi. Ale co tam jakieś kolonie. Wszak można byłoby wiele i długo mówić o zbrodniach wojennych samych Amerykanów: o mordowaniu jeńców wojennych, o paleniu do ziemi całych miast, wraz z kobietami i dziećmi, o skandalicznym rasistowskim traktowaniu przedstawicieli innych ras, niż biała.

Lejtmotywem filmu jest oczywiście pewne ludobójstwo na literę „H”. Rzeczywiście, to bardzo odkrywcze. Nie mieliśmy tego już tysiąc razy i nie widzieliśmy tego na tysiąc sposobów. Oglądamy więc wzruszonego Michaela Shannona, który rozczula się nad ofiarami ustaw norymberskich, obserwujemy nagrania z obozów, słyszymy jak okrutne zło wówczas zapanowało. Słyszymy, że zło nie może się powtórzyć. Robiłoby to może większe wrażenie, gdyby nie filmy z Gazy, jakimi jesteśmy zasypywani, by nie powiedzieć - bombardowani - przez ostatnie dwa lata. W ogóle jakoś ten temat jest bardzo sztucznie i niezgrabnie prowadzony. Przypomina mi to, jakby ktoś Wam do pysznego steka nagle nałożył dżemu truskawkowego i kazał to jeść. Cały ten motyw nie pasuje do całości i został wyraźnie wepchnięty wbrew pierwotnemu scenariuszowi. Nie pasuje w ogóle do tempa filmu. Szczególnie, gdy przypomnimy sobie, że zbrodnie wojenne po II Wojnie Światowej były sądzone raczej bardzo wybiórczo, a sprawiedliwość - znowu Gaza - raczej nie zatryumfowała. Pominę już tutaj fakt, że ludobójstwo to nie było nawet najważniejszym aktem oskarżenia w Norymberdze, wbrew temu jak film nas próbuje przekonać.

Nie jest to jedyny przykład. Mamy też całkowicie zbędną i przypominającą kupę na środku salonu scenę oplucia Kościoła Katolickiego jako kolaborantów nazistów, którzy dali im legitymację. Z papieża Piusa XII zrobiono - a jakże - nazistowskiego papieża. Nie dowiadujemy się z filmu absolutnie nic o pogańskich korzeniach nazizmu, o prześladowaniach Kościoła w okupowanej Europie, ani nawet o tym, że Niemcy planowali porwać, lub zamordować Ojca Świętego.

Podobnie niedorzecznych scen mamy dużo więcej. Choćby kompletnie nieprawdziwa scena powieszenia Juliusa Streichera, który histeryzuje i płacze wniebogłosy, jako tchórz i hipokryta. Tymczasem dobrze wiadomo, że redaktor „Der Stürmera” do samego końca robił sobie jajca z oskarżycieli i sędziów. Jego ostatnie słowa brzmiały: „Szczęśliwego Jom Kippur! A teraz w drogę - do Boga! Pewnego dnia bolszewicy powywieszają także i was. Heil Hynkel!”

Jeśli twórcy chcieli ośmieszyć nazizm, to doskonale do tego nadawałby się choćby Ernst Kaltenbrunner, także skazany na śmierć były szef RSHA, który zachowywał się jak niespełna rozumu na procesie, udając, że nie wiedział, co się działo w obozach. A to świetnie pasowałoby do motywu przewodniego filmu.

Z jakiegoś powodu nie dowiadujemy się z filmu absolutnie nic o tym, że Alianci... całkowicie zignorowali niemieckie ludobójstwo w obozach. Doskonale o nim wiedziano od co najmniej grudnia 1942 roku, gdy noty w tej sprawie przekazał rządom brytyjskiemu i amerykańskiemu polski rząd emigracyjny, a potem, w lipcu 1943 roku, raport przekazał Jan Karski. Po drodze wybuchło powstanie w warszawskim getcie, gdy Polacy znowu apelowali o udzielenie pomocy. Alianci w tym czasie, na konferencji bermudzkiej, uznali, że kompletnie to zignorują. Amerykanie i Brytyjczycy doskonale wiedzieli, co działo się za drutami obozów. I uważali, że nie ma po co zajmować sobie tym głowy. Wszelkie ich wzruszenie w 1945 roku było jedynie krokodylimi łzami, pomagającymi ofiarom jak umarłemu kadzidło.

Wszystko to zostało niemal w całości pominięte. Niemal.

Jakimś zrządzeniem losu, bo raczej nie celowym zabiegiem reżysera, ustami sprzeciwu wobec tej hipokryzji staje się główny szwarccharakter filmu.

Historia Hermanna Goeringa jako Marszałka Rzeszy od dawna fascynowała kino. Był bowiem najwyższym rangą dygnitarzem III Rzeszy, który dostał się w ręce Aliantów. Widzieliśmy go choćby odgrywanego przez Briana Coxa w serialu „Norymberga” z 2000 roku, wraz z niezapomnianą sceną, gdy w swym krótkim monologu dosłownie miażdży swojego amerykańskiego adwersarza.

Hermann Goering wyłamywał się bowiem ze schematu tępego, brutalnego nazisty. Wszyscy trzej jego psychiatrzy stwierdzali, że jest obdarzony wręcz wybitną inteligencją. Był wykształcony, obyty, rozmowny. Sprawiał wrażenie serdecznego i jowialnego.

I właśnie tym jest ten film.

Nikt z „Norymbergi” nie zapamięta drewnianego, nudnego Michaela Shannona jako prokuratora Roberta Jacksona, ani neurotycznego Ramiego Maleka jako Douglasa Kelleya. Jeśli ktokolwiek wspomni ten film za pięć, dziesięć lat - to zapamięta z niego jedynie Russella Crowe'a, odgrywającego Marszałka Rzeszy. Zapamięta jego sardoniczny uśmiech i iskrzące się oczy, gdy wręcz z rozbawieniem słyszy o procesie i zarzutach.

Absolutnie doskonałą sceną jest ta przy otwarciu procesu. W ogóle podziwiam jej artyzm i przebieg. Oto oskarżeni zostają wprowadzeni na salę rozpraw - Salę Wielką Pałacu Sprawiedliwości - i każe im się wstać, gdy wchodzi skład sędziowski. Jedynie Goering siedzi. Wstaje z dużym opóźnieniem. I siada również ostatni. Robi to celowo, wiedząc, że tak zostanie zapamiętany. Zaznacza swoją dominację i pokazuje, że nie poddaje się wyrokom tego trybunału. Goering zresztą mówi wprost, że jest tutaj, bo C H C E tu być. Nie dlatego, że został pojmany. Mógł przecież popełnić samobójstwo przed wzięciem do niewoli. Ale tego nie zrobił. Chciał jeszcze raz pokazać się w Norymberdze. Na jeszcze jednym, ostatnim Parteitagu.

Gdy wzburzony seansem na sali sądowej Malek-Kelley wbiega do celi Marszałka i wrzeszczy na niego, że ten musiał wiedzieć o tym, co się dzieje za drutami, Goering-Crowe odparowuje mu, że sam pochodzi z kraju, który dla eksperymentu bojowego postanowił wyparować 150 000 ludzi w Hiroszimie i Nagasaki. Wyraźnie widać tu nawiązanie do poprzedniego Goeringa, odgrywanego przez Briana Coxa. Wówczas filmowy Kelley wybucha i wyzywa Goeringa od grubasów siedzących w celi, który pójdzie na stryczek i zaszcza własne spodnie.

Wówczas filmowy Goering z lodowatym chłodem cedzi mu, że ten jest nikim. Że wróci do USA i napisze książkę, przypominając sobie chwilę, gdy jedyny raz był w pobliżu kogoś wielkiego. Że jego książka - to on sam. A o Kelleyu nikt nie będzie pamiętał. Bo jest jedynie przypisem. I nim pozostanie na zawsze. Przewidział tymi słowy przyszłość.

Ciary. Jest to jedna z dwóch absolutnie najlepszych scen w tym filmie.

Druga jest wówczas, gdy przy akompaniamencie delikatnej fortepianowej muzyki Marszałek Rzeszy siedzi sam w celi na łóżku i szepce „Abrakadabra”. Spełniając swoją obietnicę, że pokaże Kelleyowi swoją magiczną sztuczkę.

To nie jest film o Norymberdze. To nie jest film o niemieckich zbrodniach, nawet mimo zabiegów reżysera, który usiłował to narzucić. Ten film w sposób mimowolny i niezamierzony pokazuje kogo innego w ciepłym blasku jupiterów. To film o Hermannie Goeringu, Marszałku Rzeszy, zbrodniarzu-celebrycie, który do końca grał w swoją grę - i ją wygrał.

Czy warto? To już każdy z Was musi ocenić sam.

Ponieważ wczoraj był Dzień Pamięci Żołnierzy Wyklętych, to pozwolę sobie przypomnieć recenzję filmu z okresu słusznie mi...
02/03/2024

Ponieważ wczoraj był Dzień Pamięci Żołnierzy Wyklętych, to pozwolę sobie przypomnieć recenzję filmu z okresu słusznie minionego o ''reakcyjnych bandach''. Jeśli się spodoba, zrecenzuję kilka innych filmów w temacie. Warto je bowiem sobie przypomnieć, gdy wraca retoryka o ''bandytach''.

''Wszyscy i nikt'', Polska, 1977

W latach 60. i 70. swoje triumfy święciły westerny, także w Polsce. Polska trochę zazdrościła Ameryce licznych filmów o kowbojach, zaprowadzających prawo i porządek na Dzikim Zachodzie i strzelających do oprychów, rabujących dyliżanse i saloony. W Polsce w związku z tym powstał gatunek, nazywany umownie ''easternem'' - ''westernem'' z akcją przeniesioną do Polski.

Do tego gatunku filmów należał m.in. ''Wilcze echa'' z niezapomnianym Bruno O'Ya, słynny ''Prawo i pięść'' oraz ''Południk zero''. Do tego gatunku należał także omawiany dzisiaj film.

Scenariusz do ''Wszyscy i nikt'' powstał na bazie powieści jednego z najsłynniejszych pisarzy PRL, czyli Janusza Przymanowskiego, autora ''Czterech pancernych'' pod tym samym tytułem. Miała to być odpowiedź na ''Siedmiu wspaniałych'', w postaci właśnie easternu.

Rok 1946. Do małej miejscowości w Bieszczadach przybywa przypadkiem sześciu polskich żołnierzy tuż przed demobilizacją. Zostają zaproszeni na wesele zdemobilizowanego porucznika ''Brzozy'', byłego oficera lokalnego oddziału partyzanckiego. Na to samo wesele wprosił się kapitan ''Hak'' - przeciwnik władzy ludowej i były konkurent do ręki panny młodej.

No i... to by było na tyle. Wydawałoby się, że film odniesie wielki sukces, w końcu miał scenariusz oparty o książkę czołowego powieściopisarza. Obsada była znakomita - w roli głównej grał Emil Karewicz, wraz z nim Wiesław Gołas, Wirgiliusz Gryń, Ryszard Pietruski, Witold Pyrkosz i Marian Opania. Chyba nigdzie nie było tak mocnego zestawu. Reżyserem był Konrad Nałęcki, twórca ''Czterech pancernych i psa''.

Co zatem poszło nie tak?

Dostajemy pokaz głupiej i prymitywnej propagandy komunistycznej w najgorszym możliwym wydaniu. Niepasującym do końca lat 70., kiedy nawet władza ludowa pomału się reflektowała w temacie ''bandytów z lasu''. Sam główny przeciwnik to wręcz wzorowy ''reakcjonista'' - w sanacyjnej rogatywce, z wąsem, z ryngrafem. Arogancki, grubiański, złośliwy, egoistyczny cham, który nie może się pogodzić z rzeczywistością. Jego oddział nie lepszy - jak na ''reakcyjnych bandytów'' przystało - same zakazane gęby. Na weselu ryczą i chleją, mażąc buraczkami po obrusach. Co gorsza, po ich stronie staje - a jakże! - miejscowy ksiądz. Czyli tradycyjnie: sojusz reakcji i kleru przeciwko ludowej władzy. Z jednej strony mamy bohaterskich, chociaż nieco prostych żołnierzy ludowych, z drugiej - całkowitą kloakę. I to taką kloakę, że przeciwko ''bandytom z lasu'' występuje nawet miejscowy hrabia-wieloletni socjalista (!).

Punktem kulminacyjnym filmu jest finałowa bitwa, kiedy ''banda'' kapitana ''Haka'' napada na wieś, a dzielni ''utrwalacze władzy ludowej'' bronią się w kościele. Zakończenie w stylu ordynarnie breżniewowsko-stalinowskim. Brakowało tylko całowania się z sowieckimi sojusznikami. Postaci przy tym ledwie zarysowane, dowiadujemy się czegoś więcej tylko o dwóch, trzech osobach w filmie. Przykładowo, wszyscy żołnierze ''ludowi'' mają swoje pseudonimy, ale nie poznajemy ich pochodzenia. Jedynie ''Szef'', czyli sierżant, grany przez Karewicza, ma jakąś historię. ''Twardy'', grany przez Gołasa, jest zwyczajnym, tępym komunistą. Odrobinę ciepła daje Pietruski, grający żołnierza ''Kobrę'', który zgina i odgina koronę swojego orzełka na rogatywce. Taki cwaniaczek.

Nie ratują filmu ani zdjęcia, ani nagłośnienie. Treści (bardzo ładnej w melodii, swoją drogą) piosenki początkowej i końcowej do dzisiaj nie znam, połowy kwestii musiałem się domyślać. Sam film jest strasznie ciemny i niczego praktycznie nie widać, zwłaszcza podczas kulminacyjnej sceny finałowej.

1/10 od IIWŚwK, mimo ładnej scenerii i doskonałej obsady. Sam film zniknął już dawno w mrokach kinematografii i nikt o nim nie pamięta. Od Przymanowskiego i Nałęckiego oczekiwać można byłoby więcej. Bardzo mi podpadli Gołas i Karewicz tym filmem, oj bardzo. Szczególnie gdy Gołas w jednej scenie mówi o ''bandycie Warszycu''. ''Bandyta Warszyc'' to kapitan Stanisław Sojczyński, dowódca Konspiracyjnego Wojska Polskiego. Wielki bohater Radomska, którego komuniści po aresztowaniu skatowali, a potem zamordowali tuż przed ogłoszeniem ''amnestii''. Uznawano go za ''wroga numer jeden'' całego województwa.

Paradoksalnie, to finałowy dialog Gołasa i Karewicza jest najbardziej prawdziwy w tym filmie. Opuszczając wieś, Gołas pyta Karewicza:

- Będzie kto o nich pamiętał?

Karewicz odpowiada:

- Z początku wszyscy, a potem nikt.

I niech tak pozostanie.

12/11/2023

Jeśli chodzi o filmy z ankiety, to poza „Światłem…” (bo go jeszcze nie widziałem) podobały mi się wszystkie. 🤭

Do sieci wszedł nowy trailer filmu „Konvoi” opowiadającego o norweskim statku w konwoju do Murmańska.No cóż. W ostatnim ...
08/11/2023

Do sieci wszedł nowy trailer filmu „Konvoi” opowiadającego o norweskim statku w konwoju do Murmańska.

No cóż. W ostatnim roku mieliśmy tyle słabych produkcji wojennych, że niewiele sobie po tym obiecuję. Norwegom kino wojenne ostatnio niespecjalnie wychodzi, czego przykładem jest nieszczęsny „Narvik”. Niezbyt mam ochotę na ten serial o norweskich marynarzach („Wojna na pełnym morzu”), bo czytałem już opinie, że to film wojenny praktycznie bez wojny. A tu mamy kolejny o marynarzach z cywilnego statku. 🙄

Nie zachęca też trailer - w 2,5 minuty mamy aż JEDNĄ scenę „batalistyczną” (czyli niemrawo atakujący samolot), poszatkowaną na pięć.

W ostatnim roku nie widziałem chyba ani jednej choćby w miarę udanej produkcji wojennej - czy to filmu, czy serialu. A Wy?

PS Jeszcze to godło StG 77 na Stukasach, który walczył pod Stalingradem, a nie Murmańskiem.

Wyszły pierwsze zdjęcia z planu polskiego filmu „Czerwone maki” o Monte Cassino. Film realizowany jest w Chorwacji przez...
06/06/2023

Wyszły pierwsze zdjęcia z planu polskiego filmu „Czerwone maki” o Monte Cassino. Film realizowany jest w Chorwacji przez reżysera „Orląt '39”. Opowiadać będzie o historii miłosnej żołnierza-kombinatora Jędrka do sanitariuszki Mariuszki… to jest Poli.

Łał. Wyżyny banału. Powtórka z „Orląt”. Aż dziwne że roli głównej nie gra Pawlicki.

Już się boję, bo na samym zdjęciu widzę ciężkie błędy. Nie dość, że Sherman M4A1(76)W, których nie było ani jednego pod Monte Cassino (a we Włoszech pojawiły się dopiero jesienią 1944 roku), to jeszcze brak typowego dla Włoch kamuflażu „light mud&dark green”. A zrobienie tego to przecież minimalne koszty.

Zgodnie z dawną obietnicą i niedawną rocznicą, w nawiązaniu do wpisów na II wojna światowa w kolorze.''Powstanie'', USA,...
18/05/2023

Zgodnie z dawną obietnicą i niedawną rocznicą, w nawiązaniu do wpisów na II wojna światowa w kolorze.

''Powstanie'', USA, 2001

Przełom XX i XXI wieku to był taki dziwny okres w kinematografii wojennej, kiedy filmowcy wrócili do tematu II wojny światowej po kilkunastu latach przerwy. Powstała wówczas masa filmów, tym razem koncentrujących się bardziej na przeżyciach pojedynczych ludzi. Szczególnie upodobano sobie temat okupacji i Holocaustu. O większości z tych filmów już mało kto pamięta, bo do świadomości przebiły się głównie takie produkcje jak ''Szeregowiec Ryan'', ''Cienka czerwona linia'' i ''Pianista''.

W ten sposób niemal niezauważony przeszedł film ''Powstanie'', opowiadający o losach żydowskiej społeczności w Warszawie podczas okupacji i powstaniu w warszawskim getcie w kwietniu 1943 roku. Podzielono go na dwie części, trwające w sumie blisko 3 godziny.

Główną postacią tego filmu jest Mordechaj Anielewicz, przywódca Żydowskiej Organizacji Bojowej. Spaja on wszystkie pozostałe postaci, co nie do końca jest prawdą... ale o tym niżej. Poza nim, na ekranie obserwujemy także innych członków ŻOB: Icchaka Cukiermana, Tosię Altman, Kazika Ratajzera, Marka Edelmana, Cywię Lubetkin. Poza nimi ważnymi postaciami są Adam Czerniaków, prezes Judenratu, SS-Brigadeführer Jürgen Stroop, odpowiedzialny za pacyfikację getta, i filmowiec Fritz Hippler. Zebrano całkiem dobrych aktorów, w tym Jona Voighta i Donalda Sutherlanda, ale o aktorstwie będzie niżej.

Pozornie film ma charakter paradokumentalny i jest w wielu aspektach zaskakująco zgodny historycznie. Widać bowiem, że twórcy przeczytali na pewno wspomnienia członków ŻOB i raport Stroopa, a także ''Kronikę Warszawskiego Getta'' Emanuela Ringelbluma. Widać to nawet po niektórych kwestiach wypowiadanych przez aktorów, które są czasem wprost cytatami. Dbałość o niektóre szczegóły jest tak duża, że nawet bunkier bandy przemytników Szmula Aszera przy ul. Miłej 18 jest nieźle odwzorowany z pomieszczeniami - tak, jak w rzeczywistości - nazwanymi od niemieckich miejsc zagłady Żydów.

Dlaczego zatem piszę ''pozornie''?

Odpowiem krótko - bo jest antypolski.

Tak, antypolski.

W całym filmie nie ma ANI JEDNEGO pozytywnie przedstawionego Polaka.

Wszyscy Polacy, którzy pojawiają się na ekranie to bez wyjątku albo szmalcownicy, albo utajeni antysemici, albo tchórze. Z nieodłączną butelką wódki w kieszeni, chciwie liczący pieniądze. Po obejrzeniu filmu odniosłem wrażenie, że byli bardziej antysemiccy od samych Niemców. Krążący po ulicach Polacy są czyści, zadbani, najedzeni. Chodzą ładnie ubrani po kawiarniach, a na straganach nie brakuje żywności. Kontrastuje to bardzo z widokiem Żydów za murami getta. W ciągu blisko 3 godzin seansu nie doświadczymy ANI JEDNEGO aktu terroru Niemców wobec Polaków. W filmie ANI RAZU nie pada informacja o pomocy Żydom ze strony Polaków, ani o represjach dla Polaków za niesioną pomoc. Nawet wśród Niemców można na upartego znaleźć jakąś pozytywną postać, jak np. Fritza Hipplera, który sprawia w filmie sympatyczne wrażenie. Tymczasem u Polaków takiej postaci nie ma.

Chcecie przykładów? Proszę uprzejmie.

Już na samym początku filmu dostajemy informację, że Polska ''po niecałym miesiącu walk poddaje się''...

Zaraz potem obserwujemy scenę, gdzie Niemcy rozdają chleb stojącym w kolejce Polakom. Gdy do kolejki stawia się Żyd, rzuca się na niego esesman i zaczyna bić, krzycząc, że chleb jest tylko dla Polaków. Tego się nie da normalnie skomentować. Przeciętny zachodni widz już w tym miejscu pomyśli sobie, że Polacy pod niemiecką okupacją mieli się całkiem dobrze.

Następna scena. Komisarz ds. dzielnicy żydowskiej Heinz Auerswald informuje Czerniakowa o rozstrzelaniu żydowskich zakładników za... zbrodnie na Polakach.

A to dopiero początek filmu.

Ta ohyda narasta przez całą pierwszą część, by sięgnąć swojego apogeum w drugiej, tj. poświęconej samemu powstaniu w getcie. Wtedy otrzymujemy cały festiwal takich wrzutek, poczynając od misji ŻOB za murami getta - najpierw Ariego Wilnera, a potem Icchaka Cukiermana. Ci do getta sprowadzają broń... tylko film nie raczy informować, skąd ją zdobyli. Mowa tylko o jakiejś anonimowej ''organizacji''.

Cała scena z Tosią Altman, przemycającą na zewnątrz plan obozu zagłady w Treblince to jedna wielka bzdura. Plan ten istotnie powstał. Problem w tym, że narysował go i przemycił... Jan Karski, który w przebraniu ukraińskiego strażnika przeniknął do obozu tranzytowego w Izbicy Lubelskiej. W filmie dalej pada informacja, że jakiś kurier ma ten plan przewieźć do Londynu i poinformować Aliantów o losie Żydów. Znowu - w filmie nie powiedziano, że kurierem tym był - znowu - Jan Karski. Ani o tym, że Aliantów informacje o tym niespecjalnie obeszły.

Niedługo potem mamy chyba najobrzydliwszą scenę, gdy Tosia Altman, uciekając przed - a jakże - polskimi szmalcownikami chowa się w kościele. Akurat trwa Msza Święta z okazji Wielkanocy. W pewnym momencie z płonącego getta przez okno kościoła wchodzi dym. Jedyną reakcją polskiego księdza na to wydarzenie jest... zamknięcie okna.

Potem widzimy Cukiermana z oficerami AK. Cała sekwencja sprowadza się do płomiennego ryku i walenia pięścią w stół przez tego pierwszego. Oczywiście, znowu ani słowa o niewygodnych szczegółach: że Armia Krajowa dostarczała broń do getta od stycznia 1943 roku i robiła to przez cały okres powstania, wysyłała specjalistów i szkoliła powstańców (w filmie szkoli ich Anielewicz, który, o ile mi wiadomo, żadnego przeszkolenia wojskowego nie miał). Nie ma też słowa o powodach nieufności AK do ŻOB, które były bardziej przyziemne od rzekomego antysecośtam, a mianowicie były spowodowane bardzo przyjaznym stosunkiem ŻOB do ZSRR i Sowietów, nawet w kontekście sprawy Katynia (przypominam - to wszystko było w kwietniu 1943 r.). Wiemy o tym z relacji samych członków ŻOB, którzy nie chcieli wyrazić lojalności względem AK na wypadek walk z Sowietami. W filmie nie ma też ani słowa o licznych próbach wysadzenia muru getta przez Armię Krajową.

Generalnie postać Cukiermana została rozdęta do poziomu Supermana, bo gość a to zdobywa broń, a to wysadza zawory, a to organizuje próbę ucieczki, a to zbiera informacje. Tymczasem Cukierman był poza murami getta nieporadny, w odróżnieniu od swojego poprzednika, wykształconego i obytego w Warszawie Ariego Wilnera. Cukierman nie znał Warszawy zbyt dobrze, źle mówił po polsku (pochodził z Wilna i był tzw. litwakiem), nie miał kontaktów.

W pamięć zapada scena z polskim kanalarzem, któremu nie dość było pieniędzy i wódki, by zostać przewodnikiem bojowników ŻOB. Dopiero pistolet przystawiony do głowy przekonał go do współpracy. Ta scena jest wyjątkowo paskudna, bowiem przewodników było dwóch i obaj są znani z nazwiska. Jednym z nich był Wacław Śledziewski. Złożył on obszerne zeznanie ze swojej pomocy po wojnie. Nie wziął nigdy żadnych pieniędzy za udzielenie pomocy. Nikt go nie zmuszał pistoletem do wskazywania drogi. Wielokrotnie z własnej woli dostarczał broń i zaopatrzenie do getta. Narażał tym samym całą swoją rodzinę.

Nie wiem nawet, jak skomentować taką piramidalną obrzydliwość względem tego człowieka.

Sama ewakuacja powstańców z kanałów to kolejny paszkwil na Polaków. Polacy, znowu przekupieni morzem forsy i wódy, znowu nie wywiązują się ze współpracy i trzeba ich zmuszać bronią. Znowu też pojawiają się polscy szmalcownicy i polski policjant, który na sam widok Żydów wychodzących z kanałów, biegnie z wywieszonym jęzorem do esesmanów.

Wiem, że z filmu usunięto kilka innych scen, jak np. zamknięcie kościoła przed uciekającymi z getta Żydami.

Ten film idealnie wpasowuje się w narrację wczesnego XXI wieku o Polakach-antysemitach, której sztandarowym punktem są książki Jana Tomasza Grossa.

* * *

Zostawmy wątki polskie i wróćmy do powstania.

Cały przebieg powstania w tym filmie to jedna wielka haggada - bajka. Już pierwsza scena niemieckiej pacyfikacji getta to jakiś absurd, bowiem Niemcom towarzyszy tam... Tygrys. Tak, Tygrys. Który zresztą zostaje spalony butelkami z benzyną. Tymczasem Niemcy w życiu nie użyliby tak cennego pojazdu do takiej akcji, a użytym ''czołgiem'' było działo samobieżne na francuskim ciągniku. W ataku ginie KILKUDZIESIĘCIU Niemców (!), a szturm zostaje odparty, chociaż dobrze wiadomo, że straty niemieckie tego dnia to DWUNASTU zabitych.

Generalnie trup (niemiecki, rzecz jasna) ściele się gęsto w tym filmie pod kulami świetnie uzbrojonych i wyszkolonych powstańców z ŻOB, co jest oczywiście bzdurą. Całe uzbrojenie ŻOB w momencie wybuchu powstania to jeden pistolet maszynowy, dziesięć karabinów i ok. 70 pistoletów. Szczytem komedii jest scena, w której jeden z powstańców biegnie strzelając ze szmajsera po Niemcach, a gdy zostaje podpalony miotaczem ognia biegnie do najbliższego z nich... i się przytula do niego, by ten się zapalił.

Absurd.

Przebija tę scenę chyba tylko ta, w której Stroop każe przynosić żołnierzom swoje biurko na pole walki, które potem jest zniszczone przez jakiegoś Samsona z ŻOB, bo ten miota granaty na co najmniej dwieście metrów.

W filmie też bardzo ''kreatywnie'' wyjaśniono kwestię niemieckich strat, wprost pokazując, że Stroop rzekomo fałszował raporty o stratach własnych - na co nie ma żadnego dowodu. Pomijam tu szereg mniejszych przekłamań, jak scena nalotu Stukasów na getto, którego nigdy nie było, czy ostrzeliwanie getta z dział przeciwpancernych.

Zaskoczę teraz wszystkich. Wiecie kogo jak zwykle pominięto w temacie powstania w getcie?

Oczywiście Żydowski Związek Wojskowy, którego nazwa, ani członkowie, nie pojawiają się w filmie ANI RAZU. Wyjątkowo bezczelne było przypisywanie ŻOB faktu wywieszenia flag na placu Muranowskim, czego dokonał w rzeczywistości ŻZW. Widok ten Anielewicz komentuje ''nasz mały naród'', ani słowem nie wspominając o ŻZW.

Generalnie druga część filmu jest niesłychanie pompatyczna. Po kilkunastu minutach nawet sceny batalistyczne zaczynają nużyć, bo wszystkie robione są na jedno kopyto. Przy dźwiękach ckliwej muzyki obserwujemy ciągle broniących się powstańców, wycinających kolejne setki Niemców. Tymczasem dobrze wiadomo, że po 4 dniach walki opór powstania został złamany i Niemcy przeszli do poszukiwania bunkrów pod ziemią. ŻOB w tym czasie wycofała się w głąb getta, nie posiadając żadnego planu, co robić dalej. Nie pomagają też dialogi, bo te są skrajnie patetyczne i uboższe z każdą kolejną minutą filmu. W każdym zdaniu jest albo o budowie własnego państwa, koniecznie w nawiązaniu do Starego Testamentu, albo marzycielskie kwestie siedzących pod ziemią bojowniczek, które jedyne o czym marzą, to więcej nabojów. Faktycznie, przecież to pierwsze o czym się myśli, gdy leżysz w dusznej dziurze pod ziemią...

Jak wyżej wspomniałem, w filmie przewija się sporo postaci historycznych: jest Adam Czerniaków, Jerzy Korczak, komendant policji Szeryński, wspomniany jest Emanuel Ringelblum. Wszyscy oni koncentrują się wokół Anielewicza. Tymczasem Anielewicz nie znał najprawdopodobniej żadnego z wymienionych, a zabieg ten został zrobiony celowo, by z Anielewicza zrobić duchowego ojca Izraela. Nowego Mojżesza.

* * *

Paradoksalnie film ogląda się całkiem nieźle, ale głównie jego pierwszą część. Ma to związek z bardziej wielowątkowym przedstawieniem historii, nie tylko z perspektywy ŻOB. Przede wszystkim postaci Adama Czerniakowa i jego osobistych dramatów, a także o haniebnej roli policji porządkowej wewnątrz getta, szczególnie z uwzględnieniem Józefa Szeryńskiego. Chociaż Donald Sutherland w ogóle nie przypomina prezesa Judenratu, to zagrał w mojej ocenie świetnie i oddał dobrze osobiste rozterki oryginału. Adam Czerniaków zresztą, przyjaciel prezydenta Starzyńskiego, uważał się bardziej za Polaka, niż Żyda, ale słono płacił za swoje stanowisko i pochodzenie. Świadkowie wspominali, że z rozmów z Niemcami wracał czasem poturbowany. Jego osobista tragedia zakończyła się samobójstwem dzień po rozpoczęciu przez Niemców deportacji do Treblinki, 23 lipca 1942 roku.

Ciekawie zaprezentowano też Józefa Szeryńskiego, komendanta policji. Ten był spolonizowanym Żydem, który pierwotnie nazywał się ''Szenkman'', a z czasem stał się antysemitą. Generalnie sama jego historia mogłaby wypełnić film. W filmie odgrywa rolę szwarccharakteru - wybuchowy, ordynarny łapówkarz w futrze, który - inaczej niż w rzeczywistości - ginie z rąk podkomendnego.

Zupełnie inaczej wypada postać Jürgena Stroopa. Jon Voight nie jest w ogóle podobny do oryginału, miota się jak furiat po całym getcie. W dodatku w filmie przedstawiono go tak, jakby powstanie przegrał. Jest to całkowita nieprawda, bowiem właśnie dzięki spacyfikowaniu getta kariera Stroopa nabrała jeszcze większego tempa, a on sam otrzymał awans na SS-Gruppenführera i Krzyż Żelazny I klasy. Wszystkie dostępne opracowania dowodzą tego, że Stroop wcale nie tracił zimnej krwi i do swojego zadania podszedł ''fachowo''.

Podsumowując, film ''Powstanie'' to film doskonale oddający ducha epoki, przypominający dziewczynę z Tindera. Na pierwszy rzut oka jest dobrze, ale im bardziej się przyglądasz, tym bardziej widzisz ogromne mankamenty, a wręcz przekłamany obraz i zamiast szczupłej 18-latki spotykasz się z otyłą samotną mamuśką 30+. Film pozornie jest zgodny historycznie i dopracowany, ale w rzeczywistości fałszuje obraz powstania w getcie od góry do dołu.

Dla mnie to 3/10, głównie za pierwszą część i aktorów.

Adres

Kraków

Ostrzeżenia

Bądź na bieżąco i daj nam wysłać e-mail, gdy Kino w mundurze umieści wiadomości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu i możesz zrezygnować z subskrypcji w dowolnym momencie.

Udostępnij

Kategoria