15/10/2024
"W Polsnische Volkschule fur Knaben, w czwartej klasie szkoły powszechnej, skolegowany był ze mną blisko Janusz Herbert, brat Zbigniewa, kilka lat od niego starszego, w przyszłości, rzecz jasna, słynnego poety. Nazywalismy Janusza „Herbert”, tak jakby było to imię czy pseudonim, a nie nazwisko. Tak zawsze było, przynajmniej ja tak na niego i do niego mówiłem, być może kojarzył mi się ten wyraz z imieniem Hubert czy Robert, może po prostu pasował, brzmiał jak imię. W grupie kolegów w tej klasie bawiliśmy się w wymyśloną przez nas samych grę planszową. Mapę Europy podzieliliśmy pomiędzy siebie na państwa. Byliśmy tych państw właścicielami, jakby okupantami. Wciąż kłocilismy się o to, kto zdobył, który kraj. Herbert wciąż przywłaszczał sobie Wielką Brytanię. Ona była w tej grze wiele warta, bo położona na wyspie i wiele tam było miast. Mnie często przypadały w udziale gorsze tereny, jak na przykład Hiszpania. Innym, mniej wnikliwym kolegom, przydzielaliśmy kraje najgorszego sortu. Janusz był kolegą ważniejszym od innych. Najprawdopodobniej myśmy dwaj byli najinteligentniejsi. Zarządzaliśmy tą mapą Europy – to myśmy pozostałym rozdawali państwa europejskie. Wskutek tych zabaw, często u Herbertów bywałem, na ulicy Obertyńskiej. Była dla mnie łatwo dostępna, przebiegałem od Stryjskiej przez górki. Na dole leżała Pełczyńska, granicząca z Cytadelą, tam forty austriackie. Te forty widać było dobrze z okna mieszkania na Stryjskiej. Kiedyś pożyczyłem Herbertowi książkę z wydawnictwa, które publikowalo serię broszur dla chłopców. To była opowieśc o życiu harcerzy – bohaterem był harcerz, który miał swoją grupę, drużynę. Oni tam ćwiczyli, skradali się, urządzali jakies bójki, podchody. No i ta książka została u niego, niezwrócona mi, bo Janusz... zmarł. Nagle go nie było. Jeszcze kilka dni wcześniej, byłem u niego. Wił się w boleściach na łóżku, nie mógł rozmawiać, nie mogł ze mna grać w te nasze państwa. Jego rodzice to byli świadomi i opiekuńczy ludzie, wyksztalceni i zamożni: ojciec prawnik, profesor ekonomii, nawet chyba dyrektor banku. Ja byłem przekonany, że Janusz jest tylko zwyczajnie chory. Okazało się, że miał zapalenie otrzewnej. Zmarł w męczarniach w domu. A ta pożyczona mu książka, to była ksiażka znajomej mojej mamy. Po jego o śmierci mama dopominała się o książkę, by ją tej znajomej zwrócić. Trzykrornie brat Janusza, Zbigniew przychodził do nas do domu i rozmawiał ze mną i mamą. Gdy Zbigniew był u nas, nagle wyrwało mi się z ust: „Bo Herbert…” I wtedy strasznie się zawstydziłem. Zdałem sobie sprawę, że nikt nie rozumie, dlaczego wspominam go z nazwiska, nikt nie wiedział, że tak na niego mówiłem, mówiliśmy, Herbert, a nie Janusz. Taki był nasz szkolny zwyczaj. Poczułem na sobie wzrok jego brata i mojej mamy. Byłem zbyt speszony i za mały, by im wytłumaczyć skąd się wziął ten „Herbert”. Byłem też za młody, by móc wyrazić, jak poruszyła mnie śmierć najbliższego kolegi. poczułem wtedy dotkliwie swoją niemożność powiedzenia tego, co bym chciał. Nie umiałem przyjąć jego śmierci".
Janusz Herbert zmarł na rozlane zapalenie wyrostka robaczkowego we wrześniu 1943. Jego brat Zbigniew wspominał: Zachorował poważnie mój braciszek. Byłem wówczas autorem dwóch wierszy, z których jeden, długi poemat na wzór „Statku pijanego” uważałem za genialny. Wiedziałem, że aby brata uratować, trzeba poświęcić coś, co ma się najdroższego. Spaliłem wiersze i poprzysiągłem, że nie będę nigdy pisał. Mały umarł mi na rękach, pamiętam: miał dużą gorączkę i opowiadałem bajkę, która podobała mu się. Umarł, więc mogłem już zostać lichym poetą. Badacze życia i twórczości poety Herberta podkreślają jednak: W rzeczywistości młodszy brat, Janusz, zmarł we wrześniu 1943 roku, gdy Zbigniew miał już 19 lat i większe osiagniecia literackie. Nie jest tez potwierdzone, by brat umarł Zbigniewowi "na rękach”, choć większość źródeł świadczy, ze faktycznie, zmarł w domu, a nie w szpitalu.
Powyższe fragmenty pochodzą z tomu pierwszego "Albumu Zalewskich" mojego autorstwa. Zamieszczam fotografię klasy z Polsnische Volkschule fur Knaben, na którym widoczny jest syn cukiernika lwowskiego, mój ojciec Władysław Zalewski oraz wspomniany w opowieści Taty Janusz Herbert. Szczególy w podpisie.