urodzinami napisałam czerwoną szminką na lustrze swojego apartamentu w Bejrucie:
'Czas na zmianę jest teraz. Za 10 lat może być za późno.'
Po czym rzuciłam międzynarodową karierę architektki i ruszyłam do Indii. Bardzo lubiłam swoje libańskie życie (a wcześniej angielskie, szkockie, szwajcarskie, niemieckie), ale coraz mocniej tęskniłam za wiatrem we włosach, żywą ziemią pod stopami, płynięciem
z własnym nurtem na co dzień. Bo choć czułam się spełnioną architektką, głęboko w sercu skrywałam marzenie dziewczynki o byciu… panią od plastyki, ilustratorką baśni, malarką. Dwa lata w Indiach to piękny czas. Kiedy wreszcie usiadłam do malowania, wymyśliłam sobie, że powinno nieść przesłanie. (A ja po prostu chciałam malować! Nie z głowy a z serca, tak samo jak wtedy, gdy byłam małą dziewczynką.) I nagle - w porównaniu z wznoszeniem budynków - malowanie wydało mi się mało istotne. Mój sen parował. A powstającą po nim pustkę wypełniał lęk, że już nie potrafię malować od siebie. (Konstrukcyjny rysunek architektoniczny napiętnował mnie koniecznością precyzyjnego odtwarzania rzeczywistości. Przestraszyłam się, że nie zdołam się z tego wyzwolić.) Przestałam malować w ogóle. Podróżowałam, osiadałam, budowałam, burzyłam… Aż dotarłam do Rajasthanu, malowanej krainy maharadżów i cyganów, w której bardziej niż gdziekolwiek czułam obecność Saraswati, bogini twórczości. Postanowiłam spróbować znów. Zaszyłam się na miesiąc w półwiecznym kamiennym domu wiatrów z balkonem wychodzącym na bezkresną pustynię i zaczęłam malować swoją indyjską opowieść. Już nie dla ludzkości, dla siebie. Niestety, nie skończyłam...
Powrót do Polski nie był w planach. A jednak musiał się wydarzyć. Po 10 latach życia daleko, coraz dalej stąd, wróciłam do swojego nastoletniego pokoju. I dałam się wcisnąć w starą skórę, o jak bardzo za ciasną… Przestałam tworzyć, przestałam krwawić. Przez 9 długich miesięcy trwałam, pogrążona w bezruchu. Obudziłam się z krzykiem i opuściłam dom mamy. Uczyłam się stawiać granice. Tu, blisko, bez konieczności uciekania. Nadeszło piękne lato. Przyjaciółka od zawsze zaprosiła mnie do intymnego kręgu narodzin. A ja zaczęłam snuć wizje rozkwitającego łona. I zrozumiałam, że tylko malowaniem mogę uzdrowić swoje. Pierwsza powstała 'gladiolowa'. Potem kolejne. A zimą zobaczyłam czerwoną różę rozkwitająca na śniegu. Moja wewnętrzna rzeka wezbrała i wylała znów. A jednak ubiegły rok nie był jeszcze czasem na rozpostarcie skrzydeł. Wciąż goiły się rany po starych, dopiero opierzały się nowe Ale zaczęłam bywać panią od plastyki ;)
W 2017 maluję. Codziennie. Za dużo się nazbierało - w głowie, w sercu, w łonie - by nie malować. Uwalniam życzenia. Te, które wymaluję, spełniają się. Kolejne krwawiące czuwają i celebrują mój cykl; Lakszmi, bogini obfitości, chojnie obdarza obdarowane; tęczowy mężczyzna uleczył przyjaciela; zimowe ptaszki pofrunęły do nowych gniazd... A ja lecę na 35. urodziny do Indii. Dokończyć swoją opowieść ;)
PS
Od czasu kiedy szminkowy zew do zmiany zaczerwienił się na moim bejruckim lustrze minęło 5 lat. Zdążyłam!