23/02/2026
Luty to w biografii Zdzisława Beksińskiego miesiąc graniczny – zarówno pod kątem daty jego urodzin (24 lutego 1929), jak i tragicznej śmierci (21 lutego 2005). Ta zbieżność dat skłania do podsumowania dorobku artysty, który mimo ogromnej popularności, wciąż bywa interpretowany w sposób powierzchowny, ograniczony jedynie do mrocznej sfery jego obrazów.
Kluczem do zrozumienia warsztatu Beksińskiego są jego początki, w tym rzadziej eksponowana twórczość rzeźbiarska z lat 60. To właśnie w metalowych reliefach i abstrakcyjnych bryłach krystalizowało się jego zainteresowanie fakturą, formą i biologicznym rozpadem. Rzeźba była dla niego poligonem doświadczalnym – tam uczył się operować światłem i cieniem w przestrzeni, co później z taką precyzją przenosił na płytę pilśniową. Jego wczesne prace trójwymiarowe, często kute w blasze czy łączące metal z drutem, zapowiadały architektoniczną dyscyplinę, która towarzyszyła mu do końca życia.
Beksiński nie postrzegał siebie jako malarza grozy, lecz jako artystę dążącego do wizualnej perfekcji. Jego ewolucja od rzeźby i fotografii, przez barokowy okres fantastyczny, aż po ascetyczny, niemal geometryczny finisze z przełomu wieków, pokazuje niezwykłą konsekwencję w badaniu granic formy. Dziś, analizując jego spuściznę, warto widzieć w nim nie tylko wizjonera, ale przede wszystkim rzetelnego analityka kształtu i kompozycji, który z rzemieślniczą pasją dokumentował własną podświadomość.
Artysta przy pracy nad rzeźbą "Makbet", 1961 r.
Fot. Archiwum Muzeum Historyczne W Sanoku