28/11/2025
19 listopada w katowickiej ASP odbyło się wydarzenie poświęcone Urszuli Broll – konferencja towarzysząca wystawie „Pejzaże jeszcze dalekiego świtu” oraz oprowadzanie po pracowni artystki przy ul. Piastowskiej 1. Jako Towarzystwo Bellmer dziękujemy organizatorom za podjęcie tematu oraz konsekwentną pracę na rzecz przypominania dorobku Urszuli Broll. Cieszy nas frekwencja i obecność osób, które zdecydowały się odwiedzić pracownię – miejsce, które pod naszą opieką nadal funkcjonuje i pozostaje dostępne dla zainteresowanych.
Konferencja pokazała, że twórczość Urszuli Broll wciąż jest żywa, a także wymaga dalszych badań i rozmowy. Otwarta wystawa w Rondzie Sztuki oraz możliwość wejścia do pracowni były wartościowym uzupełnieniem tej dyskusji. Dziękujemy za współpracę, zaangażowanie i obecność wszystkim, którzy przyszli zobaczyć oraz posłuchać. To był ważny dzień – mamy nadzieję, że nie ostatni.
*****
URSZULA
Osoba bardzo mi bliska. Przeżyliśmy razem wiele lat, czasy naszej młodości i wieku dojrzałego. Mamy syna Rogera. Później rozeszliśmy się, a ja na 13 lat wyjechałem do Ameryki. Jednak nadal utrzymywaliśmy kontakt. Z początku trochę bolesny, stopniowo przekształcił się w serdeczną, przyjacielską relację, która trwała przez kolejne lata. W naszym związku nie pojawiła się nigdy rywalizacja ani zazdrość artystyczna. Nasze autonomiczne działania mogły zawsze liczyć na wzajemne poparcie i pomoc.
Nasz związek był — i w pamięci mojej nadal pozostawał — związkiem szczególnym. Oczywiście, najpierw była fascynacja kobiety i mężczyzny, ale od samego początku spotkały się też osoby poszukujące, niezadowolone ze status quo, gotowe do kwestionowania zastanych norm. Ten brak zachwytu, a czasem wręcz sprzeciw wobec zjawisk czy procesów społecznych lub kulturowych, mógł dotyczyć wszystkiego: sztuki, ustroju, religii, nauki, obyczajów. A z drugiej strony — towarzyszyła nam otwartość na nieznane.
Urszulę Broll poznałem w maju 1956 roku. Byłem wówczas wolnym słuchaczem ASP, kursowałem między Raciborzem a Krakowem, z obowiązkową przesiadką w Katowicach. Tam czasem zaglądałem do Pani Eli, do BWA przy Dworcowej. Pewnie bym Urszuli nie poznał, gdyby nie atmosfera tamtych miesięcy poprzedzających Polski Październik. W 1955 i szczególnie w 1956 roku ludzie zaczęli się mniej bać — i to było wyczuwalne wszędzie.
W BWA natrafiłem na Wiosenną Wystawę Malarstwa i Rzeźby. Jeden z malarzy zaproponował wspólną wizytę na innej ekspozycji — wystawie grupy St-53, mieszczącej się w klubie na ul. Warszawskiej. Tam właśnie spotkałem Urszulę. Młoda kobieta o falujących, miedzianych włosach, przenikliwym spojrzeniu, elokwentna, błyskotliwa. Rozmowa między nami szybko się nawiązała. Pani Urszula — z czasem już po prostu Urszula — zaprosiła mnie później na spotkanie dyskusyjne grupy. Tak to się zaczęło. Kilka miesięcy później zostaliśmy małżeństwem (1958). Przeniosłem się do Katowic. Tu mogliśmy pracować i być razem.
Gdy się poznaliśmy, ona była świeżo po dyplomie, ja dopiero zaczynałem Akademię. Jeździłem z nią na wystawy, poznawałem środowisko popaździernikowej awangardy. Dyskutowaliśmy o sztuce, religii, nacjonalizmie — o wszystkim. Rozmawiać z Urszulą, a nawet się z nią spierać, było wielką przyjemnością. Jej argumentacja była ostra, logiczna, przenikliwa. Miała niezwykłą wrażliwość na zło, krzywdę i obłudę.
Pierwsze lata razem były czasem odkrywania materii — malarskiej i nie tylko. Malowała taszystowsko, eksperymentowała z lakierami, pigmentami, piaskiem. Jej cykl „Alikwoty”, z osiowymi, hieratycznymi strukturami, stał się jednym z najważniejszych. W dużej mierze pozostała wierna tej zasadzie budowania obrazu, niczym tantryczne jantry.
W ślad za poszukiwaniami formalnymi pojawiły się też duchowe. Odrzucaliśmy ideologię ustrojową, nie wierzyliśmy w religię instytucjonalną. Czytaliśmy — po polsku, angielsku, niemiecku — filozofię, literaturę, poezję. Urszula tłumaczyła z niemieckiego Junga, ja przepisywałem, a z czasem powstało nasze podziemne wydawnictwo. Wydawaliśmy Jungowskie teksty, później też inne — najpierw maszynopisowo, potem offsetem. Drukowaliśmy setki egzemplarzy. To była odwaga — jawne, nielegalne, poza systemem.
Urszula znała niemiecki od dziecka — wychowana na Śląsku, w rodzinie polsko–niemieckiej, w czasie wojny wysiedlana, wychowująca się między językami. Ta dwujęzyczność stała się jednym z filarów naszej działalności.
Długo mieszkaliśmy na Piastowskiej. Pracownia na poddaszu — nasza wyspa. Zaglądali tam artyści, dziwacy, poszukiwacze. Czytaliśmy o Indiach, Tybecie, Dalekim Wschodzie. Oneiron, zazen, później fascynacja wadżrajaną. W latach 70. nasz dom stał się miejscem pierwszej nieoficjalnej grupy buddyjskiej w PRL. Spotkania, praktyka, wydawnictwa. Ryzyko — ogromne. A jednak trwaliśmy, bo ona była silna.
Był też trudniejszy czas — moje picie. Dwa, trzy lata. Kiedy chciałem pić, musiałem pić. Urszula chodziła wtedy po alkohol bez wyrzutów, bez kazań. To dzięki temu nie zostałem w tym na zawsze. W pewnym momencie po prostu przestałem — a wdzięczność za ten spokój w jej oczach nosiłem w sobie zawsze.
Do końca życia pozostałem wobec niej pełen ciepła, podziwu i wdzięczności.
Andrzej Urbanowicz
Jesień 2004