04/08/2026
Wydawałoby się, że postawienie dwóch namiotów stretch (157 m² każdy) na płycie rynku w małym miasteczku to zadanie bez pułapek.
Tymczasem to właśnie takie lokalizacje stawiają największe wymagania architekturze eventu. Skąd to się bierze?
Stary rynek ma swoją tożsamość. Swoje osie kompozycyjne, proporcje, historię wpisaną w bruk i fasady. Wszystko, co się tam dostawia, musi wyglądać, jakby zawsze tam było. Nasze konstrukcje nie mogły więc wyglądać jak ciało obce.
Miały pełnić rolę przestrzeni spotkań mieszkańców, miejsca na warsztaty, animacje, chwilę odpoczynku, bez odbierania rynkowi jego głównej funkcji.
Kilka rozwiązań, które to umożliwiły:
✔ Zero podłogi. Namiot wyrastał wprost z rynkowego bruku, więc nie działał jak wstawiona z zewnątrz konstrukcja, tylko naturalnie wtapiał się w plac.
✔ Pełna otwartość. Żadnych ścian oddzielających event od reszty miasta. Ludzie odpoczywający pod zadaszeniem mogli obserwować ulicę i być widziani przez resztę rynku - to zaproszenie, nie odgrodzenie.
✔ Balast jako funkcja, nie problem. Elementy techniczne, zamiast je maskować, zamieniliśmy w siedziska i granice strefy eventowej.
✔ Wiele funkcji, jedna przestrzeń. Warsztaty, animacje, edukacja i zwykłe miejskie życie toczyły się obok siebie, bez podziału na osobne strefy. Organizator mógł swobodnie zmieniać charakter miejsca w ciągu dnia, bez żadnej przebudowy.
✔ Pokora wobec kontekstu. Miękka, charakterystyczna linia dachu namiotów odróżniała się od historycznej zabudowy, ale jej nie przytłaczała - stała się współczesnym dopełnieniem, a nie konkurencją dla rynku.
Najlepszy komplement, jaki może usłyszeć taki projekt? "A to zawsze tu stało?"