13/02/2026
Patrzę sobie na internet i myślę:
„No dobra, co może pójść nie tak, kiedy w jednym zdaniu pojawiają się: noblistka, 17 milionów złotych i słowo rewolucja?”
I wtedy wchodzę w tę historię.
Mamy Olgę Tokarczuk.
Mamy nowe studio – Sundog.
Mamy zapowiedź gry RPG „Ibru”, inspirowanej „Anną In w grobowcach świata”.
I mamy niemal 17 milionów złotych z Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości.
Ale spokojnie.
To nie było „na grę”.
To było na technologię.
Na system InteGra, który – cytuję z powagą godną konferencji TED – ma „zrewolucjonizować rynek RPG”.
Zrewolucjonizować.
Ja już widzę te oczka graczy świecące jak przy pierwszym zwiastunie Wiedźmina.
AI, psychologia postaci, nieliniowość, Unreal Engine 5, modelowanie psychiki bohaterów…
Brzmi jak mokry sen fana RPG.
I w tym momencie zaczyna się część groteskowa.
Zamiast pokazu prototypu – mamy opis.
Zamiast gameplayu – LinkedIn.
Zamiast devloga – ciszę.
Najpierw nazwisko jest na froncie.
Później znika.
Oficjalnie – z powodu obowiązków.
Internet?
Internet nie lubi próżni.
Internet uwielbia dopowiadać.
I nagle cała ta historia zaczyna wyglądać jak bardzo ambitny pitch deck, który ktoś przez przypadek opublikował bez slajdu „Dowód, że to działa”.
Żeby było jasne – nie mam problemu z tym, że państwo finansuje ambitne projekty.
Nie mam też problemu z tym, że pisarka chce zrobić grę.
Mam problem z jednym:
jeśli mówisz „rewolucja”, to pokaż choćby iskierkę.
Bo w branży gier słyszeliśmy już wiele „przełomów”.
A gracze są dziś jak weterani marketingowych bitew – nie wierzą bez gameplayu.
Może Ibru okaże się świetne.
Może faktycznie zobaczymy coś nowego.
Chętnie wtedy powiem: „Dobra, myliłem się.”
Ale na dziś?
Na dziś ta historia jest bardziej o obietnicach niż o faktach.
A kiedy w grę wchodzą publiczne pieniądze – cisza robi się naprawdę głośna.
W komentarzu wrzucam pełny materiał, w którym rozkładam to na czynniki pierwsze.
I serio jestem ciekaw –
czy tu widzicie ambitny projekt, czy balonik pompowany wielkimi słowami?