22/08/2026
Najgorsze festiwalowe historie istnieją.
HIP HOP KEMP właśnie przypomniał mi moją. Łączę się w bólu ze wszystkimi, którzy zdążyli już dojechać na miejsce, zanim dowiedzieli się, że festiwalu nie będzie.
FAITH NO MORE grało 4 lipca w Poznaniu, ale z punktu widzenia żywczanina atrakcyjniejsza była wyprawa do Hradca. Dzień później ROCK FOR PEOPLE miało taki oto zestaw:
FAITH NO MORE + SKRILLEX + ORBITAL.
No brainer.
Tym bardziej, że mimo iż FAITH NO MORE to dla mnie życiowa topka totalna, akurat wtedy byliśmy pod ogromnym wpływem SKRILLEKSA, a ORBITAL na żywo to przecież klasa.
Zrobiliśmy (my, czyli dwie osoby asmodevowskie) se więc czelendż: jedziemy do Hradca na stopa i bierzemy ze sobą tylko po kocu.
Żadnego namiotu. Żadnych plecaków.
Będzie, co będzie.
No i było.
Do Hradca dotarliśmy wieczorem dzień przed koncertami. Gdzieś po drodze znaleźliśmy kawałek zboża, uznaliśmy go za hotel i położyliśmy się pod gołym niebem.
Pogoda była doskonała.
Nad czeską ziemią wisiało niebo tak pogodne, jakby wszelkie burze zostały dawno przepędzone w piździec. Trawa i zboże łagodnie falowały na ciepłym wietrze, rosa układała się pod naszymi skoliozami jak srebrzysta pierzyna, a do snu śpiewały kaczki, niczym jakieś czeskie elfy bagienne.
Krótko mówiąc: niebo.
Rano wstaliśmy z tego zboża i ruszyliśmy na ROCK FOR PEOPLE.
Piliśmy malinowe portery i jedliśmy jakieś czeskie ciastka z czeskiej Biedronki.
Forma na lato, szał ciał, cycki na wierzchu.
Mieliśmy tak dobry nastrój, że nie przeszkadzał nam nawet koncert FLOGGING MOLLY.
A potem przyszła pora na właściwy plan dnia.
ORBITAL.
SKRILLEX.
FAITH NO MORE.
I tak sobie stoimy w tym słonecznym, wakacyjnym nastroju i czekamy na brytyjskich wirtuozów techniawy.
Pięć minut przed koncertem:
JEB.
Centralnie jakieś pięć metrów ode mnie piorun tak pierdolnął w rusztowanie, że przed oczami przewinęły mi się wszystkie zmarnowane życiowe szanse.
I w jednej chwili skończyło się lato.
Zaczęło tak k***a lać, wiać i ciemnić, że ludzie uciekali, jakby próbowali oszukać przeznaczenie. Nie mieliśmy wątpliwości: ten wieczór to nasza pewna śmierć.
Festiwalowicze nie wracali do namiotów, bo często nie było już do czego wracać.
Namioty po prostu wylatywały ze strefy campingowej.
Ale co tam namioty.
Wiesz, jak w grach w segmentach ucieczkowych. Biegniesz i nagle musisz zmienić tor, bo przed tobą właśnie jebło drzewo. Albo tojtoj, albo i siedem. Wszystko fruwa. Wszystko płynie. Ludzie spierdalają we wszystkich kierunkach.
Armagiedon.
Po paru minutach byliśmy tak mokrzy, że zostały nam właściwie same majty.
Schowaliśmy się gdzieś w lesie. Wysępiliśmy od kogoś zapałki i próbowaliśmy rozpalić ognisko z jakichś kartonów, żeby się trochę ogrzać na tym zadupiu.
Plan miał jeden drobny problem. Wszystko na świecie było przemoczone jak cholera. Z tej mąki ognia nie będzie.
Ostatecznie znaleźliśmy jakąś szklarnię, a lokalsi dali nam ogrzać się lolkiem.
I tak skuci i skuleni czekaliśmy, aż przestanie padać.
Bo przecież chcieliśmy jeszcze iść na FAITH NO MORE.
Do samego końca łudziliśmy się, że ROCK FOR PEOPLE zaraz otrzepie się z błota, techniczni postawią scenę do pionu i wszystko będzie normalnie kontynuowane.
Kiedy deszcz trochę odpuścił, wróciliśmy więc na teren festiwalu razem z tłumem równie naiwnych frajerów.
Ze sceny zostało niewiele.
Ale rany boskie. Z jakiegoś namiotu dochodzi muzyka.
Okazało się, że SKRILLEX miał na tyle godności, że wcisnął się w jakiś śmieciowy namiot i z opóźnieniem jednak zagrał. Skrócony koncert, awaryjne warunki, ale ZAGRAŁ.
A FAITH NO MORE?
Widzieliśmy tylko, jak odjeżdżają busem. W kontrakcie mieli zapisane, że na wypadek armagiedonu biorą forsę i w nogi.
ORBITAL oczywiście też przepadł.
ROCK FOR PEOPLE w ramach rekompensaty pozwoliło nam przyjechać rok później na ten sam bilet.
Ale jakoś nie mieliśmy już ochoty.
Chytry traci trzy razy.