25/06/2025
Nowy dzień zaczynamy zawsze od dotyku gliny. To jak powitanie – z ziemią, z sobą samym, z tym, co nieruchome, a zarazem zmienne. Glina nie jest tylko materiałem – to żywioł. Nie da się jej w pełni kontrolować, jak nie da się ujarzmić ognia ani zatrzymać wiatru. Można się z nią tylko porozumieć. I to nie słowami, ale ciałem – naciskiem dłoni, precyzją palców, oddechem.
W naszej pracowni panuje specyficzna cisza. Taka, której się nie narzuca, ale która sama się osadza. Otwieramy worki z masą, siadamy przy stole i pozwalamy, by pierwszy ruch ręki powiedział nam, w jakim jesteśmy stanie. Czy jesteśmy spięci? Czy za dużo myślimy? Czy glina będzie się dziś kłócić, czy może pozwoli się prowadzić?
To, co dla wielu wydaje się nieistotne – że coś zostało zrobione ręcznie – dla nas jest sercem wszystkiego. Wiemy, które naczynia formowaliśmy w zamyśleniu, a które z radością. Które było eksperymentem, a które ratunkiem. Czasem kubek, który powstał w stanie niemal automatycznym, okazuje się najbardziej potrzebny – jakby sam wiedział, że ktoś go szukał. I odwrotnie – ten, w który wkładamy cały kunszt i serce, bywa pomijany, bo zbyt „doskonały”.
W glinie nie chodzi o efekt. Chodzi o drogę. Tworzenie kubka w pierwszej fazie trwa może 20 minut. Ale zanim będzie gotowy musi minąć tydzień, trzeba mieć dzień, tydzień, czasem miesiąc pracy nad sobą. Uczymy się tego cały czas – że to, co mamy pod paznokciami, to nie brud. To ślad obecności, cierpliwości, błędu i nauki. To opowieść, która nie potrzebuje słów.
W Bieszczadach łatwiej to wszystko poczuć. Tu ziemia nie udaje, że jest czymś więcej niż sobą. Drzewa nie chcą być wysokie – po prostu rosną. Gliniane naczynie w takiej scenerii staje się czymś więcej niż przedmiotem użytkowym. To znak porozumienia między mną a miejscem. Między człowiekiem a materią, która od zawsze była z nami.