25/08/2026
Krakowski krytyk Przemysław Koniuszy tak zaczyna recenzję Yachaypucllaypacha (Afront, Bukowno 2025), najnowszego tomu wierszy Przemysława Wechterowicza:
Przemysław Wechterowicz w drugiej (trzeciej – dop. red.) książce poetyckiej z powodzeniem broni swojego idiomu i dąży do tego, by dziedzictwo światowego surrealizmu nie zanikło w polskiej literaturze, a nawet – twórczo przywrócone – odżywało w świeżej i subtelnej formie, stanowiąc rekompensatę za niezaistniały w przeszłości polski nadrealizm. Yachaypucllaypacha jest tomem wielokierunkowym: otwartym na różne strategie lektury oraz w równej mierze rozwarstwiającym się i syntetyzującym własne składowe w iluzorycznie spójną całość. Wechterowicz – co widać już po samym tytule tomu – szuka języka pozorującego adekwatność, by wykorzystać go do opisu złudzeń oraz do diagnozy świata o niejednoznacznej determinancie. Już same autonomiczne, przeładowane tytuły poszczególnych utworów, będące prowokacją interpretacyjną i rodzajem żartu bądź anegdoty, zajmują miejsce wiersza właściwego i inscenizują szereg napięć równocześnie. Również one – uprzedzając lekturę i paraliżując ją – narzucają gotową narrację, zanim wyłoni się sam tekst, w wyniku czego powstaje ciekawe zjawisko: po pierwsze, przeciążenie odbiorcy treścią oraz wymaganiami, jakie stawia utwór, po drugie, symbolizacja skrajnej, komicznej, perwersyjnej wręcz bierności: "Bujając się w fotelu, zdrzemnąłem się tak nieszczęśliwie mocno, że nie zdołałem nawet zaprotestować, kiedy moja żona, filozofka od Derridy i malarka abstrakcjonistka, skradająca się od kuchni na czworakach, wskoczyła mi na kolana i poderżnęła gardło moim ulubionym kozikiem do podgrzybków i prawdziwków".
(Link do całej recenzji w komentarzu).