18/01/2015
Nadszedł ten czas, w którym wszyscy jesteśmy w swoich domach - najedzeni, czyści i już powoli wracamy do małej rutyny. Choć, nim do niej wrócimy warto przypomnieć sobie miniony tydzień.
Wspólnie spędzony tydzień w 12-sto osobowej ekipie przypomniał mi trochę moje młodzieńcze obozy, lecz na żadnym z nich nie trzymałem kija przewodnika. Skład był rozłożony równo, po sześć osób z Uniwersytetu Medycznego pod przewodnictwem prezesa Michała Sosnickiego i sześć osób z KW Grań pod moimi skrzydłami. Bywało ciężko, warunki atmosferyczne i górskie ukształtowanie terenu dawały w kość na podejściach, zejściach, graniach a nawet na prostej drodze do Moka.
Tatry nas nie zawiodły, od samego początku mieliśmy piękną pogodę. Wystartowaliśmy wieczorem w niedzielę 4.01 a w godzinach popołudniowych następnego dnia, podchodząc niebieskim szlakiem przez Boczań, byliśmy już zameldowani w Murowańcu.
Zapraszam wszystkich do mojej długiej, subiektywnej relacji:
Kolejnego dnia z pełną werwą napalony na górskie szczyty, zatrzymałem się w holu schroniska i drapiąc się po głowie mówiłem w myślach – gdzie my do cholery pójdziemy? przecież jest 2 lawinowa… Wielką pomocą okazał się kontakt z Toprowcami. Znawcy tematu jednomyślnie zaproponowali kierunek Kasprowego Wierchu przez Suchą przełęcz a następnie jak starczy nam sił i ochoty zmierzać w kierunku Świnickiej przełęczy przez Liliową Przełęcz i Pośrednią. Chcąc zyskać jak najwięcej dnia ruszyliśmy wartko tuż po 8. Pierwsza myśl, dobrze się ubrałem? Wszak nie mam doświadczenia – będzie mi za gorąco, czy za zimno? Spocę się i zmarznę czy zawrócę po kolejną parę gaci. Idę. Za mną idą moi towarzysze, bez marudzenia, szybkim krokiem, jeden za drugim. Pierwsze oznaki tego że jesteśmy w górach były na podejściu pod Suchą przełęcz. Warun dość srogi – wiało mocno, odczuwalna temperatura około 15~20 stopni poniżej kreski, podejście strome i oblodzone. W połowie drogi zdałem sobie sprawę, że miałem nosa co do ubioru – czułem komfort. Postój, nakładamy raki, zmieniamy kije na czekany i w drogę, lecz… Magdzie zimno w stopy, pytanie jak zimno? Czy grozi jej odmrożenie? Postanawiam, że zatrzymujemy się na Kasprowym, grzejemy się i decyzja w dół lub w górę, zobaczy się. Medyczni zważywszy na stopy Magdy poszli pierwsi, inżynierowie zważywszy na odciski Przemka doszli później. W różnych odstępach czasu, trzymając się w kupie spotkaliśmy się na Kasprowym Wierchu. Podejście było dość wyczerpujące i nie nagradzało widokami, lecz sytuacja się zmieniła gdy tylko ruszyliśmy dalej… W GÓRĘ. Przepiękny widok ze szlaku grani na stronę Polską i Słowacką został olśniony przez niczym nie zasłonięte słońce i towarzyszył nam już do końca dnia. Kontemplując zimowy krajobraz byliśmy ciągle poniewierani coraz to silniejszymi wiatrami aż do Świnickiej Przełęczy, brodząc czasami po pas w śniegu. W drodze powrotnej zdobyliśmy najwyższy szczyt wyjazdu czyli Pośrednią Turnię 2128 m n.p.m. parę fotek i znów w dół. Wróciliśmy szlakiem przez Liliową Przełęcz i tuż przed zmrokiem schroniliśmy się w Murowańcu. Tego samego dnia, spragnieni wrażeń wybraliśmy się w małej ekipie na nocny trekking pod Czarny Staw, na lekko i z czołówkami, które wcale nie były potrzebne zważywszy na pełnię i gwiazdy, które pięknie rozświetlały niebo. Taki był wtorek, niestety ostatni dzień w Hali Gąsienicowej.
Środa z kolei to dzień zmiany doliny i przenosiny do Moka. Wymeldować mieliśmy się do godziny 10:00, nie marnowaliśmy więc czasu, ogarnęliśmy się i w drogę. Tu wchodziła opcja przejścia przez Rówień Waksmundzką szlakiem – szlak do pokonania w 5h latem, zimą mógł okazać się nie lada trudnością z ciężkim plecakiem i zasypaną ścieżką. Wybrałem łatwiejszą drogę przez Zakopane. Urozmaiceniem powrotu był żółty szlak przez Dolinę Jaworzynki, później obiad w Grocie no i jazda busem do Polanicy. Na podejściu ciężar plecaka mocno dał mi w kość a plastikowe buty przeklinałem pod nosem cały czas. W końcu dotarłem, współtowarzysze już zjedli i czekali na resztę. I moim uszom obiło się „Bielecki tu jest”. Mieliśmy do czynienia z niewątpliwie wielką postacią polskiego Himalaizmu. Adam w wyniku pokrzyżowanych planów na K2 postanowił potrenować na tatrzańskich warunkach, parę fotek i zszedł na dół do Polanicy. Wieczorem mieliśmy przyjemność zawitać przy naszym stole Toprowca i podpytać go jak uprawiać bezpieczną turystykę wysokogórską. A pytać było o co, bo warunki stawały się coraz gorsze - już był 3 stopień lawinowy. Padło na lód.
Czwartek to dzień lodu, jeszcze obolałym krokiem przeszliśmy przez Morskie Oko i tuż za Półwyspem Miłości czekała na nas piękna Dwoista Siklawa z lodem na jeden 30m wyciąg. Dzięki sprzętowi jakim dysponowaliśmy mieliśmy okazję poczuć na własnej skórze jak to jest wbić dziabę i dostać kryształkami lodu w twarz. To był mój pierwszy raz na lodzie, gdzie szpon zamienił się w profesjonalny czekan a baletek wspinaczkowy na skorupę z rakami. Technicznie to była pewnie porażka, ale początki nigdy nie są łatwe. Reszcie szło dobrze i bardzo dobrze, niekiedy lód piszczał przez mocno wbijany czekan a niekiedy drwił, zrzucając amatora z drogi. Stanowisko dwupunktowe, oczywiście bezpieczne zamontowane na grubych kosodrzewinach, także każdy bez cienia wątpliwości mógł oddać się przyjemności pokonywania zmarzliny.
Piątek również był dniem lodu, lecz trochę innym i ciekawszym, lecz to pozostawię sobie i członkom wyjazdu.
W sobotę dzień zejścia i rozejścia się, dzień w którym odczułem ulgę, że wracamy cało i w pełnym składzie. Doświadczenie jakie nabyłem na tym wyjeździe jest niewątpliwie ogromne i dziękuję Wam towarzysze, że zaufaliście w moje umiejętności. Mam nadzieję, że ta wyprawa to dopiero początek Waszej i mojej przygody z górami.
Jeżeli tą notkę czytają studenci Politechniki Białostockiej to zapraszam do włączenia się w szeregi KW Grań. Piszcie w prywatnej wiadomości a uzyskacie wszelkie niezbędne informacje. Do zobaczenia!
Prezes Klubu Wysokogórskiego Grań
Damian Borys