12/02/2026
https://www.facebook.com/share/179nNKCzNK/?mibextid=wwXIfr
Kto już jadł pączka? Pierwotnie Tłusty Czwartek nazywał się Combrowskim Czwartkiem, i był dniem zabaw kobiecych co jest jedynym świadectwem (językowym, słabym) – miał wziąć się od nazwiska żyjącego w XVII wieku krakowskiego kupca Combra, który prawdopodobnie był mizoginem, miał kompleksy i małego, bo okrutnie prześladował przekupki, które rozstawiały kramy i handlowały na krakowskim rynku – no trudno współcześnie określić go inaczej niż „stary ch6j”.
Co ciekawe, sama postać Combra może być wtórnym wymysłem ludowej wyobraźni, próbą wyjaśnienia już istniejącej nazwy. Etnografowie sugerują, że „combrowy” mógł pochodzić od staropolskiego określenia oznaczającego hałas i swawolę albo od terminów cechowych związanych z handlem. Innymi słowy — kupiec mógł być potrzebny opowieści, ale niekoniecznie historii. Co wcale nie przeszkadzało przekupkom mieć na kogo symbolicznie zrzucić całą frustrację. Trudno się dziwić – ja się nie dziwię – że gdy przyszło mu zejść z tego świata, na co niewątpliwie czekali wszyscy, tylko z różnych powodów – kobiety niższego stanu zamiast stypy urządziły grubą bibę, że dziad pazerny nie będzie więcej zawracał dupy. Z czasem stało się to dorocznym zwyczajem, i chętnie dołączały do niego nawet mieszczki (i słusznie, nie ma niewinnnych chłopów xd).
Zwyczaj okrzepł, wybierana była marszałkowa całej akcji, tłum niczym wojsko dzielił się na roty. Wybór marszałkowej i wojskowa organizacja tłumu nie były przypadkiem. Zapusty należały do czasu odwróconego porządku — na chwilę kobiety przejmowały kontrolę, role się mieszały, a śmiech stawał się narzędziem władzy. Taki kontrolowany chaos był bezpiecznym wentylem społecznym. Po nim wszystko miało wrócić na swoje miejsce. Za krzywdy, biedę, poniewierkę, ohydne traktowanie, odbijały sobie – za składkowe kupowały gorzałkę, wynajmowały muzykantów i na rynku czyhały na bogu ducha winnych (już mówiłam, nie ma niewinnych) chłopów (bez żartów, płeć nie ma znaczenia). Najgorzej mieli nieżonaci, – musieli ciągnąć ciężki kloc drewna za to, że migają się od obowiązków ( Kloc nie był wyłącznie szyderstwem. W wielu regionach symbolizował ciężar bezżenności — społeczność nie traktowała braku małżeństwa jako prywatnej decyzji, lecz jako uchybienie wobec wspólnoty. Małżeństwo było obowiązkiem ekonomicznym i reprodukcyjnym. Ciągnięcie drewna było więc publicznym przypomnieniem, że ktoś zalega z „powinnością”). Co cennego mieli, to jakoś im się traciło – zamiast futer i kołnierzy strojeni byli na pośmiewisko w słomiane wieńce, i zmuszani do nieprzystojnych tańców, dopóki nie wykupili się stosowną monetą (każdego można kupić).
11 marca zaczynał się dla studentów rok akademicki – żaczkowie biesiadowali (kto wierzy, że tylko wtedy, niech spróbuje się nie zaśmiać). Nazywało się to gregorianki, i co ciekawe, było to również święto pasterzy,
co podejrzliwemu każe zacząć dłubać, grzebać i kojarzyć, że może jednak to drugie było pierwszym, a jak czasy się zmieniły, to trzeba było przemianować imprezę i jeszcze jakoś to wytłumaczyć (kto to wymyślił, że zabawa potrzebuje usprawiedliwienia)? W tym samym dniu czeladnicy świętowali swoje uwolnienie – czytaj „wejście na wyższy level” – nazywano to burkotami. Wiosenny moment kalendarzowy sprzyjał takim nakładkom znaczeń. Początek nauki, początek wypasu, początek samodzielności czeladnika — wszystkie te rytuały dotyczyły przejścia na wyższy etap. Możliwe więc, że studencka uczta była tylko młodszą warstwą na dużo starszym, agrarnym fundamencie.
Ostatki nazywane zamiennie kusakami nie bez powodu nosiły miano czartowskich (no czego to dowodzi, tylko diabeł mógł namawiać do zabaw i wzbudzać w ludziach potrzeby i żądze, które leżały w ich naturze od początków istnienia świata…no dobra, może nie aż tak, ale odkąd abstrakcyjne myślenie pojawiło się w naszych głowach…natury nie oszuka ksiądz proboszcz, biskup ani papież).W zapustnych korowodach pojawiali się przebierańcy za diabły, rogate maski, wyolbrzymione genitalia i postaci demoniczne prowadzone na łańcuchach. Diabeł nie był tu tylko kaznodziejskim straszakiem, bardziej uosobieniem nadmiaru, płodności i rozpasania. To on „rozwiązywał języki i biodra”, zanim Kościół ponownie je skrępował nawoływaniem do pokuty i umartwiania się. Pomyśl, masz przed sobą perspektywę (często też konieczność, przednówek, bida z nędzą) jedzenia wody z ziemniakami .– kto żyw i komu jeszcze krew w żyłach się gotuje chce na zapas wytańczyć się, napić, pobawić, pośmiać, dopuścić się bezeceństw (w końcu za odpuszczenie grzechów wystarczy zapłacić) – hasło „Hulajta chłopaki, bo dzisiaj kusaki” nie bez powodu było odnotowywane przez kilka dobrych wieków.
Tłusty Czwartek pierwotnie nie był cukrowym festiwalem obżarstwa. Jadano przede wszystkim mięso, słoninę, kasze okraszone tłuszczem, a pierwsze pączki nadziewano właśnie słoniną, nie różą czy powidłami śliwkowymi (fuj?). Słodycz przyszła później — kiedy post przestał być realnym zagrożeniem i perspektywą głodowania a stał się bardziej dyscypliną wynikającą z wiary i jednostkowej decyzji (no dobra, może aż tak różowo nie było). Zapusty nie były więc jedynie rozwiązłością na zapas, a raczej regulowanym wybuchem energii, i rozładowaniem napięć społecznych na kilku polach. Gdyby ich nie było, trzeba by je było wymyślić — bo żadna społeczność nie wytrzymałaby ciągłego wędzidła w pysku i ucisku bez możliwości spuszczenia z siebie powietrza (nie dosłownie xd) raz na jakiś czas.