06/09/2026
Choć Łódź nie ma zbyt rozwiniętej sieci połączeń lotniczych, to jednak trochę samolotów się przewija przez nasze lotnisko. Ścieżka podejścia do lądowania przebiega tak, że samoloty mogę oglądać z okien mieszkania. Dziś z kolei się wybrałem machnąć połóweczkę obierając jako kierunek lotnisko.
No, na 10 kilometrze zrobiłem sobie przerwę, bo trafiłem akurat na Londyńczyka tuż nad głową. A na drugiej dyszce z kawałkiem pomyślałem o grze, w którą zagrywałem się ponad ćwierć wieku temu. Dodam, że była to o ile pamiętam jedna z pierwszych gier reklamowanych jako "oryginał w cenie pirata" czy czegoś podobnego. A i taki oryginał w dużym kartonowym pudle posiadałem.
Był to Airline Tycoon, kupiony za 69 zł.
Kolorowa, pełna humoru gra ekonomiczna, w której prowadzimy linię lotniczą, konkurując z trzema rywalami o miano tej najlepszej. Gra miała tryb dowolny, bądź krótką kampanię, w której trzeba było zrealizować założone cele.
Kupowalismy bądź najmowaliśmy samoloty. Wyposażaliśmy je, zatrudnialiśmy załogę i zlecaliśmy serwisy czy podpisywaliśmy kontrakty na dostawę paliwa. Wszystko w kilku opcjach. Można było nająć Zenka, który naprawi skrzydło za pomocą tyrtyrki i powertape'a za paczkę fajek albo fachurę, tylko już za niemałą ilość dolarów. Podobnież na pokładzie można mieć jednego nieuprzejmego chama albo trójkę eleganckich i obeznanych z kindersztubą dam.
Creme de la Creme to było układanie połączeń. Stałe linie regularnie kursujące i czartery, które muszą wylecieć o konkretnej dacie.
Można też było podjąć współpracę z konkurencją, albo wręcz przeciwnie - wynająć Ahmeda żeby zrobił w ich samolocie "niewinny psikus".
Warto wspomnieć, że w polskiej wersji był pełny dubbing, a głosów użyczyli m.in. Artur Barciś, Krzysztof Kowalewski czy Gabriela Kownacka.
Nawet chciałem ostatnio przypomnieć sobie te grę na ipadzie, ale port na ios to tragedia, nie polecam!