Ekranomania

Ekranomania 🎬 Ekranomania – nowinki filmowe i serialowe, recenzje, premiery, ciekawostki. Bądź na bieżąco! 🍿

Dobra, postawmy sprawę jasno już na starcie. „Kung Fu Szał” to nie jest film, który się „ogląda”. To film, który cię łap...
29/01/2026

Dobra, postawmy sprawę jasno już na starcie. „Kung Fu Szał” to nie jest film, który się „ogląda”. To film, który cię łapie za kołnierz, trzepie jak dywan i jeszcze każe się z tego śmiać. I nie, nie ma tu miejsca na grzeczne „fajne kino akcji”. Tu jest totalny odlot. Bez zapiętych pasów. Powiem wprost: jeśli ktoś nadal twierdzi, że w kinie wszystko już było, to najwyraźniej nie widział Stephena Chowa w trybie: zero hamulców. Ten facet bierze wszystko, co zna kung-fu, kreskówki, Matrixa, stare filmy z Bruce’em Lee, musical, slapstick wrzuca do jednego gara i zamiast bigosu wychodzi… złoto. Chaotyczne? Tak. Przegięte? Jasne. Głupie? Ani trochę. „Kung Fu Szał” wygląda jak sen kogoś, kto zasnął po maratonie VHS-ów, anime i kreskówek z Kojotem Wilkiem. Ludzie latają, ściany pękają, prawa fizyki biorą wolne, a kamera ani na moment nie mówi: „ej, może trochę spokojniej?”. Nie ma spokojniej. I bardzo dobrze. Najlepsze jest to, że ten film bezczelnie pożycza. Czasem wręcz kradnie na oczach widza. Matrix? Jest. Bruce Lee? Wiadomo.
Horrory, musicale, Hollywood, Hongkong, anime? Wszystko naraz. Tylko że Chow robi z tym coś, czego nie potrafi 90% reżyserów: nie cytuje dla popisu. Te wszystkie nawiązania są wklejone tak naturalnie, jakby zawsze tam miały być. Zero muzeum kina. Zero zadęcia. Jest zabawa.
I nagle orientujesz się, że to nie parodia. To list miłosny do kina. Ale napisany sprayem na murze, a nie piórem na pergaminie. Postacie? Przerysowane jak z komiksu. Złole? Groźni i śmieszni jednocześnie. Akcja? Tak szybka, że mózg czasem nie nadąża i dokładnie o to chodzi. A finał… serio, finał to już czyste anime na żywo. Jakby ktoś odpalił „Dragon Balla” i zapomniał wyłączyć filtr realizmu. I teraz najważniejsze: ten film wcale nie jest głupi, choć bardzo chce na takiego wyglądać. Pod tą całą jazdą bez trzymanki kryje się precyzja, timing i świadomość medium, której mogłyby pozazdrościć wielkie hollywoodzkie produkcje za grube miliony. Tu każdy cios, każda pauza, każdy absurd ma sens. Nawet jeśli ten sens polega na tym, że masz parsknąć śmiechem. Nie ma tu moralizowania. Nie ma łopatologii. Jest czysta frajda. I przypomnienie, że kino nie zawsze musi być „ważne”, żeby było genialne. „Kung Fu Szał” to film, który albo kupujesz w całości, albo wcale. Ale jeśli kupisz to będziesz wracać. Dla scen. Dla detali. Dla tego momentu, gdy mówisz: „jak oni to w ogóle wymyślili?”. No i teraz pytanie do was, już zupełnie serio: czy dziś ktoś jeszcze robi filmy z taką bezczelną radością? Czy tylko udajemy, że jeszcze potrafimy się tak bawić kinem? Bo Stephen Chow potrafił. I to jak. 🍺

Powiem krótko: myślałem, że to będzie lekka jazda na autopilocie. A potem film zdjął mnie z krzesła. I to bez ostrzeżeni...
25/01/2026

Powiem krótko: myślałem, że to będzie lekka jazda na autopilocie. A potem film zdjął mnie z krzesła. I to bez ostrzeżenia. Serio dawno nic mnie tak nie zaskoczyło w kategorii „a obejrzę, bo nic innego nie ma”. Kod 3 wjeżdża niby jako czarna komedia, ale niech was to nie uśpi. Owszem, jest śmiech. Taki trochę krzywy, trochę gorzki. Ale pod spodem siedzi coś miękkiego, ludzkiego, momentami wręcz czułego. I to właśnie najbardziej rozbraja.
Najlepsze jest to, że ten film kompletnie nie udaje „ważnego kina”. Nie staje na skrzynce, nie wygłasza kazań. Po prostu wrzuca nas w środek roboty ratowników, pokazuje ich zmęczenie, cynizm, poczucie absurdu… i jedzie dalej. Bez hamulca ręcznego. A ty łapiesz się na tym, że śmiejesz się, a chwilę później robi się jakoś ciszej. W środku.
Aktorstwo? Bez gwiazdorzenia. Postacie są jak ludzie, których mógłbyś spotkać na dyżurze, w barze, w windzie o szóstej rano. Każdy ma swoje pęknięcie. Każdy coś niesie. I nikt nie jest papierowy. Kilka dialogów trafia punkt w punkt taki komentarz społeczny, który nie krzyczy, tylko mruga okiem. Wystarczy. W pewnym momencie złapałem się na myśli: to jest trochę jak Office Space, tylko zamiast korpo karetka. Ten sam rodzaj humoru: śmiesznie, bo prawdziwie. I trochę strasznie, bo prawdziwie. Nie ma co się oszukiwać to nie jest film, który robił wielki szum. Ograniczona dystrybucja, cisza w sieci, brak krzyczących trailerów. A szkoda. Bo to dokładnie ten typ kina, który najlepiej działa „z polecenia”. Od jednego ziomka do drugiego.
„Ej, obejrzyj. Zaufaj mi.” Dla jasności: jeśli ktoś szuka czystej komedii do kotleta może się zdziwić. Jeśli ktoś spodziewa się ciężkiego dramatu też nie trafi w punkt. Ten film chodzi własną ścieżką. Raz przyspiesza, raz zwalnia. Czasem żart, czasem cisza. I właśnie dlatego działa.

Prawo zemstyGatunek: thrillerRok produkcji: 2009Data premiery :16 października 2009                           27 listopa...
24/01/2026

Prawo zemsty

Gatunek: thriller
Rok produkcji: 2009
Data premiery :16 października 2009
27 listopada 2009 (Polska)
Czas trwania : 108 minut
Reżyseria : F. Gary Gray
Scenariusz : Kurt Wimmer
Główne role : Jamie Foxx
Gerard Butler

Na starcie dostajemy sytuację, po której każdemu normalnemu człowiekowi podnosi się ciśnienie. Facet traci wszystko. System mówi: „przykro nam, ale statystyki muszą się zgadzać”. I tu zapala się pierwsza lampka: czy to jeszcze thriller, czy już instrukcja obsługi wkurzonego obywatela?
Prawo zemsty nie udaje subtelnego kina moralnego niepokoju. On raczej wjeżdża bokiem, z piskiem opon. Zemsta? Jest. Sprawiedliwość? Też, tylko jakaś taka krzywa. Prawo? Formalnie obecne, mentalnie na urlopie.
Gerard Butler robi dokładnie to, co potrafi najlepiej. Stoi, patrzy, mówi niewiele, ale jak już coś powie, to wiesz, że zaraz komuś się posypie plan dnia. Nie ma tu filozofowania na poziomie seminariów. Jest zimna determinacja i facet, który wygląda, jakby od dziesięciu lat planował rozmowę, a nie akcję.
Jamie Foxx z kolei gra typa, którego wszyscy znamy. Ambitny, wygodny, przekonany, że „tak po prostu działa system”. I nagle ten system zaczyna mu się sypać na biurku. Fajne jest to, że film nie stawia prostych znaków drogowych: tu dobry, tam zły. Każdy ma coś za paznokciami. I to boli bardziej niż wybuchy.
Czy scenariusz jest dziurawy? No nie ma co się oszukiwać momentami tak. Są skróty myślowe, są cuda logistyczne, przy których Google Maps by się poddało. Ale… to jest ten przypadek, gdzie emocja wygrywa z logiką. Przynajmniej do pewnego momentu. Dla mnie największy zgrzyt? Finał. Film przez większość czasu buduje napięcie jak sprężynę, a potem trochę za grzecznie ją puszcza. Jakby ktoś w ostatniej chwili powiedział: „panowie, jednak nie przesadzajmy”. Szkoda. Bo było blisko czegoś naprawdę bezczelnego. Mimo wszystko ogląda się to cholernie dobrze. To nie jest kino, które zmieni twoje życie, ale takie, po którym rozmowa przy piwie sama się klei. O tym, gdzie kończy się prawo. O tym, czy cel uświęca środki. I czy system naprawdę działa tylko wtedy, gdy ktoś go wysadzi od środka.
Ja daję 7,5/10. Za klimat. Za Butlera. Za odwagę zadawania niewygodnych pytań. I za to, że nawet jak coś nie gra, to i tak chcesz zobaczyć, co będzie dalej.

Okej, powiem wprost. Wchodzę do kina, leci trailer, a ja myślę: „Co jest grane?”. The Clash na głośnikach, szybki montaż...
23/01/2026

Okej, powiem wprost. Wchodzę do kina, leci trailer, a ja myślę: „Co jest grane?”. The Clash na głośnikach, szybki montaż, Nowy Jork, pościgi, gangsterka, luz. I nagle nazwisko reżysera… Darren Aronofsky. Ten Aronofsky. Ten od filmów, po których człowiek chce się położyć i patrzeć w sufit. No to co, ktoś tu się pomylił? Czy może wydarzył się cud?
Nie ma co się oszukiwać przez chwilę naprawdę uwierzyłem. Że facet, który zwykle katuje widza egzystencjalnym bólem, odpuścił. Że zrobił coś lekkiego. Takiego do obejrzenia w weekend, bez psychicznego kaca. I właśnie na tym „przez chwilę” opiera się cały problem „Złodzieja z przypadku”.
Na papierze wszystko się zgadza. Zwykły gość, Hank. Były sportowiec, obecnie bar, nocne zmiany, życie takie sobie. Ma dziewczynę, nie wchodzi nikomu w drogę, raczej typ, którego byś postawił piwo, bo sprawia wrażenie spoko. I nagle bach. Złe miejsce, zła pora. Sąsiad znika, pojawiają się rosyjscy bandyci, ktoś kogoś bije, gdzieś krążą miliony dolarów, narkotyki i… kot. Tak, kot. Brzmi jak start dobrej, lekko pokręconej jazdy.
I przez moment faktycznie tak jest. Film udaje, że będzie zabawą. Że to taki miks gangsterskiego chaosu, ironii i przerysowanej przemocy. Coś między Tarantino a braćmi Coen, tylko bez napinki. Tyle że Aronofsky nie byłby sobą, gdyby długo wytrzymał bez grzebania bohatera w duszy.
Bo nagle, trochę bokiem, trochę podstępnie, wjeżdża dramat. Ciężki. Alkoholizm, trauma sprzed lat, poczucie winy, życiowe ruiny. I już wiesz, że to nie będzie tylko gonitwa po Nowym Jorku. Że reżyser znowu chce powiedzieć: „Patrzcie, jaki świat jest smutny. Jaki zepsuty”. I powie to kilka razy, na różne sposoby, czasem subtelnie, a czasem młotkiem. Problem w tym, że ten film próbuje być dwiema rzeczami naraz. Jedną nogą stoi w luźnej, gangsterskiej konwencji, gdzie przemoc jest trochę komiksowa, a absurd ma bawić. Drugą – w pełnym powagi dramacie o człowieku, który stacza się na dno. I te dwie nogi nie zawsze chcą iść w tym samym kierunku.
Są sceny, gdzie czujesz dystans, lekkość, wręcz zabawę formą. A zaraz potem dostajesz brutalną, zimną przemoc, bez mrugnięcia okiem. Bez ironii. Bez oddechu. I widz zostaje gdzieś pośrodku, zastanawiając się: „To ja mam się teraz śmiać czy martwić?”. Film sam do końca nie jest pewien.
Żeby było jasne to nie jest partactwo. Warsztatowo wszystko się tu zgadza. Aktorzy robią robotę, tempo nie siada, napięcie potrafi się zbudować. Aronofsky wie, jak kręcić kino. Tylko że znowu nie potrafi opowiedzieć nawet względnie prostej historii bez dokładania do niej wielkiego ciężaru emocjonalnego. Jakby bał się, że jeśli na chwilę odpuści, to ktoś uzna go za mniej „ambitnego” Najbardziej ironiczne jest to, że największe rozczarowanie nie wynika z tego, czym ten film jest, tylko z tego, czym wydawał się być. Marketing obiecał coś innego. Trailer sprzedał wizję jazdy bez trzymanki, a dostaliśmy przejażdżkę z przystankami na terapię. I choć to nadal solidne kino, to poczucie zawodu gdzieś zostaje.
Na marginesie historia z castingiem rosyjskich gangsterów zamiast ukraińskich to już w ogóle osobna, gorzka sprawa. Idealnie pasująca do hasła, które w filmie przewija się jak mantra: smutny świat, zepsuty świat. Tyle że tu to już nie metafora, tylko rzeczywistość zza kulis.
I właśnie dlatego „Złodziej z przypadku” tak dziwnie zostaje w głowie. Nie jako totalna klapa. Nie jako wielki triumf. Raczej jako film, który mógł być świetną rozrywką… ale nie potrafił przestać być Aronofskym. A to, jak wiadomo, bywa męczące.
No i teraz pytanie do was. Wolicie, kiedy reżyser trzyma się swojej ciężkiej, autorskiej jazdy, czy kiedy faktycznie próbuje zrobić coś lżejszego – nawet jeśli nie do końca mu to wychodzi? Bo ja sam nie jestem pewien, czy bardziej zirytował mnie ten film, czy jednak trochę rozbawił. I chyba właśnie o to chodzi, żeby się o to pokłócić przy piwie 😁

Adres

Wroclaw

Strona Internetowa

Ostrzeżenia

Bądź na bieżąco i daj nam wysłać e-mail, gdy Ekranomania umieści wiadomości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu i możesz zrezygnować z subskrypcji w dowolnym momencie.

Udostępnij