14/10/2025
Na fanpage'u SztukMix ukazał się mój wywiad z Maria Lengren vel Tuja Szmaragd.
Przeczytajcie go, a przekonacie się dlaczego to Leonarda Da Vinci naszych czasów.
Linku nie wrzucam bo to tnie zasięgi na potege... ale wrzucę sporą część tej rozmowy 👇 👇 👇
Maria Lengren to bez wątpienia osobowość dużego kalibru na polskiej scenie metalowej. Wokalistka zespołu WIJ – gdzie występuje pod pseudonimem Tuja Szmaragd – jest również redaktorką komiksów, aspirującą dziennikarką oraz absolwentką wydziału wokalno-aktorskiego Akademii Muzycznej w Łodzi. Można by powiedzieć, że to współczesna Leonarda da Vinci – wszechstronna, nietuzinkowa i nieustannie twórcza. Miałem przyjemność porozmawiać z Marią m.in. o jej autorskiej audycji „Osobliwości” emitowanej w Radiu Nowy Świat, o tym, czym dla niej jest sukces i czy udało się go osiągnąć z zespołem Wij, a także o bardzo nietypowym coverze zatytułowanym „Dni dziwów”. Warto również zaznaczyć, że już 17 października Wij rusza w trasę koncertową, odwiedzając osiem polskich miast. Musicie tam być – to nie tylko koncerty, to metalowe rytuały z Tują Szmaragd w roli kapłanki!
Mariusz Jagiełło: Jesteś śpiewaczką operową, a do tego wokalistką metalową w zespole Wij, dziennikarką, redaktorką komiksów – Maria Lengren ma zatem wiele twarzy. Czy masz głód eksplorowania różnych twórczych rejonów?
Maria Lengren: Kiedyś myślałam, że rozmieniam się na drobne i powinnam poświęcić się jednej rzeczy. I w tej działalności próbować osiągnąć maksimum swoich możliwości. Dzisiaj myślę, że mam trochę inny sposób na siebie i swoje życie na tym łez padole. Uważam, że zgłębianie różnych dziedzin, wydłubywanie w różnych miejscach rzeczy cennych jest dla mnie lepszym rozwiązaniem. Bardzo źle znoszę rutynę i stagnację. Potrzebuję raz na jakiś czas, jak śpiewało The Cramps: „some new kind of kick” (śmiech). I tak już zapewne będzie zawsze, bo mam 37 lat, i gdyby miało się to zmienić, to już by się chyba zmieniło. Za to stwierdzenie, że jestem śpiewaczką operową to stwierdzenie na wyrost. Rzeczywiście, uczyłam się tego, natomiast ukończenie szkoły wyższej w tym zakresie to jest dopiero początek drogi. Miałam takie aspiracje, ale ostatecznie potoczyło się to inaczej.
MJ: Wyczytałem w jednym z wywiadów z Tobą, że masz trochę depresyjną naturę. Może to również pcha Cię do różnych działań?
ML: Nurzanie się w najrozmaitszych obsesjach to jest na pewno metoda jakiejś walki z entropią, która podgryza. Bardzo łatwo jest wpaść w kałużę, ale dużo trudniej jest z niej wyjść. Stosuję szereg różnych rusztowań w postaci rozmaitych zajawek, żeby w tej kałuży – z pozoru niegroźnej – nie utonąć. Bo ona wygląda, jakby to było małe bajorko, ale taki depresyjny epizodzik, który wydaje się niegroźny, może nas pochłonąć na parę lat. Więc mam swoje metody utrzymywania się na powierzchni.
MJ: A nie masz problemu mówienia o swojej kondycji psychiczno-emocjonalnej?
ML: Nie! Wydaje mi się, że osoba twórcza nie może mieć tego typu tajemnic i jeżeli coś ukrywa, to jest d**a, a nie twórca. Sztuka to jest zbytek, to nie jest rzecz niezbędna do przetrwania, więc jakakolwiek wartość, którą twórcy mają dla świata, to jest właśnie dzielenie się między innymi takimi rzeczami.
MJ: Twój dziadek, Zbigniew Lengren, był cenionym rysownikiem. Twój ojciec, Tomasz Lengren – aktorem i reżyserem. Masz poczucie pewnego rodzaju dziedzictwa?
ML: Największe dziedzictwo mojej rodziny to, mówiąc zupełnie szczerze, poczucie humoru. Uważam, że to jest bardzo cenna cecha – umiejętność dystansowania się do siebie i do świata. Zarówno mój dziadek, jak i ojciec zauważali, że świat jest pokręcony i niekoniecznie zmierza w dobrą stronę, a natura jest pełna pułapek, ale mimo wszystko znajdowali w sobie jakąś czułość wobec tego, co ich otaczało. Z łagodnym, zaangażowanym politowaniem potrafili śmiać się z wszystkiego. Ludzie wyobrażają sobie, że nasze życie było dużo bardziej zaczarowane, niż faktycznie było. Ani za ich niegdysiejszą popularnością nie stała jakaś gigantyczna kariera, ani majątek – raczej długi i problemy. Ale cieszę się, że od wczesnego dzieciństwa miałam okazję obserwować osobę, która potrafiła robić coś z niczego. Zdarzało się, że przychodziliśmy do domu, w którym nie było nic do jedzenia – wszyscy zapomnieli zrobić zakupy, bo byli zajęci swoimi pomysłami i myślami, ale Zbyszek brał kartkę papieru i potrafił wyczarować przygodę dla małego dziecka w dwie sekundy… i to było coś ekstra. Natomiast dziedzictwo to jest zdecydowanie słowo na wyrost, raczej większość życia sprzątam bajzel po swojej rodzinie niż z niego czerpię.
MJ: Wspomniałaś kiedyś, że dziadek nie lubił swojej najsłynniejszej postaci komiksowej – profesora Filutka. A ty go lubisz?
ML: Ja lubię Filutka jako takie trochę uosobienie ilustracji lat sześćdziesiątych – taki niewinny humor, nie zawsze tak zabawny, jak to zapamiętałam. Kiedyś oglądałam, z jednym z najwspanialszych rysowników europejskich – Grzegorzem Rosińskim, album zbiorczy z przygodami Filutka. I oboje stwierdziliśmy, że w sumie to nie jest jakoś szczególnie śmieszne. Grzegorz podsumował te nasze wnioski tak, że to są rysunki nie do śmiechu, tylko do uśmiechu. Więc lubię niewinność obecną w tych rysunkach, lubię odnajdować w nich inspiracje Zbyszka –o których nie rozmawialiśmy, bo zmarł za wcześnie, żebym mogła z nim o tym pogadać. Natomiast dzisiaj, jako komiksowy nerd, widzę w jego kresce, co lubił i co sam czytał. Z pewnością dojście do tych inspiracji było dla niego dużo trudniejsze niż dla mnie obecnie, kiedy mam do dyspozycji całe złoża internetu .
MJ: Odejdźmy od sfery komiksowej i Twojej rodziny. Przejdźmy do działalności radiowo-dziennikarskiej. Współpracujesz z Radiem Nowy Świat, prowadzisz tam audycję „Osobliwości”. Powiedz jak do tego doszło i skąd ten tytuł?
ML: Moja audycja odbywa się raz w miesiącu. To wspaniały eksperyment, który uwielbiam. Bardzo mi dobrze w Radiu Nowy Świat, bo to jest ekipa, która gra w otwarte karty i tworzą ją bardzo interesujący ludzie. Dla mnie to nowe wyzwanie, bo nurkuję w swoim życiu po raz pierwszy tak głęboko w radio, w tym, czym ono jest i jakie to medium ma możliwości. A jak to się wszystko zaczęło? Był to splot zbiegów okoliczności, spotkań – kto wie, czy przypadkowych, czy gdzieś tam kierowanych łapskiem przeznaczenia. Jeśli chodzi o tytuł audycji – „osobliwości” to coś, co mnie napędza. Mam w swojej głowie taki gabinet osobliwości, bardzo tam jest dużo okazów i lubię je czasami poodkurzać, pokazać komuś. Wbrew pozorom, wśród moich przyjaciół nie ma aż tak dużo chętnych do wysłuchiwania w kółko o tych dziwactwach, które mnie interesują. Więc cieszę się, że mogę znaleźć nowych słuchaczy i jestem bardzo wdzięczna za to, że Radio Nowy Świat dało mi zupełnie wolną rękę w tym zakresie.
MJ: Ty te osobliwości bardziej łączysz z jakimiś zjawiskami czy też z poszczególnymi ludźmi?
ML: Są osobliwości i są oczywiście osobistości. Bez osobistości, tych osobliwości nie byłoby aż tak wiele. W każdym razie w audycji są i dziwy ze świata natury, czyli tak jak w piosenkach Wija – dziwne zwierzęta i dziwne rośliny, jak i osobliwości ze świata ludzkiej wyobraźni, czyli filmy, komiksy, gry, dziwne artefakty, jakieś niesłychane momenty z historii. Także jak w gabinecie osobliwości musi być różnorodność (śmiech).
MJ: A kto jest najbardziej osobliwą postacią jaką poznałaś w polskim światku muzycznym?
ML: Myślę, że wspaniale osobliwą osobistością jest na przykład Karl (Nesser – przyp red.), który śpiewa w zespole SWAYZEEEee. I niewielka obecność tego zespołu w mediach jest dla mnie czymś nieprawdopodobnie zadziwiającym, bo SWAYZEEEee na żywo to jest taki rock’n’rollowy spektakl i jazda bez trzymanki, że próżno szukać czegokolwiek podobnego.
DALSZĄ CZĘŚĆ ZNAJDZIECIE NA SztukMix
zdj. Piotr Franaszczuk