Mariusz Jagiełło - profil autorski

Mariusz Jagiełło - profil autorski Dane kontaktowe, mapa i wskazówki, formularz kontaktowy, godziny otwarcia, usługi, oceny, zdjęcia, filmy i ogłoszenia od Mariusz Jagiełło - profil autorski, Poeta, Warsaw.

Dzisiaj pierwszą rocznicę obchodzi album "One Assassination Under God – Chapter 1". Przypominam więc moją recenzję tej b...
22/11/2025

Dzisiaj pierwszą rocznicę obchodzi album "One Assassination Under God – Chapter 1". Przypominam więc moją recenzję tej bardzo dobrej płyty. Wręcz jednej z lepszych w dyskografii Mansona.

Link w komentarzu 👇👇👇

Recenzja serialu "Heweliusz"
07/11/2025

Recenzja serialu "Heweliusz"

W KRÓTKIM UJĘCIU: "Heweliusz", reż. Jan Holoubek, serial Netflix

A co mi tam - i ja dodam swoje trzy grosze. Napiszę parę zdań o najbardziej hype’owanym obecnie polskim serialu. Netfliksowy "Heweliusz” to na pewno twór wyjątkowy, ale czy idealny? No nie do końca. To na pewno zdecydowanie najlepsza polska produkcja katastroficzna - w tej kategorii to absolutna ekstraklasa. Niemniej konkurencji dużej nie miała. Od strony technicznej to cymesik i tutaj należą się twórcom niskie pokłony. Dramatyczne sceny na promie i te pokazujące mocno dyskusyjną akcję ratunkową faktycznie robią wrażenie i widać, że zostały dopracowane w każdym calu. Umiejętnie również oddano realia początku lat 90-tych, szczególnie ujęła mnie scena, w trakcie której pokazany jest plecak-kostka z naszywką zespołu The Doors. Sam w tamtych czasach miałem logo Doorsów na swojej "kostce".

Aktorstwo jest okej, aczkolwiek nie są to kreacje, które urywają zad. Najbardziej przekonali mnie Justyna Wasilewska i Konrad Eleryk. Jest to o tyle dziwne, że w poprzednich produkcjach, w których ich oglądałem, nie za bardzo mnie przekonywali. Bardzo podobał mi się też Joachim Lamża - ale on do tego rodzaju ról jest wręcz skrojony.

Nie chcę, by ten post brzmiał patetycznie, jak wiele wpisów w social mediach - i taki nie będzie. Prawda wszak jest taka, że historia katastrofy Jana Heweliusza to… samograj. Wiadomo więc było, że wstrząśnie widzem, wywoła wzruszenie, a i po chusteczkę od czasu do czasu ktoś sięgnie. Niestety, twórcy krótkimi momentami wpadali w lekkie efekciarstwo, ale też - za co należą im się dodatkowe słowa uznania - nie popadli w nadmiar pretensjonalności i patos. Były jednak zupełnie zbędne wątki (przykładowo: postać niemieckiej lekarki to typowy serialowy zapełniacz) i delikatne dłużyzny.

Trudno też nie wspomnieć, że twórcy mocno inspirowali się spiskowymi teoriami, dlaczego „Jan Heweliusz” zatonął. Niby coś się tam szeptało o wojsku i ich ładunku, ale nie ma na to żadnych dowodów. Nie ma też dowodów, że „Heweliusz” był na kursie kolizyjnym z innym statkiem. Wiele wskazuje na to, że kapitan Ułasiewicz pojawił się na mostku w ostatniej chwili i to w pidżamie - przebrał się dopiero, gdy wiedział, że statek zatonie. Katastrofa promu była prawdopodobnie wypadkową złego stanu technicznego okrętu i błędu człowieka… tylko do końca nie wiadomo, kogo. Więc jeśli ktoś potraktował wszystkie wątki w kategoriach dokumentu, powinien szybko zrewidować swój punkt widzenia.

Twórcy chcieli jednak stworzyć opowieść uniwersalną, interesującą dla widzów w innych krajach, pełną motywów spiskowych – i okej, mieli do tego pełne prawo. To im się doskonale udało i ogląda się to bardzo dobrze. Poprawnie poprowadzone są też wszystkie linie czasowe. Opowieść jest nielinearna, przez co widz czasami może się pogubić, ale i w tej konwencji serial całkiem nieźle sobie radzi.

„Heweliusz” to obiektywnie najlepsza tegoroczna polska produkcja - taka, która już na zawsze wejdzie do historii tego typu tworów w Polsce. Nie jest to może poziom "Czarnobyla", ale jeśli lubicie produkcje katastroficzne, wzruszające i sądowe - po prostu musicie obejrzeć to, co stworzyli Jan Holoubek i Kacper Bajon.

Mariusz Jagiełło

zdj. materiały promocyjne

✌ Zachęcamy do odwiedzania naszej strony internetowej i zostawiania reakcji pod postami na fanpage'u i IG. Takim działaniem nas wspieracie ✌

Wywiad z Mają Kowalską
07/11/2025

Wywiad z Mają Kowalską

Maja Kowalska (aktorka) [Rozmowa]

🔗CAŁA ROZMOWA W KOMENTARZU I NA NASZEJ STRONIE INTERNETOWEJ👇

Maja Kowalska to aktorka młodego pokolenia, absolwentka Akademii Teatralnej w Warszawie, występuje w serialach, teatrze, buduje również swoją rozpoznawalność dzięki aktywności na Instagramie. W swoich krótkich rolkach łączy dubbing z filmowymi ciekawostkami i nieustannie zaskakuje energią, która kontrastuje z delikatną, „bajkową” aparycją. W rozmowie ze mną opowiada m.in. o tym, jak internetowa popularność wpływa na codzienne życie introwertyczki, o zawodowych granicach aktorki, wymarzonych rolach i swoim stosunku do sztucznej inteligencji. Zachęcam do przeczytania tej interesującej rozmowy.

💬 Rozmawiał Mariusz Jagiełło

🔥🔥🔥🔥🔥🔥🔥

✌Zachęcamy do odwiedzania naszej strony internetowej i zostawiania reakcji pod postami na fanpage'u i IG. Takim działaniem nas wspieracie ✌

Moja krótka relacja z wczorajszego koncertu Kwoon.
25/10/2025

Moja krótka relacja z wczorajszego koncertu Kwoon.

Ten przystojny jegomość w sztukmixowej czapeczce to Sandy Lavallart – założyciel, wokalista i gitarzysta Kwoon. Zespół zagrał wczoraj (24.10) w warszawskim Klub Hydrozagadka i już teraz wiem, że w kategorii „najpiękniejszy tegoroczny koncert” ich występ ląduje bardzo wysoko w moim osobistym rankingu.

To była muzyczna - głównie post-rockowa - podróż pełna emocji i melancholii. Kwoon skupił się przede wszystkim na materiale z fenomenalnej płyty „Odyssey”. Z setu wybrzmiały m.in. instrumentalny „Nestadio”, „White Angels” oraz „Life” - wykonany wspólnie z Bartek Mieżyński, który tego dnia pełnił też rolę supportu. Lavallart i towarzyszący mu na scenie Nicolas Foucaud, Katia Jacob oraz Gregoire Galichet nie zapomnieli również o starszych numerach, ale – jak mawiał pewien piłkarski klasyk - prawdziwą „truskawką na torcie” okazał się „Interstellar”, czyli cover... Hansa Zimmera pochodzący z kultowego już filmu Christophera Nolana o tym samym tytule.

Największa magia wydarzyła się jednak podczas bisów. Muzycy zeszli do publiczności i zagrali dwa utwory akustycznie. Szczególnie ponowne wykonanie „Life”, z chóralnym śpiewem publiki, kompletnie mnie poskładało. Taki finał zostaje z człowiekiem na długo.

Dziś Kwoon gra w Krakowie, jutro we Wrocławiu. Z tego, co wiem, bilety są nadal dostępne. Jeśli nie macie planów... szczerze polecam. Moc wzruszeń i uniesień gwarantowana.

Organizatorem warszawskiego koncertu było Deerhunter Booking.

Mariusz Jagiełło

  W moim bingo na 2025 rok raczej nie zakładałem, że ktoś przeprowadzi wywiad... ze mną. A tu proszę, taka miła niespodz...
20/10/2025

W moim bingo na 2025 rok raczej nie zakładałem, że ktoś przeprowadzi wywiad... ze mną. A tu proszę, taka miła niespodzianka. Przepytał mnie Michał Borowski z kanału Godzina Sezamkowa. Wyszło chyba fajnie 😎

Kolejny odcinek programu to wizyta Mariusza Jagiełły z portalu Sztukmix i bardzo obszerna rozmowa przede wszystkim o współczesnym dziennika...

Taka sytuacja...
17/10/2025

Taka sytuacja...

Bohaterem kolejnego odcinka programu będzie Mariusz Jagiełło - ojciec założyciel i redaktor naczelny portalu SztukMix. Pogadaliśmy przede wszystkim o filozofii portalu i jego roli w prezentowaniu artystów, współczesnym znaczeniu dziennikarstwa muzycznego, pasji i zajawce oraz ulubionych wykonawcach Mariusza. Premiera rozmowy w niedzielę o 20:00 na kanale Godziny Sezamkowej na YouTubie - link w komentach. Serdecznie zapraszamy!

Pamiętaj, że kawa dla Sezamka zawsze spoko:
https://buycoffee.to/godzinasezamkowa


www.instagram.com/sezamekmichal/

Fotka: Martyna Gut

Kochani…patrząc na wszystko z góry mam do Was prośbę. Przejrzycie moje wcześniejsze posty bo mocno poleciały mi zasięgi....
14/10/2025

Kochani…

patrząc na wszystko z góry mam do Was prośbę. Przejrzycie moje wcześniejsze posty bo mocno poleciały mi zasięgi. Wszelkie łapki w górę mile widziane.

Na fanpage'u SztukMix ukazał się mój wywiad z Maria Lengren  vel Tuja Szmaragd.Przeczytajcie go, a przekonacie się dlacz...
14/10/2025

Na fanpage'u SztukMix ukazał się mój wywiad z Maria Lengren vel Tuja Szmaragd.
Przeczytajcie go, a przekonacie się dlaczego to Leonarda Da Vinci naszych czasów.

Linku nie wrzucam bo to tnie zasięgi na potege... ale wrzucę sporą część tej rozmowy 👇 👇 👇

Maria Lengren to bez wątpienia osobowość dużego kalibru na polskiej scenie metalowej. Wokalistka zespołu WIJ – gdzie występuje pod pseudonimem Tuja Szmaragd – jest również redaktorką komiksów, aspirującą dziennikarką oraz absolwentką wydziału wokalno-aktorskiego Akademii Muzycznej w Łodzi. Można by powiedzieć, że to współczesna Leonarda da Vinci – wszechstronna, nietuzinkowa i nieustannie twórcza. Miałem przyjemność porozmawiać z Marią m.in. o jej autorskiej audycji „Osobliwości” emitowanej w Radiu Nowy Świat, o tym, czym dla niej jest sukces i czy udało się go osiągnąć z zespołem Wij, a także o bardzo nietypowym coverze zatytułowanym „Dni dziwów”. Warto również zaznaczyć, że już 17 października Wij rusza w trasę koncertową, odwiedzając osiem polskich miast. Musicie tam być – to nie tylko koncerty, to metalowe rytuały z Tują Szmaragd w roli kapłanki!

Mariusz Jagiełło: Jesteś śpiewaczką operową, a do tego wokalistką metalową w zespole Wij, dziennikarką, redaktorką komiksów – Maria Lengren ma zatem wiele twarzy. Czy masz głód eksplorowania różnych twórczych rejonów?

Maria Lengren: Kiedyś myślałam, że rozmieniam się na drobne i powinnam poświęcić się jednej rzeczy. I w tej działalności próbować osiągnąć maksimum swoich możliwości. Dzisiaj myślę, że mam trochę inny sposób na siebie i swoje życie na tym łez padole. Uważam, że zgłębianie różnych dziedzin, wydłubywanie w różnych miejscach rzeczy cennych jest dla mnie lepszym rozwiązaniem. Bardzo źle znoszę rutynę i stagnację. Potrzebuję raz na jakiś czas, jak śpiewało The Cramps: „some new kind of kick” (śmiech). I tak już zapewne będzie zawsze, bo mam 37 lat, i gdyby miało się to zmienić, to już by się chyba zmieniło. Za to stwierdzenie, że jestem śpiewaczką operową to stwierdzenie na wyrost. Rzeczywiście, uczyłam się tego, natomiast ukończenie szkoły wyższej w tym zakresie to jest dopiero początek drogi. Miałam takie aspiracje, ale ostatecznie potoczyło się to inaczej.

MJ: Wyczytałem w jednym z wywiadów z Tobą, że masz trochę depresyjną naturę. Może to również pcha Cię do różnych działań?

ML: Nurzanie się w najrozmaitszych obsesjach to jest na pewno metoda jakiejś walki z entropią, która podgryza. Bardzo łatwo jest wpaść w kałużę, ale dużo trudniej jest z niej wyjść. Stosuję szereg różnych rusztowań w postaci rozmaitych zajawek, żeby w tej kałuży – z pozoru niegroźnej – nie utonąć. Bo ona wygląda, jakby to było małe bajorko, ale taki depresyjny epizodzik, który wydaje się niegroźny, może nas pochłonąć na parę lat. Więc mam swoje metody utrzymywania się na powierzchni.

MJ: A nie masz problemu mówienia o swojej kondycji psychiczno-emocjonalnej?

ML: Nie! Wydaje mi się, że osoba twórcza nie może mieć tego typu tajemnic i jeżeli coś ukrywa, to jest d**a, a nie twórca. Sztuka to jest zbytek, to nie jest rzecz niezbędna do przetrwania, więc jakakolwiek wartość, którą twórcy mają dla świata, to jest właśnie dzielenie się między innymi takimi rzeczami.

MJ: Twój dziadek, Zbigniew Lengren, był cenionym rysownikiem. Twój ojciec, Tomasz Lengren – aktorem i reżyserem. Masz poczucie pewnego rodzaju dziedzictwa?

ML: Największe dziedzictwo mojej rodziny to, mówiąc zupełnie szczerze, poczucie humoru. Uważam, że to jest bardzo cenna cecha – umiejętność dystansowania się do siebie i do świata. Zarówno mój dziadek, jak i ojciec zauważali, że świat jest pokręcony i niekoniecznie zmierza w dobrą stronę, a natura jest pełna pułapek, ale mimo wszystko znajdowali w sobie jakąś czułość wobec tego, co ich otaczało. Z łagodnym, zaangażowanym politowaniem potrafili śmiać się z wszystkiego. Ludzie wyobrażają sobie, że nasze życie było dużo bardziej zaczarowane, niż faktycznie było. Ani za ich niegdysiejszą popularnością nie stała jakaś gigantyczna kariera, ani majątek – raczej długi i problemy. Ale cieszę się, że od wczesnego dzieciństwa miałam okazję obserwować osobę, która potrafiła robić coś z niczego. Zdarzało się, że przychodziliśmy do domu, w którym nie było nic do jedzenia – wszyscy zapomnieli zrobić zakupy, bo byli zajęci swoimi pomysłami i myślami, ale Zbyszek brał kartkę papieru i potrafił wyczarować przygodę dla małego dziecka w dwie sekundy… i to było coś ekstra. Natomiast dziedzictwo to jest zdecydowanie słowo na wyrost, raczej większość życia sprzątam bajzel po swojej rodzinie niż z niego czerpię.

MJ: Wspomniałaś kiedyś, że dziadek nie lubił swojej najsłynniejszej postaci komiksowej – profesora Filutka. A ty go lubisz?

ML: Ja lubię Filutka jako takie trochę uosobienie ilustracji lat sześćdziesiątych – taki niewinny humor, nie zawsze tak zabawny, jak to zapamiętałam. Kiedyś oglądałam, z jednym z najwspanialszych rysowników europejskich – Grzegorzem Rosińskim, album zbiorczy z przygodami Filutka. I oboje stwierdziliśmy, że w sumie to nie jest jakoś szczególnie śmieszne. Grzegorz podsumował te nasze wnioski tak, że to są rysunki nie do śmiechu, tylko do uśmiechu. Więc lubię niewinność obecną w tych rysunkach, lubię odnajdować w nich inspiracje Zbyszka –o których nie rozmawialiśmy, bo zmarł za wcześnie, żebym mogła z nim o tym pogadać. Natomiast dzisiaj, jako komiksowy nerd, widzę w jego kresce, co lubił i co sam czytał. Z pewnością dojście do tych inspiracji było dla niego dużo trudniejsze niż dla mnie obecnie, kiedy mam do dyspozycji całe złoża internetu .

MJ: Odejdźmy od sfery komiksowej i Twojej rodziny. Przejdźmy do działalności radiowo-dziennikarskiej. Współpracujesz z Radiem Nowy Świat, prowadzisz tam audycję „Osobliwości”. Powiedz jak do tego doszło i skąd ten tytuł?

ML: Moja audycja odbywa się raz w miesiącu. To wspaniały eksperyment, który uwielbiam. Bardzo mi dobrze w Radiu Nowy Świat, bo to jest ekipa, która gra w otwarte karty i tworzą ją bardzo interesujący ludzie. Dla mnie to nowe wyzwanie, bo nurkuję w swoim życiu po raz pierwszy tak głęboko w radio, w tym, czym ono jest i jakie to medium ma możliwości. A jak to się wszystko zaczęło? Był to splot zbiegów okoliczności, spotkań – kto wie, czy przypadkowych, czy gdzieś tam kierowanych łapskiem przeznaczenia. Jeśli chodzi o tytuł audycji – „osobliwości” to coś, co mnie napędza. Mam w swojej głowie taki gabinet osobliwości, bardzo tam jest dużo okazów i lubię je czasami poodkurzać, pokazać komuś. Wbrew pozorom, wśród moich przyjaciół nie ma aż tak dużo chętnych do wysłuchiwania w kółko o tych dziwactwach, które mnie interesują. Więc cieszę się, że mogę znaleźć nowych słuchaczy i jestem bardzo wdzięczna za to, że Radio Nowy Świat dało mi zupełnie wolną rękę w tym zakresie.

MJ: Ty te osobliwości bardziej łączysz z jakimiś zjawiskami czy też z poszczególnymi ludźmi?

ML: Są osobliwości i są oczywiście osobistości. Bez osobistości, tych osobliwości nie byłoby aż tak wiele. W każdym razie w audycji są i dziwy ze świata natury, czyli tak jak w piosenkach Wija – dziwne zwierzęta i dziwne rośliny, jak i osobliwości ze świata ludzkiej wyobraźni, czyli filmy, komiksy, gry, dziwne artefakty, jakieś niesłychane momenty z historii. Także jak w gabinecie osobliwości musi być różnorodność (śmiech).

MJ: A kto jest najbardziej osobliwą postacią jaką poznałaś w polskim światku muzycznym?

ML: Myślę, że wspaniale osobliwą osobistością jest na przykład Karl (Nesser – przyp red.), który śpiewa w zespole SWAYZEEEee. I niewielka obecność tego zespołu w mediach jest dla mnie czymś nieprawdopodobnie zadziwiającym, bo SWAYZEEEee na żywo to jest taki rock’n’rollowy spektakl i jazda bez trzymanki, że próżno szukać czegokolwiek podobnego.

DALSZĄ CZĘŚĆ ZNAJDZIECIE NA SztukMix

zdj. Piotr Franaszczuk

To nie będzie typowa recenzja, bo tych o tej produkcji napisano już sporo. Ja chciałbym skupić się na aspekcie, o którym...
11/10/2025

To nie będzie typowa recenzja, bo tych o tej produkcji napisano już sporo. Ja chciałbym skupić się na aspekcie, o którym - mam wrażenie - napisano mało, albo wręcz… wcale.

Uwaga - będą spoilery.

Czy czujecie się, delikatnie mówiąc, oszukani po obejrzeniu kolejnej odsłony serii „Potwory” (tym razem skupiającej się na historii Eda Geina)? Ja tak - choć nie w tym sensie, o jakim rozpisuje się większość portali. Nie drażni mnie sama, mocno przerysowana wizja Geina, bo każdy twórca ma do tego prawo, jeśli nie zamierza tworzyć dokumentu. Dlaczego więc czuję niesmak?

Bo „Potwory: Historia Eda Geina” to - moim zdaniem - świadomy i podręcznikowy clickbait. Mam przeczucie, że na etapie „developmentu” trzeciej odsłony serii Ryan Murphy i spółka usiedli przy okrągłym stole, spojrzeli na siebie i ktoś rzucił: „Zróbmy taki sezon, o którym wszyscy będą mówić... niekoniecznie z powodów artystycznych”. Reszta pokiwała głowami. I tak się zaczęło.

Po pierwsze, do roli jednego z najbardziej odrażających zabójców (niekoniecznie seryjnych) wybrano jednego z najprzystojniejszych współczesnych aktorów. Okej - Charlie Hunnam wypadł lepiej niż przyzwoicie, ale kiedy zdejmował koszulkę albo kamera śledziła jego nagie pośladki, sporo kobiet (a zapewne i mężczyzn) mogło pomyśleć, że chętnie zamieniłoby się w te zwłoki, z którymi „jego” Gein kopulował. No niezłe ciacho z tego Eda wyszło! (Swoją drogą - nigdy nie potwierdzono, by prawdziwy Gein był nekrofilem.)

Po drugie - najczęściej stawiany zarzut - twórcy kompletnie przekłamali jego biografię. Może nie byłoby to aż tak rażące, gdyby nie sposób, w jaki potraktowano postacie Adeline Watkins i, przede wszystkim, drugą ofiarę Geina - Berenice Warden. Ekipa musiała zdawać sobie sprawę, że „odlecieli”, sugerując, że to Watkins miała namawiać Geina do nekrofilii, a Warden była jego… kochanką. Ale cóż - dziś liczy się kontrowersja, więc kto by się przejmował rodzinami ofiar? Zawsze można przecież powiedzieć, że to „tylko fantazje” w głowie Edzia.

Po trzecie, historia Geina faktycznie inspirowała „Psychozę”, „Teksańską masakrę piłą mechaniczną” i „Milczenie owiec”. Jednak ten aspekt jest totalnie niekonsekwentny. Scenarzyści „Potworów” z jednej strony krytykują popkulturę za zniekształcanie jego postaci, a z drugiej… robią dokładnie to samo. Jakby chcieli powiedzieć: „My to dopiero odpierdolimy numer – potrzymajcie nam piwo i patrzcie”.

Po czwarte, uznano, że świetnym pomysłem będzie pokazanie Geina jako idola seryjnych morderców, który rzekomo przyczynił się do schwytania Teda Bundy’ego (co jest totalną bzdurą). W efekcie dostajemy romantyzowanie jego historii na pełnej seksworkerce. A scena śmierci Geina to już czysta parodia.

Po piąte, wątki nekrofilskie, slasherowe, a także wprowadzenie postaci Ilse Koch i ofiar Holokaustu, to - według mnie - tylko kolejne tanie narzędzia do podkręcenia kontrowersji.

Bo, jak wspomniałem na początku, wszystko to wygląda na dokładnie zaplanowaną strategię, by księgowi Netfliksa mogli z zadowoleniem patrzeć na rosnące słupki oglądalności. Serial nakręcono w myśl hasła: „Nieważne, co będą mówić – ważne, żeby oglądali”.

Efekt? Wydmuszka, która z prawdziwą historią Geina ma niewiele wspólnego, nie oddaje szacunku jego ofiarom i właściwie nic nie wnosi do gatunku true crime. To sezon będący jedną wielką manipulacją widzami. Do tego formalnie kuleje – jest chaotyczny i nie do końca wiadomo, czym chce być. Ratują go jedynie role aktorskie (choć i to nie wszystkie). Dla mnie to najgorsza część całej serii. Nie wyniosłem z niej absolutnie nic. Ale skoro oglądalność bije rekordy – cóż, jak to kiedyś powiedziała pewna posłanka: „Taki mamy klimat”.

Dziś obchodzimy Międzynarodowy Dzień Zdrowia Psychicznego.Większość moich znajomych wie, że stoczyłem kilka bitew z włas...
10/10/2025

Dziś obchodzimy Międzynarodowy Dzień Zdrowia Psychicznego.

Większość moich znajomych wie, że stoczyłem kilka bitew z własnymi demonami – depresją i lękiem. Nie chcę jednak koncentrować się na tych mrocznych chwilach. Od jakiegoś czasu choroba jest w fazie reemisji. Poukładałem swoje życie osobiste i zawodowe, i chyba nigdy nie czułem się tak spełnionym człowiekiem jak teraz.

Nie piszę tego, by się chwalić. Chcę po prostu na własnym przykładzie pokazać, że z depresji i lęków można wyjść. Można je zdusić i zamknąć w szkatułce z napisem „pod żadnym pozorem nie zaglądać”. Ale żeby to się udało, trzeba wiele przepracować. Wielomiesięczna terapia, farmakologia, praca nad sobą, wgląd w emocje, eliminacja toksycznego środowiska i znalezienie jakiejś zajawki - to wszystko elementy niezbędne.

Jeśli ktoś z Was obecnie czuje się niepotrzebny czy samotny - wierzcie mi - można z tego wyjść. Nikt nie jest zbędny. Życie potrafi zaskakiwać. Również pozytywnie.

Ważne jest też wsparcie i zrozumienie. Depresja to nie chandra, a stany lekowe to żaden wstyd - to poważne choroby. Jeśli macie w swoim otoczeniu osobę, która z nimi walczy, nie oceniajcie jej, nie mówcie „weź się w garść” ani „inni mają gorzej”. Po prostu wysłuchajcie. Namówcie na terapię. Wizyta u psychologa czy psychiatry to żaden wstyd - to lekarz jak każdy inny: jak okulista, dentysta czy ginekolog. Depresja czy nerwice lekowe nie wybierają.
Chris Cornell, Chester Bennington, Robert Enke i wielu innych – niby mieli wszystko, a jednak depresja ich pokonała. Może dopaść każdego z nas.

Mówi się, że „life is brutal” i że „w życiu piękne są tylko chwile”. Dziś się z tym nie zgadzam, a raczej staram się robić wszystko żeby zdusić w sobie takie podejście

Życie najczęściej jest ok, jeśli zaakceptujemy samych siebie. Nie chodzi o próżność, tylko o samoakceptację. Wszyscy mamy wady i zalety. Nikt nie jest idealny - i właśnie ta nieidealność czyni nas pięknymi. Nie ma sensu gonić za doskonałością, czy to materialną, czy fizyczną. To nas spala. Jesteśmy jacy jesteśmy - i to jest w porządku.

Tak jak wspomniałem, ja depresji dałem kopa w zad. Z lękami jeszcze trochę się zmagam. Pomogły mi w tym osoby, którymi się otaczam. Tym toksycznym powiedziałem „sajo nara”.
Jeśli dziś masz spadek nastroju, cierpisz i nie wierzysz w sens życia - ja w Ciebie wierzę. Jesteś silny/silna. Wyjdziesz z tego. Jesteś wartością samą w sobie - i z czasem odkryjesz w sobie piękno.
Pozdrawiam serdecznie (najbardziej toolam tych emocjonalnie zagubionych)

zdj. internet

Wczorajszy koncert Sophie Ellis-Bextor to była jedna z najlepszych dyskotek w moim życiu. Warszawski występ zamykał euro...
10/10/2025

Wczorajszy koncert Sophie Ellis-Bextor to była jedna z najlepszych dyskotek w moim życiu. Warszawski występ zamykał europejską część trasy tej niezwykle utalentowanej wokalistki. Można nie przepadać za tego rodzaju muzyką, ale charakterystyczny, łamiący i piekielnie seksowny głos Bextor po prostu trzeba docenić - bo zarówno warunki, jak i warsztat wciąż są na najwyższym poziomie.

Zresztą - na żywo te utwory zyskują ogromnie. Na scenie towarzyszył jej pięcioosobowy skład, dzięki czemu wszystkie brzmienia pop, dance, disco i elektro nabierały prawdziwego pazura. Setlista obejmowała głównie utwory z jej ostatniego albumu „Perimenopop”, ale oczywiście nie zabrakło też największych hitów. A kiedy poleciał medley złożony z kawałków Lady (Hear Me Tonight) / Groovejet (If This Ain't Love) / Can't Fight This Feeling / Gimme! Gimme! Gimme! (A Man After Midnight) - moje nogi i biodra zaczęły żyć własnym życiem.

Polska publiczność miała też szczęście, bo usłyszała rzadko wykonywany ostatnio, wielki hit „Music Gets The Best of Me”.

Świetny wieczór, fantastyczna zabawa - niczego więcej nie można było oczekiwać. Dzięki, fource.pl, za rewelacyjny czwartkowy wieczór!

A porzeczką na torcie (😉) było pokoncertowe spotkanie z Sophie i wspólne, pamiątkowe zdjęcie 💪

Adres

Warsaw

Strona Internetowa

Ostrzeżenia

Bądź na bieżąco i daj nam wysłać e-mail, gdy Mariusz Jagiełło - profil autorski umieści wiadomości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu i możesz zrezygnować z subskrypcji w dowolnym momencie.

Udostępnij

Kategoria