Rave Podkarpacie

Rave Podkarpacie 🌞 radość
🌕 awangarda
🐍 vanitas
⚡ energia
niezależna inicjatywa artystyczna - łączymy ludzi

👽👽👽
17/02/2026

👽👽👽

W moim wiekopomnym artykule za jednym zamachem rozprawiam się z całą literaturą świata. Zapraszam.

Przeciw palaczom/ Pożegnanie tragedii

CZĘŚĆ II

Pomijam przykłady w rodzaju Holderline’a czy Nietzschego albo Artaud, którzy lata spędzili w przymusowej izolacji z powodu chorób umysłowych. Nadaje im się cechy niemal świętych męczenników za sprawę poezji, teatru, rozumu czy czegoś takiego... Również ze względu na proroczy styl ich prac, gdzie ukazują się nam jako mistycy.
Proroczy, czyli taki który więcej sugeruje niż wyjaśnia, a więc bardziej jest sugestywny, niż przekonujący.

Chłopaki, których znam, po dziś dzień próbują naśladować styl np. Nietzschego, bo im się to wydaje bardzo wzniosłe i godne mężczyzny, co jest jednak dość zabawne biorąc pod uwagę, że dzieło Nietzschego płynie z frustracji seksualnej, tak jawnej, gdy zestawimy sposób, w jaki mówi on o kobietach np. w "Also Sprach Zarathustra", z tym co wiemy na temat jego prywatnego życia.
Oczywiście przy założeniu, że w “Also Sprach…” to jednak przemawia XIX-wieczny Niemiec Fryderyk, nie zaś starożytny prorok pustyni ani jakiś na wpół abstrakcyjny podmiot kultury.

Zaratustra jest to maska, za którą poruszają się usta.
Uprawnione jest czytanie dzieła poprzez biografię twórcy/ -x. I odwrotnie.

Jeśliby nawet obalić ten argument, co nie jest trudne, to znajdziemy w dziełach i listach Nietzschego rozliczne wzmianki dotyczące kobiet, które na własną rękę możemy zestawić z faktami biograficznymi jego życia. Ja nie mogę całej filologii wziąć na swoje plecy, ponieważ mam inne zajęcia (jestem leniwy). Twierdzić, że poglądy Fryderyka jako Ciała nie wpłynęły na poglądy Zaratustry jako (pewnego) Podmiotu jest zanadto oderwane od życia. Dzieło zawsze zdradza nam coś z osoby. I odwrotnie.
Słynne jest zdjęcie, na którym Nietzsche pozuje w założonym na siebie chomąto - jako ten koń - poganiany cepem przez swoją niedoszłą narzeczoną. Czyż scena ta w komiczny sposób nie antycypuje incydentu w Turynie?

Przyjrzyjmy się dzietności tych twórców. Jeśliby wszystkie publikacje Sartre’a ułożyć na kształt wieży, to zapewne przerosłaby go o kilka Sartre’ów. W tym sensie (podobnie jak wielu innych autorów/ -x) był niezwykle płodny - płodność jest wyrazem siły i zdrowia.
Nie miał on jednak dziecka. Większość z wymienionych osób nie powołała do życia żadnych dzieci. Nie ma więc czemu się przyglądać, tylko kartki szeleszczą.
Simone de Beauvoir uważała macierzyństwo za ograniczenie, rodzaj przeszkody na drodze wyzwolenia od społecznych oczekiwań.
Dwoje z sześciorga dzieci Tomasza Manna popełniło samobójstwo…
Mann miał cierpieć z powodu niezrealizowanego homoseksualizmu. Papierosy i mężczyźni były dwoma największymi nałogami Witolda Gombrowicza. Wskazują na to zapiski z prywatnego dziennika (“Kronos”), opublikowanego zgodnie z ostatnią wolą autora 40 lat po jego śmierci.

Gombrowicz po pierwsze nie bronił Warszawy przed Bolszewikami w roku 1920, a po drugie na kilka tygodni przed inwazją Niemiec opuścił Polskę drogą morską na statku MS CHROBRY.
Następnie poprzez Atlantyk dopłynął do Buenos Aires na wakacje życia. Ogłosił się hrabią i zatrudnił jako urzędnik w Banco Polaco. W Argentynie spędził 20 lat z hakiem. Zmarł we Francji cztery dni po lądowaniu człowieka na Księżycu, śledził je w telewizji. Tym sposobem śmierć pisarza zbiegła się z największym skokiem technologicznym w dziejach.

Tuwim znowu miał porastającą włosami, dużą, brunatną myszkę na lewym policzku. Przyznam się, mam taką samą, tylko małą, na lewym pośladku, tak więc u Tuwima zajmowała omal połowę policzka. Wstydził się jej większość życia i przeważnie pozwalał on sobie robić zdjęcia z lepszego profilu.

Aspekt cielesny autora. Fizyczny pewien aspekt autora, jego pewien defekt dzieło również znaczy defektem. Zdrowi ludzie książek nie piszą.

Spójrzmy na marny stan żyjących dziś poetów i pisarzy, patrzcie ją, oto poetka - słania się, słania się z knajpy do knajpy, mamrocząc, mamrocząc Owidiusza, w sztucznych futrach. Tamten znów flaszkę przewraca na czyimś stole, drugi wygląda kogo zagadać o papierosa, trzeci goni objuczonego wydawcę, czy by jednak nie zechciał. Żaden chyba nie wierzy do końca w to, czemu się oddaje.
Jedna pani Masłowska dzielnie podbija Warszawę i ostro macha dupą przed kamerą (kaskaderka?). Kto z dzisiejszych poetów ma tyle wigoru, co pani Masłowska?
Proszę zobaczyć teledysk do utworu: DOROTA - Motyle (prod. Solar).

/kb 2026

Wspieramy Fundacja Polsk Ość oraz literaturę podziemną 👽
03/02/2026

Wspieramy Fundacja Polsk Ość oraz literaturę podziemną 👽

Zgarnij 500 zł w 20 minut (bajlando), [$$$ ENG BELOW 👽]

[Wejdź na stronę: ECHO ULICY 2]

sława nieśmiertelna, poczucie mocy,
słodki tytuł autora wymawiany z ogólną aprobatą -
tytuł zwycię-zcy/-x 👑🦋 i na

we -iu? - konkurs na całą
- zapraszam również moich znajomych ze wsi -
są mile widziani 🕷️

współtworzymy wraz z Kolektyw Komitet,
które jest spiritus movens projektu i krzewem gorejącym.

---
[👽 ENG $$$]
We invite
to take part
in the
ECHO ULICY 2/ STREET ECHO 2 competition 🤩

Send us your poem and win 120 EURO (paid in PLN) 😎

Details on the event page ECHO ULICY 2


---
/kb 2026

Zapraszam do lektur części IV mojego opowiadania - pozostałe części znajdziecie na stronie
25/01/2026

Zapraszam do lektur części IV mojego opowiadania - pozostałe części znajdziecie na stronie

Miłym Czytelnikom (wszystkich płci) dziękujemy za cierpliwość. Z nieukrywaną radością i wzruszeniem witamy was ponownie!

Prezentowana dziś czwarta część dokumentu sprawiła naszemu zespołowi redakcyjnemu szczególną trudność, dlatego publikujemy go z dużym opóźnieniem względem poprzednich.
Także ze względu na pewien archaiczny rodzaj liryzmu, znamienny dla dzisiejszego odcinka, który znacznie skomplikował naszą pracę tak translatorską, jak edytorską.

Z uwagi na zniszczenia jakim uległo kilka ze stron rękopisu zmuszeni byliśmy w naszej pracy edytorskiej posłużyć się metodą koniektury; to znaczy, mówiąc wprost, uzupełnić luki w uszkodzonych partiach tekstu naszymi domysłami (łac. “coniectura” - domysł, przypuszczenie, podejrzenie, sąd oparty na przypuszczeniu).

Szacujemy, że uszkodzeniu uległo około 44% oryginalnego tekstu łacińskiego*, co jest niestety ilością znaczną. Zniszczeń dokonał zwykły upływ lat - mamy w końcu do czynienia z dokumentem historycznym - oraz niewłaściwe przechowywanie.

Mój praprapradziad, Wilhelm Borkowski, przed śmiercią miał wszelki ślad po sobie zatrzeć, a wszystkie rękopisy spalić (a i o to wiemy jedynie z niepewnej, rodzinnej legendy) - za wyjątkiem oczywiście tego jednego, który pozostawił rodzinie testamentem. Ten również zaginął. Nie zachowały się żadne źródła, które ułatwiłyby nasze zadanie. Nikt kto by pamiętał. Dziś nie wiemy już nawet, gdzie znajduje się grób Wilhelma.

W naszej pracy posiłkować mogliśmy się jedynie zgromadzoną na temat epoki wiedzą - notabane wiedzą składającą się z rozlicznych fałszerstw i przeinaczeń wynikających tak z samej natury wiedzy, jak i ze zwykłej ludzkiej ułomności historyków i naukowców, którzy wiedzę tę konstytuują.

(Dygresja.)

Bo jaki mam powód sądzić, że cokolwiek z tego, co przedstawia mi się w tak zwanych źródłach historycznych jest prawdą, a nie kłamstwem.

Nigdy nie mogę być zupełnie pewny tego, co było. Ani tym bardziej tego, co będzie. A o tym, co jest, mam pojęcie w najlepszym wypadku mgliste.

Historia wciąż przepisywana jest na nowo - sens faktu (o ile uda się fakt ustalić) podlega przeobrażeniom - to samo zdarzenie odmienia się z upływem lat, nabiera nowych znaczeń, staje swoim przeciwieństwem i znów wraca do poprzedniego stanu.

Na sztandarach czarne staje się białe, a białe czarne.

"[...] Jak więc mogę myśleć o historii zupełnie poważnie, skoro z nią gorzej jak z babą?" - miał powiedzieć nasz Marszałek.

Zgodzić mogę się przynajmniej z pierwszą częścią pytania - drugą zaś pozostawiam jako (potencjalne) świadectwo prymitywnego szowinizmu tamtego czasu. Skłonny jestem jednak nieco pobłażać Marszałkowi z uwagi na fakt, iż z inicjatywą przyznał on dzielnym kobietom prawa wyborcze (dekretem z roku 1918).

Ówczesne kobiety wykazały się wielką szlachetnością serc i rozumem. Na stałe dołączyły do panteonu naszych narodowych bohaterów, świętych i bogów, wywalczając przy tym kolejne pozycje dla swych przyszłych sióstr, aby mogły one żyć swobodniej i pełniej, ciesząc się powszechnymi prawami w (nie)skrępowanej Polsce - i śmielej sięgać.

Zapewne za sto lat i o nas ktoś powie wzruszając obojętnie ramionami: "Jacy oni byli prymitywni i zakłamani". I może będzie to prawdą, o ile uda się raz a dobrze prawdę ustalić.

Wybieram mieć do historii tak swojej - i twojej, Miły Czytelniku - jak i narodu oraz świata stosunek możliwie życzliwy i wyrozumiały, czym (chcąc nie chcąc) podążam za prostym i mądrym wskazaniem naszego poety oraz wielu ludzi przed nim i po nim:

"Kochajmy się!".

(Koniec dygresji.)

Zapraszamy do lektury.

*Dotyczy to głównie opublikowanej dziś części.

---

“Chłód”, część IV

---

Jak to więc stało się, że mniemania moje co do mych braci zakonników i naszego powołania uległy przemianom tak drastycznym, że gotów byłem podejrzewać ich o wszystko, a w zachowaniu ich i słowach doszukiwać się ciemnych jakichś, niepokojących znaczeń?...

Dopóki śpiewałem wraz z braćmi - ach, nasze długie dni wypełnione były modlitwą i śpiewem - dopóki śpiewaliśmy razem - śpiew nasz był natchniony. Duch Święty przenikał nasze zgromadzenie. Przeżywałem stany pojednania: z Bogiem, z braćmi, z ludźmi, z losem, z całym Stworzeniem.
Jasnym i dobrym homofoniom naszego klasztornego chóru przewodził Gwardian Wrona.
Nasze Psalmodie wypełniały kościół aż po sklepienie dźwiękami umiłowanej przez Boga melodii. Przepełnieni radością śpiewaliśmy Magnificat na cześć Maryi, matki naszego Chrystusa Pana:
“Oto bowiem odtąd błogosławić mnie będą wszystkie pokolenia,
Gdyż wielkie rzeczy uczynił mi Wszechmocny…”.

Śpiewaliśmy przekonani, że życie trwa dzięki niestrudzonej pracy naszych gardeł. Że poprzez nasz śpiew realizujemy Bożą wolę – odsuwamy od ludzi i od świata grzech i wszelkie zło - że drżące struny naszych gardeł wprawiają w ruch ciała niebieskie - poruszają cały kosmos - a pierścienie sfer, sfery sfer złote, obracają się i zderzają się z sobą, wydając boskie harmonie, które z rzadka w chwilach szczególnego uniesienia, udawało nam się na krótką chwilę pochwycić uszami…
Czyje to usta dęły w trąby i czyje piszczałki piszczały? Jakież to flety i liry grały muzykę, jakiej nigdym wcześniej nie słyszał? I czyj oddech to sprawiał?
Czy ludzka to dłoń tak struny trącała, a lekko jak wiatr liście strąca i w dal niesie?... I co za chór śpiewał tak szczodrze i słodko, mimo że nikt ust nie otwierał?...
Czułem bliskość aniołów, ich łaskawe towarzystwo. Nie sposób powiedzieć jak wyglądały. Czułem je tak, jak czuje się wiatr na skórze; w letni dzień, gdy zrywa się wiatr, a bryza podrywa ciepły piach i szeleści jak głos mamy przed snem.
Obecność ich była pogodna i dodawała sił duszy, a ciału lekkości i zdrowia. Nie miały kształtu ani nie były aniołami - to tak trudno jest powiedzieć, czego nie da się pomyśleć - czułem je wszędzie, gdzie szedłem. Prowadziły mnie czule i pewnie, mimo strachu. Ku miłości. Do ludzi.
A jeśli zaprzestalibyśmy modlitwy? Jeśli umilkłby nasze gardła? Wówczas nastąpiłby koniec wszystkiego. Pieczęcie pieczęci opadłyby jak kurz. Przepowiedziana przez Apostoła apokalipsa ziściłaby się na naszych oczach.
Czyż można było więc mówić o powołaniu donioślejszym, niźli nasze? Pomimo ciężaru, który spoczywał na moich barkach, byłem spokojny.

Aż pewnego dnia osobliwy pomysł, nie wiedzieć skąd, przyszedł mi do głowy. Było to niecałe dwa miesiące temu.
Podczas Nieszporu, kiedy Słońce już zaszło, a noc nie zdążyła jeszcze zacząć się na dobre, opuściłem nawę kościoła klasztornego, gdzie zgromadzona była omal cała nasza ponad stuosobowa klasztorna wspólnota półanalfabetów. Opuściłem ją, aby z korytarza przysłuchać się temu, co działo się we wnętrzu świątyni.
Rozczarowanie, którego doznałem, na wiele dni wpędziło mnie w gorączkę. Policzki moje wkrótce spuchły od płaczu i z trudem otwierałem oczy. Gwardian zmuszony był zwolnić mnie ze wszelkich zwyczajowych obowiązków klasztornych aż do czasu polepszenia się mojego stanu, co jednak aż po dziś dzień nie nastąpiło…

To co w środku, w świątyni, było dla mnie Świętą Komunią głosów, najwyższym powołaniem i pięknem – tam, na zewnątrz, słyszane z korytarza, mocą jakowegoś szyderstwa przemieniało się w okropność.

Niby żałosny jęk psiej sfory, a jednak było to łkanie arcyludzkie. Coś jak skowyt ciemny, skrzek łysy, o ludzie… czemu tego, co najważniejsze, czemu tego powiedzieć się nie da?… to było coś na opak, coś pomieszanego i chorobliwego - coś nie z tego porządku.
A jednocześnie - była to summa człowieczeństwa. Lecz człowieczeństwa przekręconego, niewydarzonego… Stęk, charkot, chichot i płacz, krzyk rozdzierający i Bóg wie, co jeszcze… Najohydniejsze odgłosy ludzkiego ciała w agonii i w ostatecznym rozbawieniu zarazem - przeobrażone w chór - niebywale niemelodyjne, splatające się z sobą w fantastycznie odpychające, bulgoczące niby w czarnym kotle dźwięki, które zaraz wysadzą pokrywę…

Zajrzałem do środka. Niewiele ujrzałem.
Nagle zapanowała cisza. Doznałem wrażenia, jakoby wszyscy (poza jednym) zwrócili się ku mnie, choć może wcale się nie zwrócili…
Moi bracia za koryfeja cały ten czas wciąż mieli postać, której niewyraźny, ciemny i mglisty zarys przypominał dobrego ojca naszej wspólnoty, starego Wronę - stał z przodu, na środku prezbiterium, odwrócony do zgromadzenia plecami, z głową, oczyma i rękami uniesionymi ku górze. Widziałem go nieco z boku. Wpatrzony był w wysoki obraz przedstawiający [brakujące] - niemal niewidoczny. Cień nocy [sączył] się do świątyni i wypełniał jej zakamarki. Szybko wróciłem na korytarz.

Kościelne organy rozbrzmiały ostrym, rozpaczliwym dysonansem. I zaraz kolejnym, i kolejnym… Palce organisty nie natrafiały na żaden konsonans, żaden akord pogodny. Jego palce pogłębiały jedynie wrażenie osaczenia i niepokoju.
W niepojęty dla mnie sposób owe dysonanse harmonizowały tak z sobą, jak i z głosami mych braci w Chrystusie, by zaraz rozpaść się w polifoniczną kakofonię, która mogła spotkać się jedynie z kompletną kapitulacją audytorium, jeśliby takowe próbowało sens odnaleźć w tym arcyludzkim wyciu i zawodzeniu na całego.
Czyż Bóg uczynił mnie tak ograniczonym, iżby nic z tego pojąć nie mógł?
I hyc!, jednym susem, na krótką chwilę nastawało coś jakoby porządek. Czy raczej niejasne złudzenie porządku - harmonia nie harmonii - połączenia odgłosów nieoczywistych i nietypowych, nie czystych i nie brudnych, lecz człowieczych - i zaraz usłyszałem rozdzierającą serce antyfonę mych braci, wołających ku wysokiemu sklepieniu kościelnego ołtarza “Miserere mei, Deus”... co znów nie trwało długo, a po to chyba tylko rozbrzmiało, aby tym boleśniej rozpaść się w nieopamiętany, a znowuż osobliwie melodyjny śmiech, który pod sam koniec zabrzmiał tak, jakby to zgraja dzieci w kościółku igrała po ciemku. I posnęła…
Pieśń konania, chwaląca wszelakie zepsucie i omam; jak i to wszystko, co szalenie ludzkie, a w ludzkości zmilczane i odepchnięte ze wstydem - to przedostawało się poprzez gardła mych braci zakonników do świata.

Ludzie świeccy i poganie zapewne umarliby ze śmiechu słysząc to, cośmy wyprawiali w świątyni, o ile zdołaliby odnaleźć w zielono-złotych przepaściach Morza Bałtyckiego naszą małą wyspę. Gdyż tylko człowiek pomieszany na umyśle, pijany bądź głuchy uznałby, iż śpiewem takim wychwala on Stwórcę i Jego Dzieło.

Wsparty ręką o ścianę korytarza nie mogłem złapać tchu, tak iż zacząłem dusić się i bez czucia upadłem na podłogę, uderzając głową o kamień. Kiedy wkrótce znaleźli mnie bracia – głowę tą otaczała aureola krwi. Otworzyłem oczy. Poczułem ciężki zapach gnijącej słomy. Swąd palonych włosów. Ujrzałem braci w ciemnoszarych habitach, zebranych w mojej celi. Ich widok przyprawił mnie o tym większą boleść.
- Ave Maria, gratia plena… Dominus tecu… Domine, fac me instrumentum pacis tuae... Panem nostrum… sed libera nos a malo… - strzępy modlitwy docierały do mnie, gdy otwierałem oczy, by zaraz znów zasnąć. Dzień zmieniał się w noc, a noc w dzień. W duchu obarczałem braci winą za mój żałosny stan i przeklinałem ich.

Zdało mi się, iż bracia moi swym śpiewem wytwarzali szczelinę, poprzez którą coś, och - jakże to powiedzieć? - coś jak gdyby wypełzło i przemkło obok swym cielskiem - szarpnęło nieznacznie moje ramię, choć przecie pozostałem nietknięty - i prędko znikło za murami klasztoru.
Głosy zakonników unisono zlewały mi się w czarną, gęstą maź, w jeden wylewający się naokoło bulgot, którego byłem pełen, i którym wymiotowałem cały. Nie rozróżniałem ich od siebie.

Wszystko to, co widziałem, zdawało mi się być niczym innym, jeno mną samym, a i skrzypienie podłogi nad moją celą było jeno skrzypieniem i odgłos kroków dręczący był jeno odgłosem mojej biednej, skrzypiącej głowy. I znów czarno. Pustka. Nic.
Zdumiony przysłuchiwałem się swym myślom, jak chcą, abym wywyższał się i abym kłamał. Abym osądzał i wybierał i przyglądał się swoim nogom - jak mnie ze wstydu ponoszą - lecz niezupełnie dawałem tym myślom wiarę - bo chciały, abym odchodził i oddzielał się i deptał - i abym nie chciał zrozumieć, i abym wpadał w gniew i bliźniego deptał i dręczył bliźniego nim samym i ludzi napuszczał na ludzi i abym chciwie bił w bęben ze skóry zwierzęcia i płonął ogniem ofiarnego paleniska i wydawał okrzyki, i abym żądał i pożądał i odbierał i brał.

Roiły mi się najosobliwsze rzeczy. Chwilami było to tak, jakobym doznawał nowych szczytów ekstazy i Łaski. Wniebowstąpienia.
Nie poprzez modlitwę, posługę i pojednanie, jak dawał nam przykład Chrystus w Ewangeliach - ale w obcowaniu z kobitą, jak to reszta świata przyjęła robić…
Tak jak to pouczają ludzie świeccy, wszak w tej jednej materii brak mi jest ekspertyzy, ale przecie mogę ją niejako przeczuć, jak każdy kto kochał choć raz. Choćby i tylko siebie samego… Posłannice może mi On wysłał dla uzdrowienia?
Poeci wszystkich czasów mówili o kobitach z najwyższym przejęciem i tkliwością. Jużci, coś być w tym musi, skoro słowa tak piękne, jakby się samego Boga lub aniołów trzymały, na myśl im przychodziły w czasie, gdy widzieli tę nie inną niewiastę. I do czynów jakże mężnych i zuchwałych ludzie ci, w życiu swym raczej tchórzliwy, zdolni byli się posunąć z miłości.
A i dobry Bóg Włochowi Dantemu taki obraz ponoć zesłał, że po kobite i warto do piekła zejść i dla niej wspiąć się do nieba...

Kiedy wróciłem do zmysłów, moja głowa jakoby płonęła. Wszystko sprawiało mi ból. Nie mogłem leżeć, nie mogłem siedzieć ani stać. Płakałem z bezsilności. Spoczywałem półżywy na sienniku. Odmawiałem najprostsze dziecięce modlitwy, “Zdrowaś Mario”, “Ojcze Nasz” i oczywiście modlitwę Świętego Franciszka.
Światło raziło oczy, dźwięki raniły uszy. Drżałem cały i kłuły mnie kości i goryczy pełne były moje usta. Wreszcie po wielu dniach ból ustąpił.

Do celi poprzez mury i zasłonięte okno docierały odgłosy dalekiego sztormu, który tej nocy nawiedził morze. Echa grzmotów i odległe, groźne pomruki burzy poruszały eter* wokół, który wibrował i drżał ostrzegawczo, przenosząc wieści o zdarzeniach.
Na korytarzach słychać było wyraźny świst. Wiatr wiał coraz gwałtowniej. Parokrotnie załomotał w grube mury i okna.
W klasztorze i poza nim panowała absolutna ciemność, jedynie licha świeczka wciąż paliła się na stole, oświetlając moją nędzę.

Wreszcie powoli, ostrożnie przymykając powieki, w skupieniu uniosłem swą głowę z księgi, na której dotąd spoczywała. Te ceregiele czyniłem z obawy przed kolejnym atakiem, aby tym razem nie obalił mnie na podłogę.

Milczałem. Z nagła ogarnął mnie przejmujący chłód. Tak jakby kto siedział zimą w ogrzanym pokoju, a nagle otwarło się okno. Barki moje spięły się mimowolnie i podskoczyłem do góry. Przeszył mnie dreszcz. Obróciłem się ze złością i wbiłem oczy w mrok najciemniejszego kąta celi, róg za moimi plecami, dokąd wątłe światło świecy nie docierało. Zadrżałem.
Wrażenie moje zrazu wydało mi się nierozumne, a jednak gotów byłem przysiąc na dobre serce Pana naszego, Chrystusa, iż ów chłód, który przeszył moje ciało do kości, wdzierał się do pomieszczenia z tego właśnie miejsca.
Mimo że naszego klasztoru nie omijały twarde północne zimy, a celę klasztorną zajmowałem już od paru lat, podobne wrażenie nie nawiedziło mnie nigdy wcześniej - ani żadnej szpary tam nie miałeś, ani szczeliny, nic. Kąt ten nigdy nie budził zastrzeżeń. Biorąc rzecz na logikę, dobywający się stamtąd chłód był niemożliwy.
Ciemno było tam tak, że nic nie widziałem. Drzwi znajdowały się po przeciwnej stronie celi, co wykluczało jakowyś gwałtowny przewiew. Przeszedł mnie kolejny dreszcz, a palce moje skostniały. Podwinąłem nieco rękawy habitu i zacząłem pocierać o siebie dłonie.
Złości ustąpił miejsca wzrastający niepokój. Poczułem się bezbronny i nagi wobec… wobec tego, co działo się w celi, a co nasilało się z każdą chwilą. Aby dodać sobie otuchy, zapytałem głośno:
- Kto tam jest?
Cisza. Nie spodziewałem się przecież, żeby mi kto miał odpowiedzieć, a tylko tak pytałem, żeby złe myśli odpędzić. Patrzyłem w ów mrok pilnie i badawczo - on jednak nijak nie chciał się rozstąpić, jak to zwykło dziać się zawsze, gdy oczy przywykną do nocy. Przeciwnie, rzecz osobliwa, zdawał się on gęstnieć i wzrastać w miarę upływu czasu.

*Eter - niegdyś określany substancją, o której twierdziło się, iż stanowi rodzaj wypełnienia wszechświata (materia prima).

PWN: “W starożytności eter był jednym z tzw.
żywiołów, elementarnych substancji wypełniających wszechświat, żywiołem jednoczącym cztery pozostałe: ziemię, wodę, ogień i powietrze. Fizykom w XIX wieku eter potrzebny był jako hipotetyczny ośrodek rozchodzenia się fal elektromagnetycznych. Zanim okazało się, że ośrodka takiego nie ma, koncepcję eteru odniesiono do fal radiowych, stąd zachowane do dziś zwroty na falach eteru, cisza w eterze itp. Refleksem tej dawnej koncepcji jest też słowo eternet – nazwa technologii sieci komputerowych.”

---

KONIEC CZĘŚCI IV

---

podpisano: kamil borkowski

ps. zdjęcie przedstawia mnie, ale pozornie.

Zapraszam do zapoznania się z trzecią częścią mojego literackiego bluźnierstwa. Kamil Borkowski
07/01/2026

Zapraszam do zapoznania się z trzecią częścią mojego literackiego bluźnierstwa.

Kamil Borkowski

Mili Czytelnicy, od czasu wizyty brata Baltazara w siedzibie naszej redakcji nie wydarzyło się nic szczególnego, więc bez przeszkód możemy przejść dalej.
Nie zaobserwowaliśmy żadnych nadnaturalnych zjawisk ani ingerencji nieznanych sił czy choćby pikiety za oknem.

Sprawy posuwają się swoim zwyczajnym torem bez niespodzianek. Wszyscy zdrowi.

Być może cała ta wizyta była jedynie aberracją i nie znajdzie swojego dalszego ciągu, jak to w życiu - “wątki” urywają się niespodziewanie, “bohaterowie” znikają w połowie swojej kwestii, by już nie powrócić - dni przechodzą w lata (to dziwi nas zawsze), mosty walą, a “poszlaki” nie składają się w żadną sensowną całość, jedynie rozpadają się na naszych oczach, jak wszystko - przepada bezsensownie. Rozwiane wiatrem, przykryte piachem, zalane łzami.

Przepraszam miłych Czytelników za ten ponury wstęp.

Spostrzegam, iż nie jestem dziś w nastroju do żartów i popadam w szkodliwą estetyzację.
Wpływ na to może mieć dokument mojego biednego praprapradziada Wilhelma, z którym obcowałem już tak długo (choćby w żmudnym procesie tłumaczenia go z łaciny), że zacząłem nim przesiąkać.

Należy uważać na lektury, które dla siebie wybieramy - nie jest tak, że są to tylko książki, tylko słowa, skoro zdolne są dosięgnąć naszego umysłu, serca czy duszy (“wnętrza”) - a czasem po to, by nas zadusić. Wierzę jednak, że nie to było intencją mojego dobrego praprapradziada.

Nie zniechęca nas to też do publikacji. Wiemy, że smutek jest integralną częścią ludzkiego doświadczenia i aby nas nie uwierał - należy przeżyć go do końca i wyczerpać. Wreszcie minie, jak wszystko.

Głowa do góry! Nie tylko poprawia to ogólną prezencję i samopoczucie, ale i udrażnia drogi oddechowe (a w moim przypadku ważne jest też, że nic nie kosztuje).

A więc… podnieśmy głowy i złapmy wspólnie oddech.
Wdech (niech nas całych napełni i zatrzyma)...
Wydech (powoli, do końca).

Mili Czytelnicy, nie miejcie mi za złe nieprofesjonalizmu tych nazbyt osobistych zwierzeń. W pierwszej kolejności jestem człowiekiem, dopiero później - “profesjonalistą” - i ta ludzka moja część domagała się wyrazu.

Oto trzecia część dokumentu.

---

"Chłód", część III

---

I oto byłem w swej celi otoczony przez cienie drgające i kamień na kamieniu dokoła, wiernych mych towarzyszy, milczących i zimnych.
Moje cenne prześcieradło trzymało się na oknie jak trzeba i połyskiwało delikatnie w półmroku.
Świeca paliła się z wolna, wosk zastygał na drewnianym stole, a zagadkowy, falujący czy niekiedy wibrujący ruch ściany z mojej prawej nie ustawał w trudach, aby pozyskać moją uwagę.
Zdawał się przemieszczać nieznacznie w najciemniejszy róg pomieszczenia za mną.
Zwracałem tam oczy - ruch natychmiast zastygał. Jakoby wyprzedzał mnie i unikał, a zawsze nieznacznie, o sekundę. W jednej chwili stawał się przywidzeniem.
Skutkiem wyczerpania, zapewne - wszak od wczoraj ani kęsa nie mogłem włożyć do ust, ani łyka wody przełknąć, abym ich zaraz nie musiał zwrócić.
Obrzydła moja przypadłość dręczyła mnie również bezsennością. Szczęśliwie udało mi się jednak parę razy w ciągu dnia zdrzemnąć, i to całkiem nieźle biorąc pod uwagę wcześniejszą mizerię, tak iż nagromadziłem dość sił, aby tej nocy poświęcić się studiom spoczywającej przede mną księgi [“Summa Contra Gentiles” - “O prawdziwości wiary katolickiej przeciwko błędom niewiernych” - przyp. redakcji].
Wiedza miała być tej nocy jedynym mym chlebem i winem.

Moim celem było zgłębienie Prawdy o Bogu - do której klucza nie potrafiłem odnaleźć pośród mych braci zakonników, a podejrzewałem też, że go tam nie ma.
Pismo Święte, mimo iż Objawione nam przez Pana, nie zawierało jednakże żadnych dowodzeń ani argumentów zdolnych nasycić i przekonać umysł (zawsze podejrzliwy i pytający) o Prawdzie tegoż Objawienia. Ani też odsłonić Jego przed człowieczym wzrokiem…

Dusze mych braci nie zawsze wydawały mi się tak szpetne ani intencje ich tak nieczyste czy niejednoznaczne.
Myśli te i uczucia, o których dotychczas opowiedziałem, nawiedzały mnie dopiero od niedawna, acz niezwykle uporczywie, tak że poprzednie moje mniemania - choć jeszcze niedawno tak kojące i żywe - stawały się jeno mglistym wspomnieniem…

Bo był czas, gdy swoje obowiązki spełniałem z najwyższym przejęciem. Wiernie i z niekłamanym oddaniem stosowałem się do Reguły zakonu, przykazań i Pisma. Napawało mnie to wielką błogością i spokojem. Nie miałem wątpliwości, iż jest to słuszne.
Z radością przyjmowałem polecenia dobrego ojca Wrony.

Wypełnialiśmy na ziemi Boży rozkaz, który poprzez jego usty docierał do naszego zgromadzenia.

Prymy, Tercje, Seksty i Nony dzielone z braćmi zakonnikami przepełniały moje serce wzruszeniem. Niosłem pomoc kalekom, biedakom i chorym, ubrany w żebracze łachmany, pokorny i miłościwy, a tuż za mną szedł Jezus Chrystus, cały uśmiechnięty, rozświetlony.
Moich braci kochałem tak, jak potrafiłem najlepiej, mimo że już wówczas, u początku naszej klasztornej drogi i później zdradzali oni oznaki niejakiego umysłowego zaćmienia i ordynarności, spowodowanej zapewne ich chłopskim pochodzeniem.
Nie mogli oni być inni. Skłonny byłem więc przymykać oko na te drobiazgi, które później urosnąć miały do tak przerażających rozmiarów.

Wszak jednaki cel nam przyświecał - gotowi byliśmy wszelkimi sposobami wyplewić nasze dusze z grzechu.

Jasnym było, że w Regule zakonu położyć możemy naszą całkowitą ufność. Że Bóg jest dobry. Że rzeczy dzieją się tak, jak mają się dziać - że lepiej dziać się nie mogą, a wszystkie są dla nas cenną lekcją, służącą zbawieniu - że żyjemy w świecie, który jest najpiękniejszym z dzieł - i że jest dokładnie taki, jaki ma być - że samotność jest cierpieniem - a ofiarność, skromność i posługa - są dobrem. Że świat i ludzie, którzy nas otaczają, godni są umiłowania, mimo skaz i omyleń…

Myśmy nie tyle chcieli szukać wśród ludzi zrozumienia, co ludzi zrozumieniem obdarzać; i nie tyle miłości szukać, co kochać, aby na tej drodze wznieść się do poziomu boskości Chrystusa, który dał nam przykład w Ewangeliach.

Zresztą, jakże to? My? Franciszkanie? Mielibyśmy pośród grzeszników szukać wyrozumienia?
Pośród tych, którzy ze swych urojeń wnoszą o sensie całości? Wszak grzesznik niezdolny był ujrzeć prawdy o niczym, co mu się przytrafiało. Ani o swych bliźnich.
Naszą powinnością było co innego. Pokornie i litościwie k l ę c z e ć przed grzesznikiem i modlić się o jego lub jej duszę, by ozdrowiała. Wiedzieliśmy wraz z braćmi, że grzesznik, nawet grożąc nam i chcąc nas od siebie odepchnąć - czyni to z bólu, który niemożliwy jest do zniesienia, i który kłuje duszę niby cierń.
Dzieliliśmy chleb i wyciągaliśmy do ludzi otwarte dłonie. Siadaliśmy na podłodze lub na gołej ziemi, by nad nikogo się nie wywyższać. Służyliśmy pokornie tym, którzy tego potrzebowali, nie bacząc na ich zepsucie, wszak było ono skutkiem działania Złego.
Ci ludzie byli niewinni. Nie wiedzieli, co czynią.

Naszą powinnością było cierpliwie pobłażać ludzkim nikczemnościom i zbłądzeniom: cierpliwie znosić kłamstwo, wynikłe z cierpienia, i zazdrość, będącą skutkiem wstydu i wszelkie inne potwarze i ciosy znosić cierpliwie, do czego zdolne jest tylko serce, które kocha. Wszystko zrozumieć, to wszystko wybaczyć.
Zaś wszelkie niezrozumienie było wynikiem działania Złego.

Dziś jednak wątpiłem, czy myśmy aby dobrze sens Bożego rozkazu pojęli…

Na powrót uczułem owo fatalne ukłucie, jakby mi kto sztylet wraził w mózg. Pociemniało mi przed oczami i zajęczałem żałośnie, zęby zaciskając z boleści, a ciało moje opadło na stół i spoczywającą na nim zamkniętą księgę.
Omal nie zdmuchnąłem świecy, której rozszalały płomień poruszył wszystkie cienie na kamieniach.
Po chwili ból ustąpił, ja jednak trzymałem głowę na księdze z obawy, aby przy podnoszeniu się ból nie powrócił…
Pozycja dogodna rozmyślaniom i modlitwie jak każda inna, można by się wręcz przyzwyczaić. Bóg nie mógł mieć nic przeciwko, aby człowiek zbolały Go w ten sposób chwalił.

---

KONIEC CZĘŚCI III

---

podpisano: kamil borkowski

ps. zdjęcie przedstawia mnie, ale pozornie

Adres

Rzeszów
31-555

Strona Internetowa

Ostrzeżenia

Bądź na bieżąco i daj nam wysłać e-mail, gdy Rave Podkarpacie umieści wiadomości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu i możesz zrezygnować z subskrypcji w dowolnym momencie.

Udostępnij

Kategoria