25/01/2026
Zapraszam do lektur części IV mojego opowiadania - pozostałe części znajdziecie na stronie
Miłym Czytelnikom (wszystkich płci) dziękujemy za cierpliwość. Z nieukrywaną radością i wzruszeniem witamy was ponownie!
Prezentowana dziś czwarta część dokumentu sprawiła naszemu zespołowi redakcyjnemu szczególną trudność, dlatego publikujemy go z dużym opóźnieniem względem poprzednich.
Także ze względu na pewien archaiczny rodzaj liryzmu, znamienny dla dzisiejszego odcinka, który znacznie skomplikował naszą pracę tak translatorską, jak edytorską.
Z uwagi na zniszczenia jakim uległo kilka ze stron rękopisu zmuszeni byliśmy w naszej pracy edytorskiej posłużyć się metodą koniektury; to znaczy, mówiąc wprost, uzupełnić luki w uszkodzonych partiach tekstu naszymi domysłami (łac. “coniectura” - domysł, przypuszczenie, podejrzenie, sąd oparty na przypuszczeniu).
Szacujemy, że uszkodzeniu uległo około 44% oryginalnego tekstu łacińskiego*, co jest niestety ilością znaczną. Zniszczeń dokonał zwykły upływ lat - mamy w końcu do czynienia z dokumentem historycznym - oraz niewłaściwe przechowywanie.
Mój praprapradziad, Wilhelm Borkowski, przed śmiercią miał wszelki ślad po sobie zatrzeć, a wszystkie rękopisy spalić (a i o to wiemy jedynie z niepewnej, rodzinnej legendy) - za wyjątkiem oczywiście tego jednego, który pozostawił rodzinie testamentem. Ten również zaginął. Nie zachowały się żadne źródła, które ułatwiłyby nasze zadanie. Nikt kto by pamiętał. Dziś nie wiemy już nawet, gdzie znajduje się grób Wilhelma.
W naszej pracy posiłkować mogliśmy się jedynie zgromadzoną na temat epoki wiedzą - notabane wiedzą składającą się z rozlicznych fałszerstw i przeinaczeń wynikających tak z samej natury wiedzy, jak i ze zwykłej ludzkiej ułomności historyków i naukowców, którzy wiedzę tę konstytuują.
(Dygresja.)
Bo jaki mam powód sądzić, że cokolwiek z tego, co przedstawia mi się w tak zwanych źródłach historycznych jest prawdą, a nie kłamstwem.
Nigdy nie mogę być zupełnie pewny tego, co było. Ani tym bardziej tego, co będzie. A o tym, co jest, mam pojęcie w najlepszym wypadku mgliste.
Historia wciąż przepisywana jest na nowo - sens faktu (o ile uda się fakt ustalić) podlega przeobrażeniom - to samo zdarzenie odmienia się z upływem lat, nabiera nowych znaczeń, staje swoim przeciwieństwem i znów wraca do poprzedniego stanu.
Na sztandarach czarne staje się białe, a białe czarne.
"[...] Jak więc mogę myśleć o historii zupełnie poważnie, skoro z nią gorzej jak z babą?" - miał powiedzieć nasz Marszałek.
Zgodzić mogę się przynajmniej z pierwszą częścią pytania - drugą zaś pozostawiam jako (potencjalne) świadectwo prymitywnego szowinizmu tamtego czasu. Skłonny jestem jednak nieco pobłażać Marszałkowi z uwagi na fakt, iż z inicjatywą przyznał on dzielnym kobietom prawa wyborcze (dekretem z roku 1918).
Ówczesne kobiety wykazały się wielką szlachetnością serc i rozumem. Na stałe dołączyły do panteonu naszych narodowych bohaterów, świętych i bogów, wywalczając przy tym kolejne pozycje dla swych przyszłych sióstr, aby mogły one żyć swobodniej i pełniej, ciesząc się powszechnymi prawami w (nie)skrępowanej Polsce - i śmielej sięgać.
Zapewne za sto lat i o nas ktoś powie wzruszając obojętnie ramionami: "Jacy oni byli prymitywni i zakłamani". I może będzie to prawdą, o ile uda się raz a dobrze prawdę ustalić.
Wybieram mieć do historii tak swojej - i twojej, Miły Czytelniku - jak i narodu oraz świata stosunek możliwie życzliwy i wyrozumiały, czym (chcąc nie chcąc) podążam za prostym i mądrym wskazaniem naszego poety oraz wielu ludzi przed nim i po nim:
"Kochajmy się!".
(Koniec dygresji.)
Zapraszamy do lektury.
*Dotyczy to głównie opublikowanej dziś części.
---
“Chłód”, część IV
---
Jak to więc stało się, że mniemania moje co do mych braci zakonników i naszego powołania uległy przemianom tak drastycznym, że gotów byłem podejrzewać ich o wszystko, a w zachowaniu ich i słowach doszukiwać się ciemnych jakichś, niepokojących znaczeń?...
Dopóki śpiewałem wraz z braćmi - ach, nasze długie dni wypełnione były modlitwą i śpiewem - dopóki śpiewaliśmy razem - śpiew nasz był natchniony. Duch Święty przenikał nasze zgromadzenie. Przeżywałem stany pojednania: z Bogiem, z braćmi, z ludźmi, z losem, z całym Stworzeniem.
Jasnym i dobrym homofoniom naszego klasztornego chóru przewodził Gwardian Wrona.
Nasze Psalmodie wypełniały kościół aż po sklepienie dźwiękami umiłowanej przez Boga melodii. Przepełnieni radością śpiewaliśmy Magnificat na cześć Maryi, matki naszego Chrystusa Pana:
“Oto bowiem odtąd błogosławić mnie będą wszystkie pokolenia,
Gdyż wielkie rzeczy uczynił mi Wszechmocny…”.
Śpiewaliśmy przekonani, że życie trwa dzięki niestrudzonej pracy naszych gardeł. Że poprzez nasz śpiew realizujemy Bożą wolę – odsuwamy od ludzi i od świata grzech i wszelkie zło - że drżące struny naszych gardeł wprawiają w ruch ciała niebieskie - poruszają cały kosmos - a pierścienie sfer, sfery sfer złote, obracają się i zderzają się z sobą, wydając boskie harmonie, które z rzadka w chwilach szczególnego uniesienia, udawało nam się na krótką chwilę pochwycić uszami…
Czyje to usta dęły w trąby i czyje piszczałki piszczały? Jakież to flety i liry grały muzykę, jakiej nigdym wcześniej nie słyszał? I czyj oddech to sprawiał?
Czy ludzka to dłoń tak struny trącała, a lekko jak wiatr liście strąca i w dal niesie?... I co za chór śpiewał tak szczodrze i słodko, mimo że nikt ust nie otwierał?...
Czułem bliskość aniołów, ich łaskawe towarzystwo. Nie sposób powiedzieć jak wyglądały. Czułem je tak, jak czuje się wiatr na skórze; w letni dzień, gdy zrywa się wiatr, a bryza podrywa ciepły piach i szeleści jak głos mamy przed snem.
Obecność ich była pogodna i dodawała sił duszy, a ciału lekkości i zdrowia. Nie miały kształtu ani nie były aniołami - to tak trudno jest powiedzieć, czego nie da się pomyśleć - czułem je wszędzie, gdzie szedłem. Prowadziły mnie czule i pewnie, mimo strachu. Ku miłości. Do ludzi.
A jeśli zaprzestalibyśmy modlitwy? Jeśli umilkłby nasze gardła? Wówczas nastąpiłby koniec wszystkiego. Pieczęcie pieczęci opadłyby jak kurz. Przepowiedziana przez Apostoła apokalipsa ziściłaby się na naszych oczach.
Czyż można było więc mówić o powołaniu donioślejszym, niźli nasze? Pomimo ciężaru, który spoczywał na moich barkach, byłem spokojny.
Aż pewnego dnia osobliwy pomysł, nie wiedzieć skąd, przyszedł mi do głowy. Było to niecałe dwa miesiące temu.
Podczas Nieszporu, kiedy Słońce już zaszło, a noc nie zdążyła jeszcze zacząć się na dobre, opuściłem nawę kościoła klasztornego, gdzie zgromadzona była omal cała nasza ponad stuosobowa klasztorna wspólnota półanalfabetów. Opuściłem ją, aby z korytarza przysłuchać się temu, co działo się we wnętrzu świątyni.
Rozczarowanie, którego doznałem, na wiele dni wpędziło mnie w gorączkę. Policzki moje wkrótce spuchły od płaczu i z trudem otwierałem oczy. Gwardian zmuszony był zwolnić mnie ze wszelkich zwyczajowych obowiązków klasztornych aż do czasu polepszenia się mojego stanu, co jednak aż po dziś dzień nie nastąpiło…
To co w środku, w świątyni, było dla mnie Świętą Komunią głosów, najwyższym powołaniem i pięknem – tam, na zewnątrz, słyszane z korytarza, mocą jakowegoś szyderstwa przemieniało się w okropność.
Niby żałosny jęk psiej sfory, a jednak było to łkanie arcyludzkie. Coś jak skowyt ciemny, skrzek łysy, o ludzie… czemu tego, co najważniejsze, czemu tego powiedzieć się nie da?… to było coś na opak, coś pomieszanego i chorobliwego - coś nie z tego porządku.
A jednocześnie - była to summa człowieczeństwa. Lecz człowieczeństwa przekręconego, niewydarzonego… Stęk, charkot, chichot i płacz, krzyk rozdzierający i Bóg wie, co jeszcze… Najohydniejsze odgłosy ludzkiego ciała w agonii i w ostatecznym rozbawieniu zarazem - przeobrażone w chór - niebywale niemelodyjne, splatające się z sobą w fantastycznie odpychające, bulgoczące niby w czarnym kotle dźwięki, które zaraz wysadzą pokrywę…
Zajrzałem do środka. Niewiele ujrzałem.
Nagle zapanowała cisza. Doznałem wrażenia, jakoby wszyscy (poza jednym) zwrócili się ku mnie, choć może wcale się nie zwrócili…
Moi bracia za koryfeja cały ten czas wciąż mieli postać, której niewyraźny, ciemny i mglisty zarys przypominał dobrego ojca naszej wspólnoty, starego Wronę - stał z przodu, na środku prezbiterium, odwrócony do zgromadzenia plecami, z głową, oczyma i rękami uniesionymi ku górze. Widziałem go nieco z boku. Wpatrzony był w wysoki obraz przedstawiający [brakujące] - niemal niewidoczny. Cień nocy [sączył] się do świątyni i wypełniał jej zakamarki. Szybko wróciłem na korytarz.
Kościelne organy rozbrzmiały ostrym, rozpaczliwym dysonansem. I zaraz kolejnym, i kolejnym… Palce organisty nie natrafiały na żaden konsonans, żaden akord pogodny. Jego palce pogłębiały jedynie wrażenie osaczenia i niepokoju.
W niepojęty dla mnie sposób owe dysonanse harmonizowały tak z sobą, jak i z głosami mych braci w Chrystusie, by zaraz rozpaść się w polifoniczną kakofonię, która mogła spotkać się jedynie z kompletną kapitulacją audytorium, jeśliby takowe próbowało sens odnaleźć w tym arcyludzkim wyciu i zawodzeniu na całego.
Czyż Bóg uczynił mnie tak ograniczonym, iżby nic z tego pojąć nie mógł?
I hyc!, jednym susem, na krótką chwilę nastawało coś jakoby porządek. Czy raczej niejasne złudzenie porządku - harmonia nie harmonii - połączenia odgłosów nieoczywistych i nietypowych, nie czystych i nie brudnych, lecz człowieczych - i zaraz usłyszałem rozdzierającą serce antyfonę mych braci, wołających ku wysokiemu sklepieniu kościelnego ołtarza “Miserere mei, Deus”... co znów nie trwało długo, a po to chyba tylko rozbrzmiało, aby tym boleśniej rozpaść się w nieopamiętany, a znowuż osobliwie melodyjny śmiech, który pod sam koniec zabrzmiał tak, jakby to zgraja dzieci w kościółku igrała po ciemku. I posnęła…
Pieśń konania, chwaląca wszelakie zepsucie i omam; jak i to wszystko, co szalenie ludzkie, a w ludzkości zmilczane i odepchnięte ze wstydem - to przedostawało się poprzez gardła mych braci zakonników do świata.
Ludzie świeccy i poganie zapewne umarliby ze śmiechu słysząc to, cośmy wyprawiali w świątyni, o ile zdołaliby odnaleźć w zielono-złotych przepaściach Morza Bałtyckiego naszą małą wyspę. Gdyż tylko człowiek pomieszany na umyśle, pijany bądź głuchy uznałby, iż śpiewem takim wychwala on Stwórcę i Jego Dzieło.
Wsparty ręką o ścianę korytarza nie mogłem złapać tchu, tak iż zacząłem dusić się i bez czucia upadłem na podłogę, uderzając głową o kamień. Kiedy wkrótce znaleźli mnie bracia – głowę tą otaczała aureola krwi. Otworzyłem oczy. Poczułem ciężki zapach gnijącej słomy. Swąd palonych włosów. Ujrzałem braci w ciemnoszarych habitach, zebranych w mojej celi. Ich widok przyprawił mnie o tym większą boleść.
- Ave Maria, gratia plena… Dominus tecu… Domine, fac me instrumentum pacis tuae... Panem nostrum… sed libera nos a malo… - strzępy modlitwy docierały do mnie, gdy otwierałem oczy, by zaraz znów zasnąć. Dzień zmieniał się w noc, a noc w dzień. W duchu obarczałem braci winą za mój żałosny stan i przeklinałem ich.
Zdało mi się, iż bracia moi swym śpiewem wytwarzali szczelinę, poprzez którą coś, och - jakże to powiedzieć? - coś jak gdyby wypełzło i przemkło obok swym cielskiem - szarpnęło nieznacznie moje ramię, choć przecie pozostałem nietknięty - i prędko znikło za murami klasztoru.
Głosy zakonników unisono zlewały mi się w czarną, gęstą maź, w jeden wylewający się naokoło bulgot, którego byłem pełen, i którym wymiotowałem cały. Nie rozróżniałem ich od siebie.
Wszystko to, co widziałem, zdawało mi się być niczym innym, jeno mną samym, a i skrzypienie podłogi nad moją celą było jeno skrzypieniem i odgłos kroków dręczący był jeno odgłosem mojej biednej, skrzypiącej głowy. I znów czarno. Pustka. Nic.
Zdumiony przysłuchiwałem się swym myślom, jak chcą, abym wywyższał się i abym kłamał. Abym osądzał i wybierał i przyglądał się swoim nogom - jak mnie ze wstydu ponoszą - lecz niezupełnie dawałem tym myślom wiarę - bo chciały, abym odchodził i oddzielał się i deptał - i abym nie chciał zrozumieć, i abym wpadał w gniew i bliźniego deptał i dręczył bliźniego nim samym i ludzi napuszczał na ludzi i abym chciwie bił w bęben ze skóry zwierzęcia i płonął ogniem ofiarnego paleniska i wydawał okrzyki, i abym żądał i pożądał i odbierał i brał.
Roiły mi się najosobliwsze rzeczy. Chwilami było to tak, jakobym doznawał nowych szczytów ekstazy i Łaski. Wniebowstąpienia.
Nie poprzez modlitwę, posługę i pojednanie, jak dawał nam przykład Chrystus w Ewangeliach - ale w obcowaniu z kobitą, jak to reszta świata przyjęła robić…
Tak jak to pouczają ludzie świeccy, wszak w tej jednej materii brak mi jest ekspertyzy, ale przecie mogę ją niejako przeczuć, jak każdy kto kochał choć raz. Choćby i tylko siebie samego… Posłannice może mi On wysłał dla uzdrowienia?
Poeci wszystkich czasów mówili o kobitach z najwyższym przejęciem i tkliwością. Jużci, coś być w tym musi, skoro słowa tak piękne, jakby się samego Boga lub aniołów trzymały, na myśl im przychodziły w czasie, gdy widzieli tę nie inną niewiastę. I do czynów jakże mężnych i zuchwałych ludzie ci, w życiu swym raczej tchórzliwy, zdolni byli się posunąć z miłości.
A i dobry Bóg Włochowi Dantemu taki obraz ponoć zesłał, że po kobite i warto do piekła zejść i dla niej wspiąć się do nieba...
Kiedy wróciłem do zmysłów, moja głowa jakoby płonęła. Wszystko sprawiało mi ból. Nie mogłem leżeć, nie mogłem siedzieć ani stać. Płakałem z bezsilności. Spoczywałem półżywy na sienniku. Odmawiałem najprostsze dziecięce modlitwy, “Zdrowaś Mario”, “Ojcze Nasz” i oczywiście modlitwę Świętego Franciszka.
Światło raziło oczy, dźwięki raniły uszy. Drżałem cały i kłuły mnie kości i goryczy pełne były moje usta. Wreszcie po wielu dniach ból ustąpił.
Do celi poprzez mury i zasłonięte okno docierały odgłosy dalekiego sztormu, który tej nocy nawiedził morze. Echa grzmotów i odległe, groźne pomruki burzy poruszały eter* wokół, który wibrował i drżał ostrzegawczo, przenosząc wieści o zdarzeniach.
Na korytarzach słychać było wyraźny świst. Wiatr wiał coraz gwałtowniej. Parokrotnie załomotał w grube mury i okna.
W klasztorze i poza nim panowała absolutna ciemność, jedynie licha świeczka wciąż paliła się na stole, oświetlając moją nędzę.
Wreszcie powoli, ostrożnie przymykając powieki, w skupieniu uniosłem swą głowę z księgi, na której dotąd spoczywała. Te ceregiele czyniłem z obawy przed kolejnym atakiem, aby tym razem nie obalił mnie na podłogę.
Milczałem. Z nagła ogarnął mnie przejmujący chłód. Tak jakby kto siedział zimą w ogrzanym pokoju, a nagle otwarło się okno. Barki moje spięły się mimowolnie i podskoczyłem do góry. Przeszył mnie dreszcz. Obróciłem się ze złością i wbiłem oczy w mrok najciemniejszego kąta celi, róg za moimi plecami, dokąd wątłe światło świecy nie docierało. Zadrżałem.
Wrażenie moje zrazu wydało mi się nierozumne, a jednak gotów byłem przysiąc na dobre serce Pana naszego, Chrystusa, iż ów chłód, który przeszył moje ciało do kości, wdzierał się do pomieszczenia z tego właśnie miejsca.
Mimo że naszego klasztoru nie omijały twarde północne zimy, a celę klasztorną zajmowałem już od paru lat, podobne wrażenie nie nawiedziło mnie nigdy wcześniej - ani żadnej szpary tam nie miałeś, ani szczeliny, nic. Kąt ten nigdy nie budził zastrzeżeń. Biorąc rzecz na logikę, dobywający się stamtąd chłód był niemożliwy.
Ciemno było tam tak, że nic nie widziałem. Drzwi znajdowały się po przeciwnej stronie celi, co wykluczało jakowyś gwałtowny przewiew. Przeszedł mnie kolejny dreszcz, a palce moje skostniały. Podwinąłem nieco rękawy habitu i zacząłem pocierać o siebie dłonie.
Złości ustąpił miejsca wzrastający niepokój. Poczułem się bezbronny i nagi wobec… wobec tego, co działo się w celi, a co nasilało się z każdą chwilą. Aby dodać sobie otuchy, zapytałem głośno:
- Kto tam jest?
Cisza. Nie spodziewałem się przecież, żeby mi kto miał odpowiedzieć, a tylko tak pytałem, żeby złe myśli odpędzić. Patrzyłem w ów mrok pilnie i badawczo - on jednak nijak nie chciał się rozstąpić, jak to zwykło dziać się zawsze, gdy oczy przywykną do nocy. Przeciwnie, rzecz osobliwa, zdawał się on gęstnieć i wzrastać w miarę upływu czasu.
*Eter - niegdyś określany substancją, o której twierdziło się, iż stanowi rodzaj wypełnienia wszechświata (materia prima).
PWN: “W starożytności eter był jednym z tzw.
żywiołów, elementarnych substancji wypełniających wszechświat, żywiołem jednoczącym cztery pozostałe: ziemię, wodę, ogień i powietrze. Fizykom w XIX wieku eter potrzebny był jako hipotetyczny ośrodek rozchodzenia się fal elektromagnetycznych. Zanim okazało się, że ośrodka takiego nie ma, koncepcję eteru odniesiono do fal radiowych, stąd zachowane do dziś zwroty na falach eteru, cisza w eterze itp. Refleksem tej dawnej koncepcji jest też słowo eternet – nazwa technologii sieci komputerowych.”
---
KONIEC CZĘŚCI IV
---
podpisano: kamil borkowski
ps. zdjęcie przedstawia mnie, ale pozornie.