27/05/2026
Dzień dobry! Cześć!
Jak powiedział Mark Twain: „Pogłoski o mojej śmierci są mocno przesadzone”.
Wiemy, że część z Was zaniepokoiła nasza dłuższa nieobecność, dlatego spieszymy z wyjaśnieniem. W ostatnim czasie spotkaliśmy się z próbami zastraszenia naszej działalności medialnej. Mimo tego mówimy jasno: nie zamierzamy się poddać. Wolność słowa jest dla nas jedną z podstawowych wartości, o które zamierzamy walczyć. Nawet, jeśli druga strona postanawia grać nieczysto.
Skoro w urzędzie radni i mieszkańcy bywają przekrzykiwani przez Włodarzy naszego miasta, my będziemy działać tam, gdzie jeszcze można zabrać głos – w mediach społecznościowych. W tych samych mediach, w których ci sami Włodarze z zapałem budują swój wizerunek ludzi otwartych na dialog i troszczących się o dobro wszystkich mieszkańców.
Niestety jednak, przykłady z ostatnich dwóch lat pokazują coś zupełnie innego. Dlatego powtarzamy: nie odpuścimy.
Będziemy dalej dzielić się naszymi obserwacjami i relacjonować to, co dzieje się w Milanówku. Bo właśnie na to – na rzetelną informację i odrobinę światła na lokalną rzeczywistość – zasługują mieszkańcy tego miasta.
Przejdźmy zatem do tematu dzisiejszego wpisu, a więc ostatniej sesji Rady Miasta, która trwała tak długo, że spokojnie można było pomylić ją z maratonem. Poniedziałek przeszedł we wtorek, wtorek prawie w środę, ale jedno pozostało niezmienne – jeśli ktoś liczył na merytoryczną debatę o stanie gminy, to niestety mógł poczuć się mocno rozczarowany.
Bo wiecie Państwo, debata o stanie gminy w Milanówku wygląda dziś mniej więcej tak: opozycja zadaje pytania, wskazuje potencjalne problemy, odnosi się do raportu, analizuje dokumenty, a w odpowiedzi… słyszy, że to „czepialstwo”.
Tak, naprawdę.
W pewnym momencie radna Chodyniecka postanowiła zapytać, kiedy właściwie zacznie się debata, bo jej zdaniem zadawanie pytań do raportu to już przesada. I trudno nie docenić tego poziomu absurdu. Mamy debatę o stanie gminy. Radni odnoszą się do raportu o stanie gminy. Ale według części radnych Odnowy… to jeszcze nie jest debata.
Czym więc jest? Ceremonią wzajemnego przytakiwania?
Co ciekawe, ci sami radni, którym przeszkadzały pytania opozycji, sami nie mieli praktycznie żadnych merytorycznych uwag do raportu. Żadnej głębszej analizy. Żadnej dyskusji o problemach miasta. Żadnej polemiki z przedstawionymi argumentami. Za to wyraźnie było widać irytację, że ktoś w ogóle ośmiela się pytać.
Szczególnie że pytania były bardzo konkretne.
Radne Justyna Chmielewska oraz Kordus-Niedziela przedstawiały merytoryczne uwagi dotyczące raportu i funkcjonowania miasta. I co? I właściwie nic. Brak odniesienia, brak dyskusji, brak próby odpowiedzi. Cisza. Jakby najlepiej było przeczekać temat i udawać, że problemów nie ma.
A problemów w tym raporcie nie brakowało.
Bo trudno poważnie traktować dokument, który momentami wygląda bardziej jak materiał promocyjny niż realna diagnoza sytuacji miasta. W raporcie czytamy o „ponadprzeciętnej atrakcyjności gospodarczej” Milanówka dla przedsiębiorców. Brzmi świetnie. Tylko że jako argument podaje się… rekordowo niskie stawki podatku od środków transportu.
I tutaj robi się naprawdę ciekawie.
Bo podatek od środków transportu dotyczy głównie samochodów ciężarowych. Czyli z jednej strony opowiadamy mieszkańcom o zielonym mieście, walce o jakość powietrza i ekologii, a z drugiej strony chwalimy się rozwiązaniami, które zachęcają do rejestrowania ciężkiego transportu właśnie tutaj.
I wszystko byłoby jeszcze pół biedy, gdyby nie to, że zgodnie ze strategią rozwoju Milanówek ma być miastem zielonym.
No właśnie. Zielonym.
Zresztą sam Wiceburmistrz bardzo chętnie przedstawia się jako człowiek „zielony”. Chyba jednak głównie zielony w temacie ekologii, bo trudno uznać promowanie rozwiązań wspierających ciężki transport za wielką walkę o czyste powietrze i środowisko.
Ale spokojnie – to nie koniec atrakcji.
Na szczególne wyróżnienie zasługuje również radny Mateusz Pitas, który stwierdził, że nie ma potrzeby rozmawiać o jednym z dokumentów, mimo że zgodnie z uchwałą jego omówienie powinno znaleźć się w raporcie. To już nawet nie jest ignorowanie niewygodnych tematów. To jest próba przekonania wszystkich dookoła, że skoro czegoś nie omówimy, to problem magicznie zniknie.
Niestety, atmosfera sesji momentami była jeszcze gorsza.
Burmistrz wielokrotnie pozwalał sobie na obraźliwe i lekceważące komentarze wobec radnej Justyny Chmielewskiej. W pewnym momencie radna powiedziała wprost, że odbiera takie zachowania jako mobbing. I trudno się dziwić, bo jeśli podczas oficjalnej sesji rady miasta radna musi publicznie zwracać uwagę na sposób, w jaki jest traktowana przez Burmistrza, to naprawdę mamy do czynienia z bardzo poważnym problemem. Jeśli taki rzeczy dzieją się na wizji podczas posiedzenia rady miasta, aż strach pomyśleć do jakich sytuacji może dochodzić w urzędzie za zamkniętymi drzwiami.
Ale spokojnie, to jeszcze nie koniec.
Pod sam koniec sesji okazało się po raz kolejny, że Wiceburmistrz nie odpowiada na wiadomości e-mail wysyłane przez radnych opozycji. Gdy został skonfrontowany z tym faktem, wyjaśnił, że będzie współpracował tylko z tymi radnymi, u których „widzi owoce pracy”.
Tak. Dobrze czytacie.
Wiceburmistrz miasta otwarcie przyznaje, że standard komunikacji z radnymi zależy od tego, czy darzy ich odpowiednią sympatią polityczną.
I właśnie to jest chyba najlepsze podsumowanie całej tej wielogodzinnej sesji.
Nie rozmowa.
Nie debata.
Nie wymiana argumentów.
Tylko przekonanie, że jeśli ktoś zadaje pytania, to przeszkadza. Jeśli wskazuje problemy, to „się czepia”. A jeśli nie należy do właściwego obozu politycznego, to może nawet nie doczekać się odpowiedzi na maila.
I później naprawdę trudno się dziwić, że mieszkańcy coraz częściej mają poczucie, iż dialog w tym mieście istnieje już głównie w materiałach promocyjnych urzędu.