16/03/2026
„Akademia się skończyła!” - przeczytacie dzisiaj ze dwadzieścia razy, „ceremonia to już nie ten prestiż, co kiedyś, a Oscar nie ma już swojego dawnego blasku!” – dowiecie się pewnie podobnie często. Słowem, hurr durr na amerykańskie nagrody filmowe, najlepiej nałożyć embargo, ogólnoświatowy sabotaż i dla pewności ekskomunikę. Tak, po tym, jak się Akademia koncertowo wydurnia przez ostatnie lata z wyborem najlepszego filmu roku (Parasite, Wszystko wszędzie naraz, Anora – mają rozmach, s… kubaniutcy) faktycznie można stracić do niej resztki zaufania, ale… to jest Rycerz. Blichtr, nieśmieszne żarty, rewia niekoniecznie udanych kreacji i On. Złoty rycerz, obiekt pożądania każdego, kto choćby otarł się o filmową branżę i powód, dla którego tylu Europejczyków zarywa tę noc, by dowiedzieć się, który artysta wyjedzie z najcenniejszym trofeum w swojej kategorii. Bo blask Oscara, nawet przykurzony, nie jest do pomylenia z niczym innym. I śmiem twierdzić, że tak jeszcze długi czas pozostanie.
Ironizowałam gdzieś wcześniej, że stawka w najważniejszych kategoriach w tym roku to naprawdę wiele dobrych filmów, więc zapewne, zgodnie z regułami, wygra zapchajdziura F1:film. Ja sama nie mogłam się zdecydować, za co trzymać kciuki, nagroda dla każdego z pozostałych obrazów miała moją aprobatę. Jedna bitwa po drugiej? No i pięknie! Jestem całkowicie usatysfakcjonowana. Że żal Hamneta, Bugonii, Tajnego agenta, Wielkiego Marty’ego? Żal. Ale poczucia, że werdykt jest tak durny, że widzieliśmy chyba inne filmy w tym roku nie mam. Tak, tej pory mam za to niesmak po zeszłorocznym.
Zdecydowanie natomiast miałam swój typ w kategorii najlepszej aktorki pierwszoplanowej. O ile nie wróżyłam Emmie Stone kolejnej statuetki - choć zdecydowanie na nią zasługuje – o tyle Jessie Buckley bezwzględnie powinna była ją dostać i Akademio, brawo! Zauważyłaś to, jestem z ciebie dumna! Z tego miejsca chciałam również stanowczo sprzeciwić się insynuacjom, jakoby mój entuzjazm w tym zakresie spowodowany był wyłącznie przynależnością do absolutnych szalikowców tej aktorki – oczywiście, to też! Ale emocjonalny, intymny występ w Hamnet to ewidentnie była robota na miarę nagrody.
Pierwszoplanowa rola męska była już dla mnie mniej ewidentna. No bo di Caprio w Jednej bitwie po drugiej był znakomity… no, ale Leo jest znakomity i Oscarów mu się za do co do zasady nie przyznaje, to już powszechnie wiadomo. Więc jak już to rozważanie mamy z głowy to na placu boju pozostają Timothee Chalamet i Michael B Jordan. Pierwszy za swoją totalną brawurę i szczerość, drugi – za lekkość odegrania niuansów, dzięki której stworzył w Grzesznikach dwie równie wiarygodne postaci. Gdybym miała postawić żetony, padłoby na Timothee. I dobrze, że nie stawiałam, bo nagrodę zgarnął Jordan. Nie ma co dyskutować, zasłużoną, tym bardziej, że jest to nowa twarz w oscarowej stawce.
Za to pewna wygrana czekała na Teyanę Taylor za drugoplanową rolę w jednej bitwie po drugiej. Byłam pewna, że charyzmą i energią zmiecie cudownie subtelną Elle Fanning z planszy, a tylko ona w moim mniemaniu mogła jej zagrozić. Tymczasem niespodzianką wieczoru zostało wyróżnienie w tej kategorii filmu miałkiego, płytkiego i pozbawionego większego sensu. Czy Amy Madigan zagrała w nim lepiej, niż Teyana i Elle? Nie dałabym sobie za to uciąć nawet paznokcia.
Najzabawniej natomiast było u drugoplanowych panów. Gdyż Benicio dle Toro i Sean Penn w tej samej Jednaj Bitwie po drugiej dali taki popis, że serdecznie Akademii współczuję. Jestem pewna, że niejeden członek czcigodnego gremium pytał AI, „jak przepołowić rycerza”. Takie pytanie zostało, jak sądzę, odrzucone jako nawołujące do działań niezgodnych z prawem, więc trzeba było oddać cenny głos na jednego nominowanego. Akademia zdecydowała, że Sean Penn dołoży trzecie Złoto do swojej kolekcji. Zasłużone, był wspaniały. Z tym nie zamierzam dyskutować.
Reżyseria…hmm, wybrać coś ze śmietanki najlepszych zeszłorocznych dzieł. Tu stawiałam na Grzeszników, bo to ewidentnie jeden ze sprawniej zrobionych filmów ostatnich lat, nieszablonowy, wielopłaszczyznowy, a przy tym nietracący lekkości i przewrotności. Za Bitwę i Marty’ego też nie darłabym szat… i dobrze, bo musiałabym po werdykcie pilnie uzupełniać garderobę. Bitwa ze statuetką, a ja nie zmarznę. Jeżeli to nie jest klasyczne win – win to ja nie wiem, co miałoby nim być.
Zdjęcia, zdjęcia… no i znowu moim wyborem byli Grzesznicy, a Akademia w swojej łaskawości była uprzejma się ze mną nie spierać. Chociaż zdziwił mnie brak nominacji dla Hamneta, wyjątkowo tam piękną robią robotę. Ale oddanie dusznej atmosfery, energii, determinacji i beznadziei za pomocą obrazów udało się w tej opowieści… na miarę złota. A przynajmniej pozłacanej figurki.
Ale słuchajcie, znalazła się też nisza dla zapchajdziury z najważniejszej kategorii! F1:film stoi przecież dźwiękiem i uśmiechem Brada Pitta. Za ten ostatni nagród nie przewidziano – niewykluczone, że ze względu na zbyt wysoki próg wejścia w kategorię… Za to bezwzględnie ten film to gratka dla takich, co to ryk silników robi im dobrze na serduszko. Dać mu Oscara za dźwięk, jak psu micha się należy, co innego to byłaby granda i rozbój w biały dzień!!
No i muzyka. Muzyką Grzesznicy stoją i to jaką muzyką! Bezczelnie zestawionymi, cudownym w swym prymitywnym prostactwie bluesem i country, która brzmi na jego tle, jak – nie przymierzając – tfu, disco polo. Jaką to ma moc! Jak to niesie fabułę, no po prostu nie mogło być inaczej!
Jeszcze chwilę o Grzesznikach, możemy? Ku niekłamanemu zdziwieniu dostaliśmy film, który – hipotetycznie – mógł się okazać najlepszym filmem w dziejach. Żaden obraz wcześniej nie dostał kosmicznej ilości szesnastu nominacji. Znalazł się w gronie takich gigantów, jak Przeminęło z wiatrem, Ben Hur, Powrót Króla czy inny Titanic. Mam teorię, że sama Akademia wystraszyła się tego, co wynikło z głosowań, ale w zasadzie to ma drugorzędne znaczenie. Nie sądzę, żeby prócz statystyk jakoś specjalnie przeszedł do historii, roli ikony mu też nie wróżę. Zapamiętacie go? Będziecie wracać ogóle do któregoś z tegorocznych nominowanych filmów? A który Oscar powędrował w najmniej zasługujące na niego ręce?
A spytam jeszcze – czy jest film ze stawki, którego przed ceremonią nie widzieliście, a teraz chcecie to nadrobić?
Zaobserwuj profil Blondynka w kinie , będę Ci na bieżaco opowiadać, co ciekawego można zobaczyć.