Blondynka w kinie

Blondynka w kinie Gadam o tym, co się dzieje w kinie. Marudzę, rozpływam się w zachwytach, wymądrzam się, zżymam, a bywa, że złorzeczę. Usiądź, rozgość się.
(1)

„Akademia się skończyła!” - przeczytacie dzisiaj ze dwadzieścia razy, „ceremonia to już nie ten prestiż, co kiedyś, a Os...
16/03/2026

„Akademia się skończyła!” - przeczytacie dzisiaj ze dwadzieścia razy, „ceremonia to już nie ten prestiż, co kiedyś, a Oscar nie ma już swojego dawnego blasku!” – dowiecie się pewnie podobnie często. Słowem, hurr durr na amerykańskie nagrody filmowe, najlepiej nałożyć embargo, ogólnoświatowy sabotaż i dla pewności ekskomunikę. Tak, po tym, jak się Akademia koncertowo wydurnia przez ostatnie lata z wyborem najlepszego filmu roku (Parasite, Wszystko wszędzie naraz, Anora – mają rozmach, s… kubaniutcy) faktycznie można stracić do niej resztki zaufania, ale… to jest Rycerz. Blichtr, nieśmieszne żarty, rewia niekoniecznie udanych kreacji i On. Złoty rycerz, obiekt pożądania każdego, kto choćby otarł się o filmową branżę i powód, dla którego tylu Europejczyków zarywa tę noc, by dowiedzieć się, który artysta wyjedzie z najcenniejszym trofeum w swojej kategorii. Bo blask Oscara, nawet przykurzony, nie jest do pomylenia z niczym innym. I śmiem twierdzić, że tak jeszcze długi czas pozostanie.
Ironizowałam gdzieś wcześniej, że stawka w najważniejszych kategoriach w tym roku to naprawdę wiele dobrych filmów, więc zapewne, zgodnie z regułami, wygra zapchajdziura F1:film. Ja sama nie mogłam się zdecydować, za co trzymać kciuki, nagroda dla każdego z pozostałych obrazów miała moją aprobatę. Jedna bitwa po drugiej? No i pięknie! Jestem całkowicie usatysfakcjonowana. Że żal Hamneta, Bugonii, Tajnego agenta, Wielkiego Marty’ego? Żal. Ale poczucia, że werdykt jest tak durny, że widzieliśmy chyba inne filmy w tym roku nie mam. Tak, tej pory mam za to niesmak po zeszłorocznym.
Zdecydowanie natomiast miałam swój typ w kategorii najlepszej aktorki pierwszoplanowej. O ile nie wróżyłam Emmie Stone kolejnej statuetki - choć zdecydowanie na nią zasługuje – o tyle Jessie Buckley bezwzględnie powinna była ją dostać i Akademio, brawo! Zauważyłaś to, jestem z ciebie dumna! Z tego miejsca chciałam również stanowczo sprzeciwić się insynuacjom, jakoby mój entuzjazm w tym zakresie spowodowany był wyłącznie przynależnością do absolutnych szalikowców tej aktorki – oczywiście, to też! Ale emocjonalny, intymny występ w Hamnet to ewidentnie była robota na miarę nagrody.
Pierwszoplanowa rola męska była już dla mnie mniej ewidentna. No bo di Caprio w Jednej bitwie po drugiej był znakomity… no, ale Leo jest znakomity i Oscarów mu się za do co do zasady nie przyznaje, to już powszechnie wiadomo. Więc jak już to rozważanie mamy z głowy to na placu boju pozostają Timothee Chalamet i Michael B Jordan. Pierwszy za swoją totalną brawurę i szczerość, drugi – za lekkość odegrania niuansów, dzięki której stworzył w Grzesznikach dwie równie wiarygodne postaci. Gdybym miała postawić żetony, padłoby na Timothee. I dobrze, że nie stawiałam, bo nagrodę zgarnął Jordan. Nie ma co dyskutować, zasłużoną, tym bardziej, że jest to nowa twarz w oscarowej stawce.
Za to pewna wygrana czekała na Teyanę Taylor za drugoplanową rolę w jednej bitwie po drugiej. Byłam pewna, że charyzmą i energią zmiecie cudownie subtelną Elle Fanning z planszy, a tylko ona w moim mniemaniu mogła jej zagrozić. Tymczasem niespodzianką wieczoru zostało wyróżnienie w tej kategorii filmu miałkiego, płytkiego i pozbawionego większego sensu. Czy Amy Madigan zagrała w nim lepiej, niż Teyana i Elle? Nie dałabym sobie za to uciąć nawet paznokcia.
Najzabawniej natomiast było u drugoplanowych panów. Gdyż Benicio dle Toro i Sean Penn w tej samej Jednaj Bitwie po drugiej dali taki popis, że serdecznie Akademii współczuję. Jestem pewna, że niejeden członek czcigodnego gremium pytał AI, „jak przepołowić rycerza”. Takie pytanie zostało, jak sądzę, odrzucone jako nawołujące do działań niezgodnych z prawem, więc trzeba było oddać cenny głos na jednego nominowanego. Akademia zdecydowała, że Sean Penn dołoży trzecie Złoto do swojej kolekcji. Zasłużone, był wspaniały. Z tym nie zamierzam dyskutować.
Reżyseria…hmm, wybrać coś ze śmietanki najlepszych zeszłorocznych dzieł. Tu stawiałam na Grzeszników, bo to ewidentnie jeden ze sprawniej zrobionych filmów ostatnich lat, nieszablonowy, wielopłaszczyznowy, a przy tym nietracący lekkości i przewrotności. Za Bitwę i Marty’ego też nie darłabym szat… i dobrze, bo musiałabym po werdykcie pilnie uzupełniać garderobę. Bitwa ze statuetką, a ja nie zmarznę. Jeżeli to nie jest klasyczne win – win to ja nie wiem, co miałoby nim być.
Zdjęcia, zdjęcia… no i znowu moim wyborem byli Grzesznicy, a Akademia w swojej łaskawości była uprzejma się ze mną nie spierać. Chociaż zdziwił mnie brak nominacji dla Hamneta, wyjątkowo tam piękną robią robotę. Ale oddanie dusznej atmosfery, energii, determinacji i beznadziei za pomocą obrazów udało się w tej opowieści… na miarę złota. A przynajmniej pozłacanej figurki.
Ale słuchajcie, znalazła się też nisza dla zapchajdziury z najważniejszej kategorii! F1:film stoi przecież dźwiękiem i uśmiechem Brada Pitta. Za ten ostatni nagród nie przewidziano – niewykluczone, że ze względu na zbyt wysoki próg wejścia w kategorię… Za to bezwzględnie ten film to gratka dla takich, co to ryk silników robi im dobrze na serduszko. Dać mu Oscara za dźwięk, jak psu micha się należy, co innego to byłaby granda i rozbój w biały dzień!!
No i muzyka. Muzyką Grzesznicy stoją i to jaką muzyką! Bezczelnie zestawionymi, cudownym w swym prymitywnym prostactwie bluesem i country, która brzmi na jego tle, jak – nie przymierzając – tfu, disco polo. Jaką to ma moc! Jak to niesie fabułę, no po prostu nie mogło być inaczej!
Jeszcze chwilę o Grzesznikach, możemy? Ku niekłamanemu zdziwieniu dostaliśmy film, który – hipotetycznie – mógł się okazać najlepszym filmem w dziejach. Żaden obraz wcześniej nie dostał kosmicznej ilości szesnastu nominacji. Znalazł się w gronie takich gigantów, jak Przeminęło z wiatrem, Ben Hur, Powrót Króla czy inny Titanic. Mam teorię, że sama Akademia wystraszyła się tego, co wynikło z głosowań, ale w zasadzie to ma drugorzędne znaczenie. Nie sądzę, żeby prócz statystyk jakoś specjalnie przeszedł do historii, roli ikony mu też nie wróżę. Zapamiętacie go? Będziecie wracać ogóle do któregoś z tegorocznych nominowanych filmów? A który Oscar powędrował w najmniej zasługujące na niego ręce?
A spytam jeszcze – czy jest film ze stawki, którego przed ceremonią nie widzieliście, a teraz chcecie to nadrobić?

Zaobserwuj profil Blondynka w kinie , będę Ci na bieżaco opowiadać, co ciekawego można zobaczyć.

PANNA MŁODA! / BRIDE!pokaz premierowy🎬 nie mam pojęcia, co się na tym seansie wydarzyło, ale poziom jazdy po bandzie, be...
07/03/2026

PANNA MŁODA! / BRIDE!
pokaz premierowy

🎬 nie mam pojęcia, co się na tym seansie wydarzyło, ale poziom jazdy po bandzie, bez hamulców i z kieliszkiem absyntu w dłoni występuje tu w absolutnie satysfakcjonującej moje czarne serce ilości. ..napisałam "absyntu" czy też może "absurdu"...? Już nie wiem, błąd korekty czy freudowski kiks?

Maggie Gyllenhaal bierze na warsztat historię Frankensteina i z marszu dekapituje ją bez litości. Dość powiedzieć, że przerażający humanoid (Christian Bale) jawi się jako romantyczny, subtelny, spragniony uczuć i fizycznego kontaktu nieborak, zdeterminowany, by mieć towarzyszkę życia. Zakochany w tanecznych filmach z Fredem Astaire'm, melancholijny i nostalgiczny, jest tutaj li tylko mrocznym tłem dla tytułowej bohaterki.
A owa to jest żywioł. Dama z półświatka, którą - dla zabawy, rozrywki, zabicia nudy pobytu w pośmiertnej otchłani - nawiedza duch Mary Shelley. Czy ktoś, kto w wieku dwudziestu jeden lat potrafił stworzyć historię Frankensteina, mając do dyspozycji całą wieczność na przemyślenia może takiej okazji nie wykorzystać?
Szybko kończy się to dla bohaterki tragicznie, ale... jakimż ten koniec jest pięknym początkiem!
Gdyż żywiołu zwanego Idą/Penelope ( absolutnie znakomita Jessie Buckey) okiełznąć nie sposób. Nie dość przywrócić do życia, ugościć przy wykwitnie zastawionym stole i wyłożyć oczekiwania. Żywioł ów ma na wszystko własny koncept, którego przewodnią myślą jest "teraz, k..a, ja!". Mimo, iż potraktowana dość przedmiotowo - w końcu przywrócona do życia, by zaspokoić potrzeby potwora - błyskawicznie wypracowuje własną podmiotowość. Jest tajfunem uczuć, emocji i szczerości suto zakropionych sarkazmem, ironią i straceńczą odwagą. Pokonała śmierć, co jeszcze może ją ograniczyć? Konwenanse traktuje jako pożywkę dla rubasznych żartów. Nie wiemy, kiedy jej głos splata się z myślą nawiedzającego ją ducha pisarki. To nie ma znaczenia. "Ms Jekyll, Ms Hyde, Ms bride of Frankenstein!", krzyczy w upojeniu, a ten dziwaczny koktajl tworzy paradoksalnie wyjątkowo magnetyczną personę.
Może to i zarzut, jeśli powiedzieć, jak duża ilość wątków kuleje, a nawet ginie przytłoczona energią i charyzmą głównej bohaterki. Naśladowczynie, feministki, śledztwo z groteskowymi mafiosami w tle, czy ambitna pani detektyw (Penelope Cruz) wypadają nieszczególnie soczyście. Po sensie zostaje w głowie wrażenie, że całą opowieść ciągnął duet Ida&duch, z towarzyszeniem pewnego cokolwiek pocerowanego humanoida. Ale to jest taak bardzo dobra ekipa...

Zaobserwuj profil Blondynka w kinie, żeby być na bieżąco z kinowymi nowościami. 🤗

WICHROWE WZGÓRZA/WUTHERING HEIGHTSpokaz przedpremierowy🎬 Ach, jakiż to jest piękny film! Cudowny! Olśniewające plenery Y...
13/02/2026

WICHROWE WZGÓRZA/WUTHERING HEIGHTS
pokaz przedpremierowy

🎬 Ach, jakiż to jest piękny film! Cudowny! Olśniewające plenery Yorkshire, światło sączące się przez mgłę, rozdęte wiatrem atłasy sukien... bajeczne kostiumy, biżuteria, znakomita muzyka, bardzo! Tak bardzo w punkt trafiająca z nastrojem... jej piękne błękity łzawiących oczu i jego mroczne spojrzenie... i właściwie tyle. Niczego więcej w tym filmie nie ma.

Zupełnie nie zamierzam się tu zmóżdżać nad zgodnością z książkowym pierwowzorem, co do zasady film rządzi się innymi prawami i to jest dla mnie oczywiste. Mimo tego wolałabym, żeby jakiś duch pierwotnej opowieści ujawnił się podczas seansu. Niestety, to nie wystąpiło.
Wątkiem przewodnim książkowego dzieła Emily Bronte jest skomplikowana i destrukcyjna relacja dwójki dzieciaków, którzy wychowani razem w dysfunkcyjnym, traumatyzujacym domu nie potrafią funkcjonować w inny sposób. Ich zachłanność, łapczywość na życie, jakaś pierwotna dzikość i impulsywność. W filmie wybrzmiewa to jakoś bez kontekstu. Jej nie da się lubić - jest przemądrzałą, zachłanną egoistką z empatią snopowiązałki, a on? Mruk, prostak, cham, prymityw. I złoty ząb nie ułatwia tu złagodzenia oceny...
I chociaż wcale nie chcę, cały czas zastanawiam się, po co w ogóle ten film powstał. Mamy absolutnie elektyzującą ekranizację z Juliette Binoche (ach!) i Ralphem Fiennesem (ach, ACH!) w rolach głównych, po co nam kolejna, w której bohaterowie wypadają jak kukły na tle poprzedników? Całkiem lubię Margot Robbie, do Jacoba Elordi mam stosunek dość chłodny, ale mimo wszystko - coś tutaj konkretnie poszło nie tak. A nie, czekaj, wróć.
A może film powstał tylko po to, żeby podczas walentynkowej premiery móc się... ściskać za dłonie, halo, w kinach są kamery, pamiętacie, c'nie?
Nie ma za co, udanego seansu...

Zaobserwuj profil Blondynka w kinie , żeby być na bieżąco z filmowymi nowościami.

LA GRAZIApokaz premierowy🎬 ...czyli od "do kogo należą nasze dni" do "łaską jest piękno wątpienia". Najnowszy film Sorre...
08/02/2026

LA GRAZIA
pokaz premierowy

🎬 ...czyli od "do kogo należą nasze dni" do "łaską jest piękno wątpienia".

Najnowszy film Sorrentino opowiada o ostatnim półroczu rządów prezydenta Włoch. Nie obserwujemy tu jednak schyłku jego politycznej kariery. Bardziej jest to nostalgiczna opowieść o starości, przemijaniu, rozliczaniu się z życiem i zmęczeniu koniecznością podejmowania zbyt wielu decyzji - zarówno tych bzdurnych, jak i dotyczących kwestii najbardziej kluczowych. Jak refren przewijają się dwa niezamknięte dla bohatera problemy - ustawa o eutanazji i wspomnienie o zdradzie uwielbianej żony. Ten pierwszy jest, zdawać by się mogło, najbardziej palący dla otoczenia - na podpis lub odrzucenie naciskają doradcy i przede wszystkim najbliższa współpracownica w osobie córki, aktywnie zaangażowanej w tworzenie dokumentu. Drugi z dręczących bohatera wątków wprost przeciwnie, jest negowany i umniejszany przez wszystkich, z którymi próbuje on o nim rozmawiać. Każdy zbywa go niecierpliwością, tym bardziej pokazując przeraźliwą samotność, w której musi się on z nim mierzyć.
W międzyczasie obserwujemy pełen korowód mniejszych, większych i zupełnie bzdurnych zajęć prezydenta. Splatanie jego prywatnego życia z niekończącymi się obowiązkami głowy państwa. Co zdecydowanie rzuca się w oczy to fakt, że najbardziej wyluzowane osoba w jego otoczeniu to, prócz ekstrawaganckiej przyjaciółki z dzieciństwa - papież. Czarnoskóry, z gąszczem siwych dredów, jeżdżący na motorze papież. Czy to nie on powinien stanowić ostoję konserwatyzmu? A czy naprawdę nam się wydaje, że nawet u schyłku życia wszystko staje się jednoznaczne i przewidywalne??
Kto mnie zna, ten wie, że na patos mam alergię ciężką i nieuleczalną, tym bardziej pełna jestem podziwu dla faktu, jak ładnie udało się go ominąć, mimo podejmowania niełatwych tematów. Sorrentino pokazuje starzejącego się człowieka, dla którego jednak starość nie jest jednowymiarowa. Proponuje zmyślnie zmiksowany koktajl zadumy, świadomej rezygnacji, ale i małe grzeszki i apetyt na nowość. Jego bohater z równą przyjemnością otwiera galę w operze, co śpiewa na sotkaniu strzelców alpejskich i słucha rapu, przyjmuje premierów i realnie rozmyśla nad randką z piękną panią ambasador. Niektóre decyzje podejmuje za późno. Niektóre według własnych norm. I mimo ksywki "Żelbet" jest w tym bardzo, bardzo ludzki.

Zaobserwuj profil Blondynka w kinie, żeby być na bieżąco z kinowymi nowościami.

BUGONIA🎬 Jeżeli powiem, że duet Lanthimos & Stone jest zawsze znakiem wysokiej jakości to... powiem truizm, banał i oczy...
06/02/2026

BUGONIA

🎬 Jeżeli powiem, że duet Lanthimos & Stone jest zawsze znakiem wysokiej jakości to... powiem truizm, banał i oczywistość. A jeśli dodam, że tutaj przebija nawet swoje własne osiągi to zachęcę Cię do seansu?

Kojarzysz taką kreskówkę pod tytułem "Pnky oraz Mózg"? To kilkuminutowe opowiastki o głupkowatym, oderwanym od rzeczywistości profesorze oraz jego pomocniku - szczurze, snujących plany przejęcia kontroli nad światem. Jako żywo początek filmu przywodzi ją na myśl. Oto niechlujny, prostacki magazynier Teddy (Jesse Plemons) roztacza przed swoim znikomej bystrości kuzynem Donem (Aidan Delbis) wizję wyrafinowanej zagłady ludzkości przez powodowanie choroby pszczół, jaką mają prowadzić kosmici z sąsiedniej galaktyki. Którzy żyją, dla niepoznaki, pośród nas. I do których trzeba za wszelką cenę dotrzeć, by ich zmusić, aby podczas zaćmienia księżyca, kiedy przylecą na ziemię, załatwili audiencję u swojego cesarza. Gdyż bohater przejrzał ich zamiary i domaga się negocjowania warunków opuszczenia przez nich Ziemi.
Ma sens, prawda?
W kontraście do owej dwójki widzimy Michelle Fuller (Emma Stone) - zamożną, wpływową i charyzmatyczną CEO potężnej firmy technologicznej, która przez Teddy'ego została zidentyfikowana jako jedna z owych kosmitów, a więc kandydatka na ofiarę do ratunkowej misji samozwańczych ocalicieli. Panowie są prości, rozedrgani emocjonalnie, żyją dość biednie, ale ich zaangażowanie nie ma granic. Dość wspomnieć, że by uchronić się przed zgubnym wpływem własnych żądz decydują się na samodzielnie przeprowadzoną chemiczną kastrację. Doprawdy poświęcenie dla misji godne najwyższych laurów.
W kontraście do nich dostajemy migawki z poranka Michelle - pobudka w ultranowoczesnej willi, trening, droga do pracy, nagranie wywiadu dla mediów. Na ich tle egzystencja Dona i Teddy'ego wygląda jeszcze bardziej chaotycznie i żałośnie.
Z jakiegoś powodu jednak groteskowe porwanie domniemanej przybyszki z Galaktyki Andromedy dochodzi do skutku. A to, co ma miejsce później, robi widzowi w głowie totalne creme de la creme w kwestii mylenia pojęć, mieszania tropów i krzyżowania znaczeń. A jak już poczujesz się sprytny, że odgadłeś zakończenie, to... nie zakładaj się o nie z nikim. Serio. Żeby nie było, że nie ostrzegałam. Oczywiście, że mi nie uwierzysz, więc mogę się z Tobą założyć, chcesz??

I... muszę, no po prostu muszę to dodać - aż mi słów brak, by opisać, jak bardzo mnie rozczuliły przesłanki, po których Teddy zidentyfikowałł w Michelle kandydatkę na ofiarę porwania - "przecież nie można wyglądać tak pięknie w wieku 45 lat!" No czyż nie jest to urocze??

Zaobserwuj profil Blondynka w kinie, żeby być na bieżąco z kinowymi nowościami.

TAJNY AGENT/O AGENTE SECRETOPOKAZ PRZEDPREMIEROWY🎬 ...czyli co tu się q'ffa odye*ało... znaczy, cóżże tu nastąpiło, pano...
04/02/2026

TAJNY AGENT/O AGENTE SECRETO
POKAZ PRZEDPREMIEROWY

🎬 ...czyli co tu się q'ffa odye*ało... znaczy, cóżże tu nastąpiło, panowie?

To była pierwsza i przez jakiś czas jedyna refleksja po tym seansie.

Dostajemy historię o potężnym ciężarze gatunkowym. Okres przemian politycznych w latach siedemdziesiątych w Brazylii; ukrywajacy swoją tożsamość w obawie przed prześladowaniami naukowiec próbuje zacząć nowe życie ze zmienioną tożsamością. Brzmi poważnie...
I na tym się powaga kończy, bo wątek zostaje totalnie rozbabrany w słodko - gorzkim sosie abstrakcyjnej groteski.
Poziom surrealizmu wyznacza już pierwsza scena - zresztą znakomita, moim zdaniem jedno z lepszych otwarć ostatnich lat. Prześwietlone, zżółknięte jak stara filmowa taśma kadry oddają klimat dusznych, pełnych napięcia dni. Nic nie jest takie, jakim się wydaje, nikt nie jest tym, za kogo chce uchodzić. Karnawał - słynny brazylijski karnawał - podkreślany wielokrotnie jako wyjątkowy czas - jest tu wyznacznikiem kolejnych ofiar, beznamiętnie odliczanych przez media. Nie kojarzy się z radością, muzyką i świętowaniem, bardziej z ponurymi, posępnymi pochodami zwycięzców przez pokonane miasto. Na nikim nie robi to wrażenia. Póki karnawał trwa, licznik bije.
Ale też jest on czasem zluzowania norm społecznych i wyzwoleniem najbardziej pierwotnych instynktów. Rozbój i żerowanie na nierównościach społecznych wywołuje najwyżej wzruszenie ramion. Pary - nie tylko heteroseksualne, właściwie nawet nie tylko pary - uprawiają publicznie seks. Nic nie gorszy, nic nie zaskakuje. Nie budzi sprzeciwu. Nie ma w tym radości, satysfakcji czy przyjemności, jest desperacja i straceńcza obojętność. Ostatecznie trwa karnawał. Kiedyś się skończy.
I kiedy już przyswoimy to absurdalne odwrócenie kontekstu, nie powinny jakoś specjalnie dziwić opowieści kilkulatka z niezdrową obsesją na punkcie filmu "Szczęki" i krwiożerczych rekinów. Kot o dwóch twarzach. I zupełnie za normę przyjmiemy samobieżną ludzką nogę wydobytą z rekiniego brzucha, wymierzającą sprawiedliwość nieobyczajnie zachwującym się w parku ludziom.
No bo czego nie rozumisz...?
Cała heca polega jednak na tym, że ten długi, niemal trzygodzinny seans naprawdę dobrze się ogląda. Jeżeli balansowanie na cienkiej linie między czarnym humorem a poważną opowieścią jest sztuką - a jestem przekonana, że tak właśnie jest - to twórcy tej opowieści startują w arcytrudnej lidze i osiągają nadspodziewne rezultaty. Mimo przerysowania i odrealnienia nie idą na łatwiznę prostactwa i niesmaku, precyzyjnie narysowany kontekst sprawia, że wchodzimy gładko w ten dziwaczny świat.
Tylko... naprawdę, potrzebna była ta ostatnia scena?? Ehh...

Zaobserwuj profil Blondynka w kinie, żeby być na bieżąco z filmowymi nowościami.

SNY O POCIĄGACH/TRAIN DREAMS🎬  To na swój sposób pokrzepiające, że w czasach  dziewięciocyfrowych budżetów produkcyjnych...
01/02/2026

SNY O POCIĄGACH/TRAIN DREAMS

🎬 To na swój sposób pokrzepiające, że w czasach dziewięciocyfrowych budżetów produkcyjnych, nazwisk - ikon i rozbuchanego SFX/VFX/CGI powstają tak oszczędne w środkach, intymne obrazy, jak Sny o pociągach.

Paradoksalnie, siłą tego filmu jest prostota historii Roberta Grainiera, zarabiającego jako drwal przy wyrębach lasów w początkowych latach zeszłego wieku. Obserwujemy go, gdy doświadcza szczęścia tworzenia udanej rodziny, kiedy spełnia swoje marzenia, cieszy się domem, ukochaną żoną, córeczką. Kiedy, ośmielony serią życiowych powodzeń - maleńkich, drobnych zachwytów, którymi zaczyna obdarzać go rzeczywistość - zaczyna marzyć. Nawet nie, bardziej - tworzyć marzenie wraz z żoną. O małym, własnym tartaku i o tym, żeby już nie musieć się rozstawać. Tylko tyle. Aż tyle.
Patrzymy na niego, kiedy traci wszystko, co było dotąd sensem jego egzystencji i potem, kiedy okazuje się, że nawet gdy życie traci cel - trzeba jakoś przetrwać. Z nieziemskim bólem i stratą, która łamie duszę i robi z serca czarną dziurę. Bólem, na który nie ma lekarstwa, z raną w duszy, która parszywie dobrze opiera się upływowi czasu.
Mam wrażenie, że pozbawienie bohatera innego kontekstu - przeszłości, relacji, własnej historii - potęguje wrażenie, że jedyne, co istotnie ma znaczenie to wartość jego miłości i straty. Bez echa i kontynuacji przechodzą inne wydarzenia - śmierci tuż obok, morderczej zemsty, wypadków przy wyrębie - dla niego ważne jest coś innego. Kamera bardziej skupia się na celebrowaniu przez bohatera detali - zabawy z córką, pełnych czułości chwil z żoną. Mimo bycia stereotypwym małomównym mrukiem Robert żyje, by kochać. I musi żyć, kiedy traci te, które były całym jego światem.
Niezwykła siła tego melancholijnego obrazu opiera się na owej prostocie, na uświadomieniu, że cierpienie to nie wrzask i wielkie słowa, a dojmująca pustka, którą zieje każdy kolejny poranek, to zbyt głęboka cisza każdego wieczoru, to każdy dzień, który można wypełnić jedynie przetrwaniem, bo nie ma już czego w nim przeżyć. Robert niewiele mówi, jest wycofany, pokorny, nie ma w nim za grosz ekspansywności i ekstrawersji. Nie targuje się z rzeczywistością, nie szuka winnego, nie pomstuje na los. Jego twarz straciła zdolność okazywania uczuć, bo w duszy owe uczucia zamarły. Są oczy ziejące pustką, bo przeżyły więcej bólu, niż zdołały znieść.
To przejmujące wrażenie, że czasem można chcieć od życia naprawdę niewiele, a i tak tego nie dostać - że można cieszyć się banalną codziennością i nawet ją stracić - to jest to, co pozostaje po seansie. I pusty wzrok w skamieniałej z zapiekłego bólu twarzy Joela Edgertona - jest to, co pamięta się po seansie. Długo, bardzo długo.

Zaobserwuj Blondynka w kinie, żeby być na bieżąco z kinowymi nowościami.

GRZESZNICY/SINNERS🎬 Jeszcze raz naskoczy na mnie artykuł, którego autor będzie mnie przekonywał, że Grzesznicy to Od zmi...
27/01/2026

GRZESZNICY/SINNERS

🎬 Jeszcze raz naskoczy na mnie artykuł, którego autor będzie mnie przekonywał, że Grzesznicy to Od zmierzchu do świtu 2.0 to... pewnie nic spektakularnego nie zrobię, ale moje zgrzytanie zębów będzie słychać na sąsiedniej posesji. To pewne.

Bo też sprowadzenie tego filmu do motywu wampirów mordujących ludzi wyczekujących zbawiennego świtu w knajpie jest po prostu... głupie. Opowieść, oparta na pozornie nieskomplikowanej historyjce niesie ze sobą znacznie więcej, niż krwawą jatkę w świetle księżyca.
To jest historia raczej o tym, jak przychodzi zło. Ten aspekt ponadczasowej prawdy zaznacza się już w pierwszych kadrach, kiedy widzimy głównego bohatera, słaniającego się na nogach, wyczerpanego i oszołomionego, bez słowa rzucającego się w objęcia ojca - pastora. Biblijna perspektywa pozwala czytać tę historię na bardziej uniwersalnych poziomach, niż tylko fantasy - obyczajówkę, jedną z wielu. Zło pojawia się zawsze niepostrzeżenie, ale tutaj? Czy jako błysk zachłanności w oczach białego człowieka, pojawiającego się pośród czarnej wspólnoty jednoczącej się w rytmach chrapliwego bluesa? Czy wcześniej, jako bliźniacy - kuzyni głównego bohatera, tak bliscy, a jednak skażeni kontaktem z wojną i gangsterką wielkiego świata? A może wystarczającym zapalnikiem jest zwykła gitara - kiedy staje się fetyszem/amuletem/swoistym totemem, będącym awatarem skupiającym wokół siebie najbardziej pierwotne instynkty?
Pierwotność ludzkiej natury i podstawowa potrzeba jednoczenie się czarnej społeczności jest tu podkreślona muzyką, surowym bluesem w amatorskim wykonaniu, który porywa wszystkich w jego zasięgu. Jak więc ma się do tego nawet najbardziej kusząco rzucona przez białego człowieka obietnica "daru równości"? Blues jest tu dawkowany znacznie mniej oszczędnie, niż drogocenne irlandzkie piwo. To ostatnie osładza wszesnoabolicyjną, trudną do zrozumienia przez swoje nie do końca wykształcone reguły rzeczywistość; brudne, emocjonalne, wykrzyczane dźwięki stają się zaklęciem wyzwalającym najbardziej pierwotne żądze.
Siłą tej opowieści jest niejednoznaczność, odwołanie się do tego, co najbardziej pierwotne, naturalne i instynktowne; rzec by się chciało - do jungowskiego "id", które może i powinno być kontrolowane i ukrywane, ale drzemie i odzywa się w każdym. Wystarczy tylko dać mu sposobność - czy to przez zapomnienie, czy przez usprawiedliwienie się wiarą lub ideologią, wreszcie przez nieczysto zagrany, ale niosący ze sobą wszystkie emocje motyw.
I ta myśl przede wszystkim - a nie widok płonących w świetle świtu potworów - pozostaje najdłużej po seansie...no i przekonanie, że z takim wzrokiem Jack O'Connel wampiry może grać bez charakteryzacji. To pewne.

Zaobserwuj ten profil, aby być na bieżąco z filmowymi nowościami.

WIELKI MARTY/MARTY SUPREME(Bardzo mi przypadło do gustu spotkane gdzieś w sieci tlumaczenie: Supermarcin)🎬 Lekko, łatwo ...
26/01/2026

WIELKI MARTY/MARTY SUPREME
(Bardzo mi przypadło do gustu spotkane gdzieś w sieci tlumaczenie: Supermarcin)

🎬 Lekko, łatwo i przyjemnie... to już było, chciałoby się rzec na widok perypetii głównego bohatera filmu Wielki Marty.

Facet ma problem. Facet ma sporo problemów, a główny z nich polega na tym, że ewidentnie nie może się ze sobą dogadać w kwestii tego, czy faktycznie jest szanowanym, ambitnym i zdyscyplinowanym sportowcem, czy też bardziej odpowiada mu życie drobnego cwaniaczka z niewyparzoną gębą. W miarę rozwoju akcji coraz bardziej widać, że kiepsko mu idzie łączenie obu ról, ale gdzieżby! Czy Marty uczy się czegokolwiek? Z podziwu godnym zaangażowaniem brnie w kolejne swoje genialne pomysły na przechytrzenie rzeczywistości, z których każdy kończy się mniej lub bardziej spektakularną klęską. Ego bohatera jest jednak wielkie i zmierzające ku nieskończoności - z iście sportowym zaangażowaniem, humorem i charyzmą bierze na wątłą klatę wszystkie porażki, jakie sam na siebie sprowadza. Żadna z nich nie jest w stanie zachwiać jego pewnością siebie, samooceną... refleksję też ewidentnie uważa za solidnie przereklamowaną.
Mam przekonanie graniczące z pewnością, że w każdym innym wykonaniu bohater ten byłby absolutnie niestrawny - ot, cyniczny, oderwany od rzeczywistości i pozbawiony empatii gówniarz, z jakim nikt nie chciałby mieć do czynienia ani sekundy dłużej, niż to konieczne. I tu wkracza Timothee Chalamet - ze swoim wdziękiem, charyzmą, humorem i dystansem. Na tle eterycznej i zmanierowanej przebrzmiałej gwiazdki kina w wykonaniu Gwyneth Paltrow jego Marty jest świeży, zawadiacki, nonszalancki i zadziorny. Taka mieszanka w kinie sprawdza się zawsze.
Czy takiego bohatera da się lubić? Ja nie potrafię, ale może na tym polega siła tego obrazu? Nie musimy darzyć bohatera sympatią, żeby z całych sił kibicować mu w ostatnim meczu - choć gra wyłącznie o swój honor? Że wierzymy w jego łzy na widok nowonarodzonego dziecka - i czujemy, że to naprawdę jest ten moment, w którym Marty, ten Wielki Marty, który sprzedałby buty beznogiemu - po raz pierwszy nie ma nic do powiedzenia...?

Zaobserwuj mój profil, aby być na bieżąco z filmowymi nowościami.

WARTOŚĆ SENTYMENTALNA/VALEUR SENTIMENTALEpokaz przedpremierowy🎬 Trudno rozmawiać o trudnych uczuciach. Trudno mówić o tr...
25/01/2026

WARTOŚĆ SENTYMENTALNA/VALEUR SENTIMENTALE
pokaz przedpremierowy

🎬 Trudno rozmawiać o trudnych uczuciach. Trudno mówić o traumach i porażkach. Trudno nie popaść w tani sentymentalizm, kiedy chce się opowiedzieć historię własnej rodziny.

A jeśli najlepiej może zrobić to dom? Milczący świadek wzlotów i upadków, cichy, ale obecny, dyskretny, chociaż wszystkowiedzący?

Taką uroczą koncepcję dostajemy na początku filmu "Wartość sentymentalna". Jedna z bohaterek jako dziecko napisała esej, w którym rozwinęła wątek domu jako żywej tkanki. I choć sam budynek nie jest tematem dzieła to myśl ta przewija się jak refren podczas całego seansu.
Patrzymy na rodzinę, rodzinę rozbitą i straumatyzowaną, z zaburzonymi więzami, jednak będącą wciąż ze sobą w mocno emocjonalnej relacji. Dwie dorosłe siostry, Nora rozwijająca karierę na deskach teatru i wracająca do pustego mieszkania i Agnes, ta druga, której udało się zbudować rodzinę. No i on - ojciec (znakomity Stellan Skarsgård), słynny reżyser, który dawno temu zostawił rodzinę, a teraz wraca... po co? Chce nakręcić film o swojej matce? Powód, pretekst...?
Jedna z pierwszych scen filmu przedstawia starszą z córek, Norę, na sekundy przed wejściem na scenę. Dziewczyna miota się desperacko w ataku paniki, ale gdy już udaje jej się przełamać do wyjścia przed publiczność, rozpoczyna show emocjonalnym wrzaskiem, kradnąc uwagę całej widowni.
Motyw sztuki, używanej jako pretekst do okazania trudnych uczuć, odmieniany przez wszystkie przypadki przewija się przez całą tę opowieść. Mało tego, stanowi jej rdzeń. Oto ojciec - reżyser proponuje rolę w filmie starszej córce. Młodsza latorośl zaliczyła tę inicjację jako dziecko, ale niewielka rólka przewidziana jest również dla jej syna. To wciąganie na filmową orbitę całej rodziny, która zaczyna grawitować wokół ekscentrycznego reżysera prowokuje do pytań - czy można zaufać komuś, kto kiedyś porzucił? Czy warto podjąć się wyzwań, których się nie szukało?
W międzyczasie zmienia się dom. Zyskuje elegancki, nowoczesny sznyt, stając się planem filmowym dla nowej opowieści. Opowieści, w której zbędna jest obecność osób trzecich. Gwiazdka filmowa, zatrudniona do zagrania w niej głównej roli (absolutnie cudowna w swojej subtelnej wrażliwości Elle Fanning) wycofuje się, czując się intruzem. Mąż młodszej z córek też emocjonalnie wymiksowuje się z tego układu.
To jest historia o zmianie, o wybaczeniu - innym, ale przede wszystkim sobie. O obecności, o braku, o emocjonalnym chłodzie. I o tym, jak niewiele trzeba, żeby stracić grunt pod stopami. I jak trudno czasem znaleźć pretekst, żeby spróbować go odzyskać.
Film porusza i zachwyca pewną prostotą, omijaniem oczywistych rozwiązań i tanich sentymentalizmów. Joachimowi Trierowi udało się oprzeć pokusie popadnięcia w patos i wielkie słowa, wszystko tu rozgrywa się na bardzo ludzkiej, subtelnej i szczerej płaszczyźnie. I ta odwaga w docieraniu do najbardziej intymnych traum stanowi siłę owego pięknego obrazu.

Zaobserwuj ten profil, aby być na bieżąco z filmowymi nowościami.

HAMNETPokaz premierowy🎬 To jest opowieść o Williamie Szekspirze.To nie jest opowieść o wybitnym dramaturgu.Chloé Zhao w ...
24/01/2026

HAMNET
Pokaz premierowy

🎬 To jest opowieść o Williamie Szekspirze.
To nie jest opowieść o wybitnym dramaturgu.

Chloé Zhao w charakterystyczny dla siebie, oszczędny i niespieszny sposób przedstawia historię miłości Agnes - kobiety uważanej nieomal za wiedźmę, charyzmatycznej zielarki i sokolniczki o dość niejednoznacznym pochodzeniu i Willa - nauczyciela łaciny, rękawicznika traktowanego jako dość nieprzydatnego w społeczności gryzipiórka. Miłości niełatwej, wywołującej frustracje i zmuszającej do najtrudniejszych decyzji. W tym tej, czy trudne emocje lepiej przeżyć samemu, czy można dzielić je z najbliższą osobą. Czym jest bliskość i ile można dać z siebie, żeby pozwolić się spełnić temu, kogo się kocha.
Historia powstania najsłynniejszego w brytyjskiej literaturze dramatu jest tutaj pretekstem - mam nawet wrażenie, że dość lekceważąco potraktowanym - do przedstawienia losów rodziny jego autora. Losów meandrujących pomiędzy szczęściem i zachwytem odwzajemnioną, głęboką miłością, narodzinami upragnionych dzieci a przytłoczeniem codziennością, wyborem między rozłąką a spełnieniem czy wreszcie ostateczną tragedią, jaką jest śmierć jedynego syna.
Wspaniałą postać głównej bohaterki zbudowała Jessie Buckley - jej Agnes od pierwszego kadru, kiedy w pozycji embrionu budzi się w leśnym wykrocie przez całą opowieść pokazuje pierwotną siłę budowaną na świadomej zgodzie z naturą. Jej emocje są silne, głębokie i jednoznaczne. Nie ma tu miejsca za zawahanie, a bohaterka gotowa ich bronić za wszelką cenę. Zachwyt, miłość, czy wreszcie ból i rozpacz są głębokie i nie pozostawiają pola do dyskusji. Mimo, że pokazane nieraz spojrzenie czy półuśmiechem, a czasem rozpaczliwym wyciem z bezsilności - mają tę samą nadzwyczajną, pierwotną siłę wyrazu.
Rola Willa, decydującego się spełniać zawodowo poza rodziną wydaje się bardziej złożona i rozdarta. Oto bezwzględnie kochający i oddany mąż potrzebuje wyjechać, by "odetchnąć pełną piersią" i "odzyskać siebie". Ktoś by pomyślał, że to współczesny wynalazek...
Zhao nie pozwala mu jednak na jednoznaczność - finałowa scena premiery Tragedii Hamleta pokazująca jego interpretację tragicznej historii rodziny dość mocno redefiniuje obraz, jaki przez cały seans dane było widzowi zbudować, a ostateczne "reszta jest milczeniem" robi emocjonalną klamrę całego dzieła.
Bardzo byłam ciekawa, jak w tym obrazie zagrają piękne zazwyczaj zdjęcia Łukasza Żala i jak zwykle - nie obyło się bez zachwytu. Malarskie, bajkowe kadry z lasu, ogrodu czy pola; zawężone światłem, klaustrofobiczne obrazki z tragicznej sceny opłakiwania utraconego dziecka; symetryczne, chłodne, statyczne sceny trudnych rozmów czy wreszcie malowane światłem z dachowego okna kadry z małżeńskiej sypialni budują nadzwyczajny, sugestywny, emocjonalny klimat. Duża w tym zasługa konsekwetnych kolorystycznie, spójnych kostiumów - dzieci są odziane na błękitno, stare kobiety, strażniczki tradycji noszą czarne stroje, silna, świadoma bohaterka na tle każdego kadru wyróżnia się czerwienią sukni. Spójność tę dopełnia znakomita muzyka, której dodatkowym akordem bywa... cisza. Tak, to jeden z tych obrazów, gdzie cisza bywa nieznośna, nie do wytrzymania jak fałszywy ton w harmonijnej melodii. Tutaj na miejscu jest każdy dźwięk i każdy jego brak.
Podczas seansu, na którym byłam, mimo że to premiera, piątek, a do tego dodatkowy rozgłos wokół filmu wywołany przez oscarowe nominacje - było na sali może kilkanaście osób. I powiedziałabym, że mnie to zaskoczyło, ale jeszcze mniej spodziewany był fakt absolutnej ciszy na sali. Nikt nie chrupał, nie siorbał, nie szeptał. Cisza, skupienie i pozwolenie na niesienie widza przez tę niespieszną historię. I w tym właśnie tkwi jej największa siła.

Adres

Kraków

Strona Internetowa

Ostrzeżenia

Bądź na bieżąco i daj nam wysłać e-mail, gdy Blondynka w kinie umieści wiadomości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu i możesz zrezygnować z subskrypcji w dowolnym momencie.

Udostępnij