17/08/2026
Odszedł Henryk Banaś. Bibice osierocone…
Siadam rano do komputera, z tą swoją kawą, patrzę w ekran, a tam piszą: „zmarł Ś.P. Henryk Banaś. Miał 93 lata”. Piękny wiek, a jednak człowiekowi jakoś łyso się robi na sercu. Bo są ludzie-instytucje. Myślisz sobie, że oni będą zawsze. Że świat się zmieni, zaleje nas cyfrowa sztuczność, a pan Henryk dalej będzie w swoich Bibicach pilnował porządku. A tu nie.
Dla tych, którzy historię regionu znają tylko z TikToka – Ś.P. Henryk Banaś nie był zwykłym zbieraczem staroci. To był król podkrakowskiego folkloru. Wszystko zaczęło się w 1938 roku, gdy jako mały chłopak zobaczył w bibickim lesie tańce weselne zespołu „Wici” i orszak żniwny jadący do Mogiły. Wtedy zrozumiał, dlaczego ojciec i dziadkowie tak pilnie strzegli krakowskich sukman i kaftanów, a matka gorsetów, chust, fartuchów i korali.
W czasach, gdy po wsiach stare przedmioty wyrzucano na strych albo palono w piecu, on brał je w ręce i ocalał. W 1959 roku napisał scenariusz i wystawił „Wesele krakowskie z Bibic”, wykorzystując niemal 5000 przyśpiewek zebranych we wsi. W 1964 roku, przy pomocy młodzieży i starszych mieszkańców, założył w Domu Ludowym Izbę Regionalną – pierwsze muzeum wiejskie w ówczesnym województwie krakowskim. Gdyby nie jego upór, dziesiątki czepców, gorsetów, sukman, masielnic, narzędzi i starych fotografii rozpłynęłyby się bez śladu.
Ale najważniejsze jest chyba to, że Ś.P. Henryk Banaś nie zamknął tradycji w muzealnej gablocie. Wyprowadzał ją między ludzi. Potrafił zebrać mieszkańców, ubrać ich w krakowskie stroje, posadzić na drabiniastych wozach i kazać śpiewać przyśpiewki zasłyszane od najstarszych Bibiczan. Sam kiedyś przewodził weselnemu orszakowi na siwym koniu, w sukmanie pana młodego. Po latach w tej samej sukmanie podobny orszak poprowadził jego syn. I właśnie tak trwa tradycja – nie jako eksponat, ale jako nić przechodząca z ojca na syna, z dziadka na wnuka.
Miał dar gawędziarza. Rozumiał, że kultura ludowa ginie nie wtedy, gdy spróchnieje ostatnia skrzynia albo rozsypie się ostatni gorset, lecz wtedy, gdy zabraknie człowieka, który potrafi opowiedzieć, do czego służyły, kiedy je zakładano, co przy nich śpiewano i z czego się śmiano.
I te Pucheroki – jego oczko w głowie. Wysokie czapy z bibuły, twarze umorusane sadzą, sowizdrzalskie oracje wygłaszane za j***o. Sam chodził kiedyś „po pucherach”, a dwóch oracji nauczył go ojciec. Później on uczył następne pokolenia, jak robić czapy i jak wygłaszać pucherockie przemowy. Pilnował tego zwyczaju jak oka w głowie.
Był kronikarzem, regionalistą, autorem książek i człowiekiem, który umiał słuchać. Zaczynał od stukartkowego brulionu, w którym zapisywał opowieści najstarszych mieszkańców. Wiedział bowiem, że każde odejście zabiera ze sobą kawałek pamięci – jeżeli wcześniej ktoś jej nie wysłucha i nie zapisze.
Kilka razy gościłem w Szkole Podstawowej w Bibicach, opowiadając o gådce krakoski i kulturze naszej podkrakowskiej wsi. I właśnie tam przekonałem się, że praca Henryka Banasia nie poszła na marne. Folklor, strój krakowski, miejscowe zwyczaje, a nawet gådka nie były obce ani nauczycielom, ani dzieciakom. Nie traktowano ich jak zakurzonej pamiątki, którą wyciąga się raz w roku z okazji szkolnej akademii. Były czymś żywym, bliskim i własnym.
Pan Henryk nie tylko ocalił przeszłość Bibic. Zostawił również potencjalnych następców – nauczycieli, regionalistów, rodziców, a przede wszystkim dzieci, które wiedzą już, że ich mała ojczyzna ma własną historię, własny strój, własną mowę i że nie trzeba się tego wstydzić. Przeciwnie – można być z tego dumnym.
Sam podsumował swoje życie najlepiej:
„Całe moje życie poświęciłem Bibicom, bo wieś rodzinną należy pokochać. Na zawsze…”
Ś.P. Henryk Banaś odszedł 16 sierpnia 2026 roku. Pogrzeb odbędzie się we wtorek, 18 sierpnia, o godzinie 15.00 w kościele Matki Bożej Nieustającej Pomocy w Bibicach.
Odszedł człowiek, który udowodnił, że sam niewiele wskórasz, ale wspólnie z sąsiadami możesz ocalić przed zapomnieniem cały mały świat.
Bibice zostały osierocone. Ale nie zostały bez spadkobierców.
Dopóki w Niedzielę Palmową ulicami będą chodzić Pucheroki, dopóki ktoś zaśpiewa bibicką przyśpiewkę, otworzy jego książkę albo opowie dziecku, jak dawniej wyglądało krakowskie wesele – dopóty Henryk Banaś będzie obecny w swojej ukochanej wsi.
Niech spoczywa w spokojnym, krakowskim niebie.
Zbigniew Grzyb
„Wislon”