29/06/2026
Minęło 5 lat. Minęło pięć trudnych, bardzo trudnych lat. Czasu, w którym wbrew pozorom moim głównym zajęciem było radzenie sobie w relacjach, które nie do końca mi służyły. 5 lat walki ze sobą, wychodzenia z lęków, pakowania się w głupie sytuacje. Ktoś kiedyś powiedział, że powinno się podążać tam, gdzie czujesz największą ekscytację… cóż po tych bolesnych pięciu latach mogę stwierdzić, że to nieprawda, a przynajmniej nie w każdym przypadku. Podróże potrafią otwierać, ale również mogą stać się ucieczką od siebie. Podążanie za ekscytacją staje się pułapką, w którą wpadłam. Wchodziłam w sytuację, które z pozoru wyglądały na kuszące, przygodne, pełne barw i soczystości. Przepłaciłam za nie… swoim zdrowiem psychicznym, fizycznym, lękiem, depresją, momentami gdy myślałam, że to już, że tak będzie wyglądać moje życie, smutne, samotne, odcięte.
Ostatnio przeglądałam swoje zdjęcia, byłam w szoku, gdy zobaczyłam moment, w którym wszystko zaczęło staczać się w dół. Przepaść, widoczna jak na dłoni. Zajęło mi to tyle lat, aby zanurkować, pogrążyć się, dotknąć nie jednego dna, a wielu. Pieprzona sinusoida, w górę, w dół, tak jak mój poziom cukru. Tyle trudu, zaufania, a w końcu prześwitów mądrości. Nie tej mądrości, którą wpajają rodzice. Tej mądrości, która wyłania się, gdy jest tak trudno i ciężko, że możesz pozostać wierny tylko wartościom, w które głęboko wierzysz, które są jak blizna od poparzenia wrzątkiem. Zaufania do siebie, do tego, że mimo, iż nie wiesz dokąd idziesz, wiesz, że to Twoja ścieżka, tylko Twoja i nikt inny nie powinien mówić Ci jak nią kroczyć. Mam to szczęście, potężne szczęście, o którym zawsze wspominam pisząc z głębi serca. Szczęście polegające na wspierającej rodzinie, na mamie, która stoi za mną murem, cokolwiek by się działo, na tacie, który może nie zgadza się z moimi wyborami, ale bacznie obserwuje tworząc poduszkę bezpieczeństwa, brata, który nigdy nie oczekuje niczego w zamian. Ludzi wokół, którzy powiedzą, że jestem kochana, że jestem ważna. I myślę sobie, że nie mogę być złym człowiekiem mając takich ludzi wokół. A wiele razy tak myślałam.
Rok temu nie chciałam żyć, budziłam się nie widząc sensu życia, czując się w jak w klatce. To mocne pisać takie słowa, ale naprawdę tak było. Już nie wiedziałam, co robić. Czy znajdę jeszcze nadzieję na to, że będzie lepiej? Brzmi śmiesznie w ustach 27 latki, która ma całe życie przed sobą? Cóż, może i tak, ale w tamtym momencie tak właśnie było. Długo toczyłam wewnętrzną walkę, walkę z rodziną, samotnością, miłością, toksycznością. Byłam zmęczona, zmęczona tym, że nic nie porusza się naprzód, że stoję w miejscu. Ja jednak nie stałam w miejscu, powoli i boleśnie wchodziłam wgłąb swojej studni. Studni lęków, niewiedzy. Kim jesteś? Kim Ty właściwie jesteś? Jak echo docierały do mnie głosy, wizje snujące się poprzez miesiące moich snów. Symbole, kolory, słowa, słowa, słowa. Boleśnie uderzające w miejsca nieuciszone, nieuleczone. W samotni leżąc na ziemi tyle razy, w samotni czując jakbym była jedyna na tym świecie, chcąc być jedyną, najbardziej samotną. Chcąc odciąć się od rodziny, od przyjaciół, uciec, zniknąć, zniknąć. Nie znając swojej ścieżki, będąc głęboko zawiedziona sobą, tym, że zgubiłam pasję. Zawiedziona, że wszystko spieprzyłam. Spieprzyłam wybierając pierwszą relację, a potem drugą. Patrząc na to dzisiaj - nie żałuję niczego. Może poza oparzeniem się rurą wydechową motoru.
Dzisiaj czuję ciężar tych 5 lat spadający z moich barków, czuję jak staję się lżejsza, jak staję się trochę bardziej sobą, sobą robiącą miejsce na nowe. Czuję Życie przepływające przez moje ciało, budzę się odczuwając większy spokój. Budzę się kochając życie, kochając ludzi, którzy są mi bliscy. Powoli otwieram ramiona, nucę pod nosem, śmieje się do łez, rysuje, tak po prostu, dla samego rysowania. Te 5 lat… wdrażania rzeczy, które wydawały mi się nieosiągalne jakoś powoli stają się lżejsze, łatwiejsze. Już nie muszę ze sobą walczyć. Trudno wytłumaczyć tego typu ulgę. To niewyobrażalne, wręcz nierealne.
Dzisiaj chyba rozpoznałam ten moment, w którym się znalazłam. To moment, gdy coś się zakańcza, a to drugie jeszcze się nie rozpoczęło. Robi się we mnie więcej miejsca. Jeszcze niezapełnionej przestrzeni, więcej czasu na życie, tworzenie! Choć jeszcze nie wiem czego. Dlatego piszę, zawsze piszę… Pisanie nigdy mnie nie opuściło, wylewałam łzy pisząc, od dziewiątego roku życia pisząc, wyrażając w ukryciu, w zdaniach sklejanych w wiersze, w słowach strachu, pragnień, nie bojąc się pisać tego, co boję się wypowiedzieć. Słowa niczym amulet chroniły esencję tego kim jestem, słowa zapisane w ciszy, pogrążonej w samotności nigdy nie pozwoliły mi uciec od prawdy… Więc dzisiaj piszę, zdaje się na tę potężną siłę słów, która sprawia, że jestem tu i teraz, tu i teraz.
Mogłabym pisać o tych 5 latach wiele, może kiedyś to zrobię, na razie jednak wychodzę na powierzchnie, jakbym właśnie odbyła nurkowanie w rowie Marjańskim, wychodzę z chłodnej wody w kolorze lazuru, słońce przebija się przez warstwy fal, wychodzę na brzeg, a piasek pod stopami staje się przyjemnie ciepły i suchy, promienie smagają moje zmarznięte, nagie ciało. Czuję, że żyje. Udało mi się, jestem na brzegu. Póki co nic więcej się nie liczy.