08/09/2023
Teatr i malarstwo to dwie dziedziny, które dość mocno mnie zajmują. I tak się składa, że w przeciągu niespełna tygodnia byłem na dwu spektaklach teatralnych o malarzach: „Boticellim” Teatru Słowackiego (tekst: Jordan Tannahill, reż.: Paweł Świątek) i „Fridzie” Teatru Współczesnego w Krakowie (tekst: Nika Jasturn, reż.: Jan Naturski). Tak jakoś wyszło.
Teatr Słowackiego to dla mnie przede wszystkim szkolne wspomnienie, rokroczne wycieczki klasowe na sztampowe inscenizacje Moliera czy Szekspira, które wtedy bardzo mi się podobały i z retrospektywy stwierdzam, że i dzisiaj by mi siadły, czemu nie, tam grają naprawdę świetni aktorzy, a fenomen „Chorego z urojenia” zasługuje na osobny post. Tak że miejsce jest mi znane bardzo dobrze. Teatr Współczesny to jednak inna bajka – wczoraj byłem tam po raz pierwszy, o jego istnieniu dowiedziałem się zresztą stosunkowo niedawno... I wcale mi się tam nie spieszyło – ceny biletów jak do opery, a sekwencja tytułów „Wina kupidyna”-„Seks po krakosku”-„Pojebajka” odtwarza w głowie traumy po filmach Saramonowicza czy Pujszy. Kiepska podkładka pod pierwszą wizytę. I w obu przypadkach mam ogromny niedosyt, choć zarówno z MOS-u jak i ze sceny przy Starowiślnej wychodziłem raczej zadowolony. I w obu przypadkach z różnych powodów.
Ale najpierw może, co obie sztuki zrobiły bardzo dobrze: Scenografia i wykorzystanie przestrzeni. Wizualnie oba dramaty były nasycone i satysfakcjonujące, oczu nie dało się oderwać. I w przypadku „Boticellego” nie piszę tak, bo mieliśmy goliznę (choć aktorów i aktorkę dobrali urodziwych), ale przez kostiumy i scenografię. We „Fridzie” wszystko było jak z obrazów sióstr Kahlo, a zaskakująco przyciągające uwagę były rekwizyty (Chcę taką gitarę!).
I co z tego, skoro w „Boticellim” dialogi były na poziomie filmów Patryka Vegi, a we „Fridzie” zawiodło aktorstwo? Na obu przedstawieniach treść ziała nudą i miejscami tylko warstwa wizualna kierowała mój wzrok na scenę.
[c.d. w komentarzach]