18/03/2025
MYŚLOTOKI
o procesach grupowych słów kilka(set)
Kilka dni upłynęło od czasu mojego ostatniego wpisu. Przyznam się Wam do czegoś, piszę po kilka tekstów na raz, za jednym zasiadem. Potem wrzucamy je na socjale w jakichś odstępach czasu. Jak się wciągam, to już piszę. Nie potrafię pisać codziennie, co dwa dni, nie potrafię i nie chcę być mentalnie online. Dlatego w ten sposób staram się obejść system, swoje własne oprogramowanie. Nie tym razem jednak, bo dzisiaj piszę na spontanie.
Jeżeli śledzicie nasz Instagram (jeżeli nie, to zachęcam, bo tam publikujemy bardziej „na gorąco”), który prowadzi Olga to wiecie, że mocno wciągnęły nas tematy budowlane. Wiadomo, wiosna, czas działać. Prace budowlane, ale też wszelkiego rodzaju rzemiosła, mają w sobie coś z szeroko rozumianej medytacji. Podczas ich wykonywania spędza się dużo czasu na powtarzalnych czynnościach. Kiedy przychodzi wprawa i ciało oraz głowa nadążają za wykonywanymi ruchów (to znaczy nie trzeba się zanadto na nich skupiać, działa się z automatu) to pojawia się dużo czasu na przemyślenia. Na takie tam spotkanie się z samym sobą. U mnie ostatnio działo się dużo w temacie tego, po co ten cały Rezerwat i co ja chcę naprawdę od świata i czego dla świata.
Często, pewnie dla prowokacji bardziej niż zgodnie z prawdą gadam sobie, że nie lubię ludzi. Mam przy tym świadomość, że to w sumie półprawda lub wręcz nieprawda. Inni ludzie oraz ja sam w kontakcie ze światem, interesują mnie, zajmują i fascynują najbardziej. Oczywiście nie wszyscy i nie zawsze, bo mam w sobie dużo z odludka. Kiedy więc najbardziej? Odpowiedź jest prosta - podczas jakościowo dobrego kontaktu, najlepiej w tzw. procesie grupowym, bo jest coś naprawdę niezwykłego w tym, wręcz „magicznego”, co się wówczas wydarza. Tak więc to nie ludzi nie lubię, ale warunków, w których przychodzi nam się najczęściej spotykać oraz ról, które zwykle wtedy przed sobą odgrywamy. Nie znoszę tych wszystkich smalltalków, stroszenia piórek (a jakże, też to robię), budowania narracji o sobie i życiu, która przypomina ślizganie się na powierzchni - mnóstwo ogólników i schematów językowych, które zwyczajnie nudzą mój umysł i rozpraszają uwagę.
Miałem okazję uczestniczyć w kilku procesach grupowych, zarówno tych stricte terapeutycznych, na przykład z okazji uczęszczania na rok zero w szkole psychoterapeutycznej, jak i grupach podczas różnego rodzaju warsztatów cyklicznych. Funkcjonowałem też w grupach i procesach, które wydarzały się w nich nijako przy okazji, jak Akademicki Klub Jeździecki w czasie studiów oraz wiccański kowen, który kilka lat temu miałem okazję współtworzyć. Każde z tych doświadczeń dawało mi całe spektrum autentycznych, chociaż bardzo różnych emocji oraz przeżyć. W przypadku każdego z nich miałem jednak poczucie zakorzenienia w „tu i teraz”, pełnego zaangażowania oraz utożsamiania się z grupą. Wchodziłem też w rolę społeczną, ale nie tą wydumaną, którą często my ludzie tworzymy sobie podczas budowania wyobrażeń o sobie (wspomnijcie sobie samozwańczego szamana z Waszego obtoczenia, przewodnika duchowego, terapeutów, medium, wiedźmę itp.) ale te które wynikały z moich osobistych uwarunkowań oraz potrzeb grupy. Każda z tych doświadczeń w które się angażowałem, z perspektywy czasu, stały się kamieniem milowym w moich życiu – czymś na czym buduję siebie obecnie i czymś, co mnie budowało, często lub najczęściej obdzierając z moich własnych o mnie wyobrażeń. Przysłowiowe oświecenie przez życiowy wpierdol.
Pamiętam jak kiedyś grupie jedna z osób uczestniczących powiedziała, przy żywej aprobacie większości zgromadzonych, że najważniejszym dla niej jest, że może przyjść, wygadać się i mieć poczucie, że zostanie wysłuchana i uczestnicy spotkania postarają się zrozumieć. Że w domu jej tego brakuje, że nie ma wsparcia w osobach ją otaczających I to nie jest zrozumienie bez oceny i radzenia, bo trudno od tego uciec. Niemniej kiedy „stajemy w prawdzie” , to znaczy mówimy o sobie bez upiększeń, prosto z siebie, z emocjonalnym zaangażowaniem, kiedy stajemy nago w oku lwa (którym grupa w jakiś sposób jest),to dzieje się rzecz dla mnie niesłychana- zamiast spodziewanych negatywnych ocen, przytyków, w oczach „współplemieńców” pojawia się współczucie, troska, autentyczne poruszenie. Nie zawsze i nie u wszystkich, ale jest to jakość jakiej dla siebie poszukuję i którą chciałbym przybliżyć innym. Bo bez Was, bez ludzi mnie otaczających, ten proces się nie zadzieje, to każdorazowo wspólny wysiłek oraz sukces.
Na zakończenie dwa słowa o tym, w jaki sposób rozumiem proces grupowy. W największym skrócie są to mniej lub bardziej regularne spotkania grupy osób, które dzieją się w określonym miejscu i czasie, aby ze sobą przebywać. Rozmawiać, albo milczeć, wykonywać wspólnie czynności. Przyglądać się sobie w tej wzajemnej interakcji, opowiadać o tym, co się wydarza na poziomie emocji, odczuć, reakcji. Uważnie słuchać i mówić bez obawy, że ktoś przerwie, wcześniej ustaliwszy wspólnie podstawowe zasady jak to, czy godzimy się na pełną szczerość, czy z zasady akceptujemy informację zwrotną (czy godziny się na to, żeby inne osoby komentowały to, co mówimy). Na jaka formę kontaktu się godzimy, z jaką mamy trudność. Ile przestrzeni w rozmowie i na jakich zasadach bierzemy dla siebie. Czy ustalamy wcześniej tematy spotkań, czy siadamy i czekamy co do nas przyjdzie. Potem zostaje już tylko czekać na proces i zbierać jego owoce. Niby nic wielkiego, a dzieje się zawsze dużo i mocno, gwarantuję.
Ten post jest zapowiedzią, ale też zaproszeniem do tego, co w przyszłości planujemy aby się wydarzało w naszym Rezerwacie. Może szybciej, niż później. Jeżeli chcecie się podzielić swoimi doświadczeniami, odnośnie procesów grupowych, to zapraszam zarówno pod tym postem, na priv, a najlepiej na miejscu, podczas spotkania w świecie realnym.