18/05/2026
31. Międzynarodowy Festiwal Sztuki Lalkarskiej w Bielsku Białej | Teatr Lalek Banialuka | “Edith i ja” / Yael Rasooly - Norland Visual Theater Stamsund, Norwegia. Francja, Izrael.| Pisze Ania Kruk.
„Wracam do siebie”
„Edith i ja” Yael Rasooly to spektakl o odzyskiwaniu głosu po traumie, ale również o sile sztuki i kobiecej solidarności. Historia oparta na prawdziwych wydarzeniach opowiedziana z humorem, czułością i ogromną precyzją sceniczną. Rasooly tworzy przedstawienie jednocześnie bolesne i pełne życia.
Spektakl rozpoczyna się od głosowania. Publiczność ma zdecydować, czy chce dobre, czy złe zakończenie, wygrywa tragiczne. Chwilę później na scenie pojawia się Edith Piaf — zadziorna diva wyciągnięta jakby prosto z paryskiego kabaretu. Budzi Yael z koszmaru i natychmiast przejmuje kontrolę nad przestrzenią. Ma szminkę schowaną w biustonoszu, nie toleruje chodzenia w piżamie i uważa, że jej misją jest postawić Yael na nogi.
Od początku czuć jednak, że bohaterka pozostaje zablokowana. Nie potrafi śpiewać, nie umie wrócić do sceny ani do własnego ciała. Co jakiś czas w tle rozbrzmiewają niepokojące odgłosy samochodu — dźwięki powracającego koszmaru. Sytuację przerywa telefon od dziennikarki. Dowiadujemy się, że sprawcą gwałtu był wysoko postawiony polityk. Yael natychmiast ucieka od tego tematu, proponując Edith przeżycie wspomnienia związanego z Marcelem — bokserem i wielką miłością Piaf.
W tych scenach najmocniej widać kunszt Rasooly. Performerka jednocześnie animuje Edith, Marcela i odgrywa konferansjera gali bokserskiej, zmienia głosy, śpiewa i prowadzi całą narrację właściwie sama. W pewnym momencie ma się wrażenie, że na scenie znajduje się kilka osób, choć w rzeczywistości wszystkie postaci istnieją dzięki jednej performerce.
Historia Edith Piaf stopniowo zaczyna odbijać historię Yael. Piaf wraca do wspomnień o Marcelu, którego namówiła do lotu samolotem mimo jego lęku. Marcel ginie w katastrofie, tym razem to Yael pociesza Edith. Relacja pomiędzy przypomina spotkanie dwóch kobiet próbujących razem przetrwać.
Kolejny telefon przynosi wiadomość o umorzeniu sprawy, prokuratura zamyka śledztwo. Edith proponuje wtedy Yael, by opowiedziała swoją historię na scenie — skoro to jedyne miejsce, gdzie może naprawdę wybrzmieć. Na scenie pojawiają się dwa muppety. Jeden z nich — podporządkowany kierowca — ma piskliwy głos i nerwową energię. Drugi, polityk, jest ciężki, dominujący, mówi nisko i sztywno. To właśnie jego krawat staje się narzędziem przemocy. Gładzi nim nogi Yael, zmusza ją do wejścia do apartamentu, mimo że bohaterka wielokrotnie mówi, że chce wrócić do domu. Yael siedzi w czerwonej sukni, otoczona przez ręce pięciu mężczyzn. Początkowo dłonie jedynie ją przytrzymują — dotykają ramion, nóg i głowy, stopniowo odbierając jej przestrzeń i możliwość ruchu. Z każdą chwilą obraz staje się coraz bardziej duszny i agresywny, jakby bohaterka była rozrywana przez obce ręce. Rasooly nie pokazuje przemocy dosłownie, a mimo to scena działa wyjątkowo mocno właśnie dzięki swojej prostocie. Najważniejsze jest jednak to, że pod koniec Yael wyrywa się z tego uścisku. To krótki moment, ale niezwykle znaczący — po raz pierwszy bohaterka odzyskuje kontrolę nad własnym ciałem i przestrzenią.
Mimo ciężaru tej historii spektakl pozostaje pełen ciepła i humoru. Edith Piaf nieustannie rozładowuje napięcie swoim temperamentem i teatralnością. To właśnie dzięki lalce i kabaretowej konwencji Rasooly potrafi opowiadać o traumie w sposób, który nie odbiera bohaterce sprawczości.
To, co szczególnie imponuje, to sposób, w jaki Rasooly pracuje z lalkami: mają ciężar, fizyczność i emocjonalną obecność. Marcel jako wielki bokser wygląda jednocześnie czule i groteskowo, trochę jak bohater starego melodramatu. W relacji z Edith staje się figurą utraconej miłości, ale też wspomnieniem, które nie pozwala ruszyć dalej. Finał przynosi ulgę. Yael dziękuje Edith za ocalenie, bo to właśnie jej piosenki towarzyszyły jej podczas tamtego wieczoru. Wtedy wraca pytanie zadane publiczności na początku spektaklu — czy chcieli dobre, czy złe zakończenie. Edith odpowiada jednak bez chwili zawahania: „There is no democracy. I am Edith Piaf”. Po chwili cała sala śpiewa „Non, je ne regrette rien”.
Po każdym spektaklu Yael Rasooly rozmawia z publicznością. W kontekście historii o przemocy seksualnej i odzyskiwaniu głosu taki gest nabiera dodatkowego znaczenia. Spektakl nie kończy się wraz z finałową piosenką — pozostawia przestrzeń na rozmowę, świadectwo i wspólne przepracowanie emocji. Dzięki temu „Edith i ja” nie staje się wyłącznie teatralną opowieścią o traumie, ale także próbą realnego spotkania z widownią.
Yael Rasooly tworzy spektakl niezwykle precyzyjny technicznie. Mistrzowska animacja lalek, zmiany głosów i wielopoziomowa narracja nie służą tu jedynie popisowi umiejętności. Stają się narzędziem opowiadania o traumie, której nie da się wypowiedzieć wprost — ale którą można odzyskać poprzez sztukę.
fot. Bartek Hałat, z uprzejmości Teatr Lalek Banialuka