Teatr Lalek Pismo

Teatr Lalek Pismo Dwujęzyczne, polsko-angielskie pismo wydawane przez Polski Ośrodek Lalkarski POLUNIMA, poświęcone krytyce, dokumentacji, historii i teorii teatru lalek.

Ukazuje się przy współpracy i dzięki wsparciu Instytutu Książki.

🎭📚 Już za chwilę widzimy się na Międzynarodowych Targach Książki w Warszawie!Z radością informujemy, że nasze pismo „Tea...
26/05/2026

🎭📚 Już za chwilę widzimy się na Międzynarodowych Targach Książki w Warszawie!

Z radością informujemy, że nasze pismo „Teatr Lalek” będzie dostępne na stoisku Instytutu Książki podczas tegorocznych targów w PGE Narodowym.

📍 Stoisko Instytutu Książki: 1/D17
📅 28–31 maja
📌 PGE Narodowy, Warszawa

Na miejscu będzie można znaleźć najnowsze numery naszego pisma oraz spotkać się z bogatą ofertą czasopism i wydawnictw związanych z kulturą, literaturą i teatrem.

Do zobaczenia na targach! ✨🎪

📚 Już w najbliższy czwartek 28 maja rozpoczną się Międzynarodowe Targi Książki w Warszawie. Instytut Książki przygotował dwa stoiska – stoisko czasopism IK, a także – we współpracy z Polska Izba Książki – kolektywne stoisko dla niezależnych oficyn. Ponadto we współpracy z Ambasada Norwegii w Polsce powstał program wydarzeń pod hasłem „Prom Literacki Oslo-Warszawa”. Zapraszamy serdecznie na nasze stoiska, a także na szereg polsko-norweskich spotkań.

📣 Na stoisku Instytutu Książki (1/D17) zaprezentujemy tradycyjnie naszą ofertę wydawniczą czasopism. Czytelniczki i czytelnicy będą mogli zapoznać się z nowymi numerami takich periodyków jak „Twórczość”, „Nowe Książki”, „Literatura na Świecie”, „Topos”, „ Dialog.”, „Teatr Lalek”, „Teatr”, a także z wydanymi przez nas książkami.

🤝 Kolektywne stoisko dla niezależnych oficyn (3/D17) przybliży natomiast ofertę tych oficyn, których publikacje ze względów ekonomicznych nie są powszechnie dostępne w szerokiej sprzedaży, pragniemy bowiem wraz z Polską Izbą Książki zwrócić również uwagę na rolę niezależnych wydawnictw na rynku książki, a także ich kulturotwórczy potencjał. Wśród tegorocznych wystawców znalazło się dziesięć oficyn: Fundacja Fundacja Duży Format, Fundacja Pogranicze, Fundacja Sąsiedzi, Nisza, Officyna, Wydawnictwo Akademickie SEDNO, JanKa wydawnictwo i..., Literówka - literatura dla dzieci, Wydawnictwo Muchomor i Wydawnictwo Pauza.

👉 Pełny program dostępny jest na naszej stronie internetowej (link w komentarzu).v

31. Międzynarodowy Festiwal Sztuki Lalkarskiej w Bielsku Białej | Teatr Lalek Banialuka | “Niewiarygodne epizody z życia...
20/05/2026

31. Międzynarodowy Festiwal Sztuki Lalkarskiej w Bielsku Białej | Teatr Lalek Banialuka | “Niewiarygodne epizody z życia chwalebnego pana Perepiczki” / Narodowy Uniwersytet Teatru, Kina i Telewizji im. I. K. Karpenki-Karego, Ukraina| pisze Ania Kruk.

„Poradnik: Jak zabić pół miasta i się ożenić”

„Niewiarygodne epizody z życia chwalebnego pana Perepiczki” Kijowskiego Narodowego Uniwersytetu Teatru, Kina i Telewizji im. I. K. Karpenki-Karego to studencki spektakl wyglądający tak, jakby ktoś zamknął ludową przypowieść, pijacki koszmar i ryciny Boscha w jednym garnku, a następnie mocno tym potrząsnął. Wszystko tonie tutaj w rytualnych śpiewach, grotesce i absurdzie, który chwilami z pełną premedytacją wymyka się logice. I dobrze, bo akurat logika byłaby tu wyjątkowo nie na miejscu.

Scenografia przypomina jednocześnie prowizoryczny ołtarz, wiejski sklepik i bramy do piekła. Aktorzy z pobielonymi twarzami wyglądają jak biesy albo zjawy wyciągnięte z ludowych podań. Zamiast niewinnej bajki dostajemy czarną komedię, w której trup ściele się wyjątkowo gęsto.

Tytułowa pacynka — Pan Perepiczka zakochany jest w Oksanie i chce zdobyć dla niej wyjątkowy prezent. Problem polega na tym, że po drodze przypadkowo morduje praktycznie każdego, kto stanie mu na drodze. Najpierw ginie arabski handlarz, potem bohater zabija uwodzącą go kotkę-pacynkę, następnie ministra wykonującego mu lewatywę, a w międzyczasie pojawia się policjant próbujący aresztować… czajnik.

Sam Perepiczka właściwie nie mówi, komunikuje się piszczeniem, pomrukami i dźwiękami przypominającymi przestraszone zwierzę. Dzięki temu sprawia wrażenie kompletnie bezradnego wobec świata, choć jednocześnie z zadziwiającą konsekwencją demoluje wszystko wokół drewnianą pałą. I właśnie na tym polega siła tej postaci — trudno rozstrzygnąć, czy Perepiczka jest niewinnym idiotą, demonem chaosu, czy po prostu idealnym produktem rzeczywistości równie absurdalnej jak on sam.

Spektakl z ogromną satysfakcją dokłada kolejne poziomy niedorzeczności. Na scenie pojawia się diabeł, cyrograf, policyjny pies mdlejący po obwąchiwaniu zwłok oraz maszyna do mięsa z wielkim napisem „Bosch”, w której mielony jest sam szatan. Z piekielnej masy powstaje kiełbasa, którą chwilę później zjada pies. Trudno powiedzieć, czy to jeszcze teatr studencki, czy już pełnoprawna halucynacja.

A jednak pod całym tym absurdem kryje się bardzo celna kpina z przemocy, instytucji i męskiej potrzeby udowadniania własnej sprawczości. Każdy tutaj próbuje coś kontrolować, wszyscy wszystko regulują, osądzają albo karzą, a świat i tak konsekwentnie rozpada się na oczach widzów.

Finał przynosi ślub Perepiczki i Oksany, głośny seks za kurtyną oraz policję wpadającą na scenę, by aresztować wszystkich aktorów biorących udział w spektaklu. I trudno o bardziej eleganckie podsumowanie tego widowiska — tutaj absolutnie nikt nie zachowuje zdrowego rozsądku, ale wszyscy robią to z ogromnym zaangażowaniem.

fot. Ula Kóska, z uprzejmości Teatr Lalek Banialuka

31. Międzynarodowy Festiwal Sztuki Lalkarskiej w Bielsku Białej | Teatr Lalek Banialuka | “Loco” / Compagnie Tchaïka, Be...
20/05/2026

31. Międzynarodowy Festiwal Sztuki Lalkarskiej w Bielsku Białej | Teatr Lalek Banialuka | “Loco” / Compagnie Tchaïka, Belgia | pisze Ania Kruk.

“Jak wariować to z klasą”

„Loco” Compagnie Tchaïka to bardzo gęsta, duszna adaptacja „Pamiętnika szaleńca” Gogola, w której absurd, mania i rozpad psychiki stopniowo zaczynają pożerać rzeczywistość. Spektakl Natachy Belovej nie próbuje realistycznie tłumaczyć szaleństwa Popryszczyna — zamiast tego wrzuca widza prosto do jego rozpadającej się głowy.

Główny bohater, Popryszczyn to lalką hybrydową animowaną przez dwie performerki. Ich nogi stają się przedłużeniem jego ciała, ruch pozostaje niezwykle precyzyjny, a jednocześnie ma się wrażenie, że na scenie naprawdę istnieje tylko jeden człowiek. Już na początku poznajemy go leżącego samotnie w łóżku pośród ciemności. Wchodzimy w świat halucynacji, obsesji i kompletnego emocjonalnego rozkładu.

Sama lalka Popryszczyna wygląda zresztą tak, jakby od początku była już trochę martwa. Ma papierową, popękaną twarz przypominającą maskę albo wyschnięte ciało wyciągnięte z grobu. Momentami wygląda bardziej jak zombie niż żywy człowiek — ktoś zawieszony pomiędzy urzędniczą egzystencją a całkowitym rozpadem psychicznym. Dzięki temu jeszcze mocniej wybrzmiewa wrażenie, że obserwujemy człowieka, który właściwie od dawna nie żyje naprawdę, tylko mechanicznie odgrywa kolejne społeczne role.

Belova bardzo mocno korzysta z estetyki snu i absurdu. Popryszczyn słyszy rozmawiające suczki i jeszcze rozumie ich listy. W łóżku pojawia się gigantyczna ryba przypominająca stworzenie wyciągnięte z koszmaru. Zofia, w której bohater jest zakochany, funkcjonuje bardziej jako fantazmat niż realna osoba — wygląda jak kaczka satynowej sukni z prześcieradła. Popryszczyn nie potrafi z nią rozmawiać, więc całe relacje odbywają się właściwie wyłącznie w jego głowie.

To bardzo gorzka historia o frustracji klasowej i człowieku desperacko próbującym zostać kimś innym. Popryszczyn gardzi swoją pracą kopisty, nienawidzi urzędniczego świata i jednocześnie obsesyjnie pragnie do niego należeć. Wierzy, że odpowiednie ubranie, zachowanie i status pozwolą mu zasłużyć na Zofię. Chce być kimś „wyżej”, choć kompletnie nie wie już, kim właściwie jest.
Spektakl coraz mocniej odpływa w szaleństwo. Kołdra zaczyna mówić ludzkim głosem, łóżko się porusza, pod sufitem pojawia się ogromny księżyc, a Popryszczyn wpada w panikę, że Ziemia usiądzie na Księżycu i trzeba go ratować. Absurd goni absurd, ale pod tym wszystkim bardzo wyraźnie wybrzmiewa samotność człowieka, który rozpaczliwie próbuje stworzyć sobie nową tożsamość.

Kulminacją tego rozpadu staje się moment, w którym Popryszczyn ogłasza się królem Hiszpanii — Ferdynandem VIII. Performerki wspinają się razem z lalką na łóżko, a Popryszczyn zostaje dosłownie obleczony w długą suknię z papierów, w których na co dzień gnije jako urzędnik. Nagle jego ciało zaczyna rosnąć, staje się monumentalne, niemal kilkumetrowe — jakby w swojej własnej głowie naprawdę urósł do rangi monarchy. To obraz człowieka próbującego ulepić wielkość z własnej frustracji i upokorzenia.

„LOCO” jest spektaklem bardzo intensywnym wizualnie i emocjonalnie. Belova buduje świat jednocześnie groteskowy i melancholijny, w którym granica pomiędzy śmiesznością a tragedią właściwie przestaje istnieć. Gogolowski absurd wybrzmiewa tutaj wyjątkowo współcześnie — jako historia człowieka tak desperacko próbującego zostać kimś innym, że ostatecznie całkowicie rozpada się na kawałki.

fot. Bartek Hałat, z uprzejmości Teatr Lalek Banialuka

31. Międzynarodowy Festiwal Sztuki Lalkarskiej w Bielsku Białej | Teatr Lalek Banialuka | “Krótkie baśnie” / Compagnie G...
19/05/2026

31. Międzynarodowy Festiwal Sztuki Lalkarskiej w Bielsku Białej | Teatr Lalek Banialuka | “Krótkie baśnie” / Compagnie Gare Centrale, Belgia | pisze Ania Kruk.

"Tragedia na kółkach"

„Krótkie baśnie” Compagnie Gare Centrale w wykonaniu Agnès Limbos to świat w trakcie katastrofy opowiedziany przy pomocy plastikowych figurek, noża i wyjątkowo złośliwego poczucia humoru. Sama Limbos jest uosobieniem scenicznej charyzmy — z pozornym chaosem przesuwa kolejne miniaturowe krainy i z łatwością przechodzi od groteski do brutalności. Jej teatr przedmiotu wygląda jak kampowa makieta sklecona naprędce na kuchennym stole, ale pod tą lekkością kryje się wyjątkowo gorzka opowieść o nas samych.

Performerka właściwie nie schodzi ze sceny. Jest narratorką, demiurgką i sprawczynią wszystkich katastrof. Za pomocą mobilnego stołu przemieszcza kolejne przestrzenie — od Afryki, przez śnieżne pustkowia, aż po betonową miejską dżunglę. Wszystko pozostaje umowne, trochę prowizoryczne i właśnie dlatego działa tak dobrze. Zielone słońce świeci nad światem, któremu już ewidentnie nic dobrego nie grozi. Jedna palma stoi wciśnięta pomiędzy absurdalnie gęsto ustawione budynki, a deweloperka trwa w najlepsze.

Limbos ma fenomenalne wyczucie groteski, potrafi rozśmieszyć widownię tylko po to, żeby chwilę później rzucić jej przed oczy obraz kompletnie beznadziejny. Historia królików uciekających przed myśliwymi zamienia się w miniaturową rzeź. Kiedy performerka próbuje zmyć krew po zabitej puszystej gromadce z białej planszy imitującej śnieg, rozmazuje ją tylko coraz bardziej. Czerwień powoli zalewa cały krajobraz jak źle ukrywane poczucie winy. Trudno nie pomyśleć wtedy o Lady Makbet szorującej ręce do krwi.

Spektakl opiera się właśnie na takich prostych, ale wyjątkowo trafnych obrazach. W pewnym momencie zmasakrowany przez człowieka świat zostaje przykryty czarnym materiałem, dokładnie jak podczas zakrywania zwłok. Pojawiają się mury, policja, zakazy i miasta tak ciasne, że właściwie nie ma już miejsca na życie. Sami tworzymy sobie klatki, a później jesteśmy zaskoczeni, że nie umiemy w nich oddychać.

Poznajemy także historię miłosną Marii i Arturo. Matka, która za wszelką cenę chce zatrzymać córkę przy sobie, dosłownie przybija ją gwoździami do ziemi. Arturo starzeje się w oczekiwaniu, a całość przypomina absurdalną telenowelę graną przez ludzi kompletnie nieradzących sobie z własnymi emocjami. Limbos balansuje tutaj pomiędzy melodramatem, czarną komedią i okrucieństwem.

Scenografia przypomina tablicę szalonego kolekcjonera katastrof. Wszystkie elementy wiszą na magnetycznej ścianie i są nieustannie dokładane albo zdejmowane przez performerkę. Światy powstają i rozpadają się dosłownie na oczach widzów.

W finale Limbos rozkłada wokół głowy świetlistą konstrukcję przypominającą aureolę. Przez chwilę wygląda jak święta patronka tego małego, rozpadającego się uniwersum. Tylko że tutaj nawet świętość wydaje się już zmęczona człowiekiem.

„Krótkie baśnie” są brutalne, ironiczne i momentami bardzo zabawne. Agnès Limbos z plastiku, magnesów, noża i kilku figurek buduje świat przypominający nieudolnie sklejoną makietę naszej cywilizacji. I chyba właśnie o to tutaj chodzi — wszystko się sypie, ale dalej uparcie dokładamy kolejne elementy.

fot. Bartek Hałat, z uprzejmości Teatr Lalek Banialuka

31. Międzynarodowy Festiwal Sztuki Lalkarskiej w Bielsku Białej | Wrocławski Teatr Lalek | “BAAACH!” / reż. Tomasz Maślą...
19/05/2026

31. Międzynarodowy Festiwal Sztuki Lalkarskiej w Bielsku Białej | Wrocławski Teatr Lalek | “BAAACH!” / reż. Tomasz Maśląkowski | pisze Ania Kruk.

"Tak jak chcesz"

„BAAACH!” w reżyserii Tomasza Maśląkowskiego opowiada o przeprowadzce, ale tak naprawdę dotyczy znacznie szerszego doświadczenia — stanu zawieszenia pomiędzy tym, co stare, a tym, co dopiero próbujemy oswoić. Spektakl trafnie pokazuje moment, w którym nic nie jest jeszcze poukładane. Pudła stoją wszędzie, rzeczy ciągle zmieniają miejsce, a nowa przestrzeń dopiero czeka, aż ktoś nada jej znaczenie.

Twórcy wykorzystują minimalistyczną scenografię opartą właściwie wyłącznie na pudłach. Te nieustannie się przesuwają, przewracają, rozsypują i zmieniają funkcje. Raz stają się przeszkodą, innym razem schronieniem albo elementem wspólnej zabawy. Spektakl przypomina, że nie wszystko da się zaplanować — czasem pudło samo spada, coś się rozsypuje, a zmiana przychodzi w zupełnie innym momencie, niż się spodziewaliśmy.

Ogromną rolę odgrywa tutaj muzyka inspirowana Bachem. Klasyczne kompozycje są przetwarzane, mieszane z nowymi brzmieniami i rytmami, co dobrze współgra z samym tematem nieustannego układania świata od nowa. W spektaklu dużo jest powtarzalności — przestawiania pudeł, prób budowania, ciągłego zaczynania jeszcze raz. Nie działa to jednak monotonnie. Wręcz przeciwnie — przypomina dziecięce eksperymentowanie, sprawdzanie i oswajanie rzeczywistości poprzez zabawę.

„BAAACH!” bardzo trafnie pokazuje również nieporadność wpisaną w zmianę. Bohaterowie czasem nie wiedzą, co zrobić, gubią rytm, męczą się albo próbują unikać tego, co nowe. Jednocześnie spektakl nie zamienia tego w dramatyczną opowieść o kryzysie. Zamiast tego proponuje myślenie o zmianie jako o wspólnej przygodzie. Szczególnie dobrze wybrzmiewa to pod koniec, kiedy padają pierwsze słowa: „Dobrze, że jesteś”. Nagle okazuje się, że najważniejsze nie jest perfekcyjne rozpakowanie wszystkich pudeł, ale obecność drugiej osoby.

W finale bohaterowie układają z pudeł własny dom. Nie idealny, nie gotowy, ale urządzony po swojemu. I chyba właśnie o tym jest ten spektakl — o akceptowaniu niepewności, ciągłym przemeblowywaniu życia i budowaniu poczucia bezpieczeństwa mimo chaosu. „BAAACH!” jest przykładem teatru dla dzieci, który nie infantylizuje młodego widza. To przedstawienie jednocześnie bardzo atrakcyjne wizualnie i dźwiękowo, ale też najzwyczajniej mądre. Dzieci odnajdą w nim zabawę, ruch i niespodzianki, a dorośli doświadczenie zmiany, które trudno ograniczyć wyłącznie do przeprowadzki. To jeden z tych spektakli, z których każdy — niezależnie od wieku — wyniesie historię o sobie.

fot. Ula Kóska, z uprzejmości Teatr Lalek Banialuka

31. Międzynarodowy Festiwal Sztuki Lalkarskiej w Bielsku Białej | Teatr Lalek Banialuka | “Sajlen Disko” / reż. Paweł Ch...
19/05/2026

31. Międzynarodowy Festiwal Sztuki Lalkarskiej w Bielsku Białej | Teatr Lalek Banialuka | “Sajlen Disko” / reż. Paweł Chomczyk | pisze Ania Kruk

"Silent chaos"

„Sajlen Disko” w reżyserii Pawła Chomczyka próbuje opowiedzieć o samotności młodych ludzi, przemocy internetowej i życiu rozgrywającym się jednocześnie w świecie rzeczywistym i cyfrowym. Problem w tym, że spektakl bardzo szybko zaczyna przypominać własny temat — jest przebodźcowany, hałaśliwy i momentami zwyczajnie męczący.

Scenografia zbudowana z podświetlanych ekranów, kolorowych projekcji i migających świateł nawiązuje do estetyki social mediów oraz silent disco. Muzyka współpracuje z wizualem tak intensywnie, że chwilami aktorzy muszą przekrzykiwać dźwięki. Zamiast budować napięcie, spektakl często wpada w chaos. Na scenie pojawiają się robotyczne choreografie, rapujący maszynista, emotkowe maski i internetowy slang. Wszystko dzieje się jednocześnie.

W centrum historii znajduje się Emma, nazywana przez rówieśników „Sajlen Disko”, ponieważ rzadko się odzywa. Dziewczyna próbuje cofnąć czas i wrócić do momentu, w którym nie stanęła po stronie swojej koleżanki Oli. Z czasem dowiadujemy się, że Ola popełniła samobójstwo po internetowym hejcie i przemocy ze strony rówieśników. To właśnie ten wątek okazuje się kluczowy, nagle spod całego efekciarskiego widowiska przebija realny problem — strach przed wykluczeniem i milczenie wynikające z potrzeby dopasowania się do grupy.

Spektakl chce jednak opowiedzieć o znacznie większej liczbie tematów. Pojawiają się kwestie stereotypów płciowych, influencerów, terapii, uzależnienia od telefonów, równouprawnienia, wyglądu i relacji rodzinnych. Część dialogów brzmi jak zestaw haseł wyciągniętych z internetu albo szkolnych warsztatów psychologicznych. Bohaterowie częściej wygłaszają komunikaty niż rzeczywiście ze sobą rozmawiają. Dialogi bywają mocno przegadane, a momentami widać wręcz, jak aktorzy próbują walczyć z karkołomnym tekstem. Trudno odmówić im zaangażowania — naprawdę starają się utrzymać tempo tego chaosu — ale nie zawsze są w stanie obronić materiał, który dostali.

Ciekawiej robi się wtedy, gdy przedstawienie na chwilę zwalnia. Dobrze wypada postać mroku odbijająca się w półprzezroczystym płótnie oraz wątek skoczogonka mówiącego o powrocie do natury i odrzuceniu powierzchowności. To jedne z niewielu momentów, kiedy spektakl przestaje krzyczeć i zaczyna rzeczywiście budować atmosferę.

Wybrzmiewa również bezradność dorosłych, rodzice sami przyznają, że nie potrafią oderwać się od telefonów ani rozmawiać z dziećmi. Ten trop wydaje się znacznie ciekawszy niż część dosłownych komunikatów kierowanych do młodzieży.

Finał prowadzi Emmę do decyzji o odrzuceniu świata awatarów i powrocie do prawdziwych relacji. Problem polega na tym, że zanim spektakl dojdzie do tego punktu, widz musi przebrnąć przez ogrom krzyków, efektów i scen, które równie dobrze mogłyby zostać wyrzucone bez większej szkody dla całości. „Sajlen Disko” jest efektowne wizualnie, ale pod warstwą neonów i hałasu kryje się zaskakująco niewiele pogłębionej refleksji. A szkoda, bo temat samotności, przemocy internetowej i presji grupy naprawdę wybrzmiewa jako ważny. Spektakl zbyt często wybiera jednak dosłowne komunikaty i moralizatorski ton, momentami bardziej machając widzowi palcem, niż rzeczywiście próbując wejść z nim w dialog.

fot. Ula Kóska, z uprzejmości Teatr Lalek Banialuka

31. Międzynarodowy Festiwal Sztuki Lalkarskiej w Bielsku Białej | Teatr Lalek Banialuka | “Pewnej zimowej nocy, Latarnia...
18/05/2026

31. Międzynarodowy Festiwal Sztuki Lalkarskiej w Bielsku Białej | Teatr Lalek Banialuka | “Pewnej zimowej nocy, Latarnia w kształcie piwonii” / Nekaa Lab, Sachiyo Takahashi, USA, Japonia | pisze Ania Kruk.

"Ze mną się nie napijesz?"

„Pewnej zimowej nocy / Latarnia w kształcie piwonii” Sachiyo Takahashi oraz Nekaa Lab to kameralne spotkanie z tradycją shinnai-bushi — XVIII-wieczną japońską sztuką muzycznego opowiadania historii przy akompaniamencie shamisenu. Spektakl nie próbuje uwspółcześniać tych opowieści na siłę. Zamiast tego tworzy atmosferę przypominającą wieczorne słuchanie baśni przy świetle lampionów.

Sam sposób prowadzenia narracji okazuje się niezwykle interesującym doświadczeniem. W shinnai-bushi najważniejsze pozostają rytm głosu, muzyka i cisza. Narracja płynie spokojnie, chwilami niemal medytacyjnie, co mocno odróżnia ją od zachodniego sposobu budowania akcji. Dzięki temu nawet drobne gesty czy zmiany światła nabierają znaczenia. Charakterystyczne brzmienie shamisenu — instrumentu o lekko szorstkim, drgającym dźwięku — wprowadza widzów w świat melancholii, duchów i pamięci.

Ogromne wrażenie robi również warstwa wizualna. Na scenie pojawiają się podświetlane pergaminy, teatr cieni i delikatne projekcje światła zmieniające się w zależności od kąta świecenia. Obrazy momentami stają się niemal abstrakcyjne — światło rozlewa się, pulsuje i rozszczepia niczym zapis bicia serca. W historii „Latarni w kształcie piwonii” szczególnie pięknie wypadają sceny z Otsuyu i jej służącą. Zielona poświata przypisana Oyone kontrastuje z różowym światłem Otsuyu, a odpowiednio ustawione refleksy tworzą na pergaminie coś przypominającego świetlistą suknię ducha. Pierwsza historia przypomina melancholijną opowieść miłosną z elementami ghost story. Duch Otsuyu nie wraca jednak po zemstę, lecz z tęsknoty i potrzeby pamięci. Groza pozostaje bardzo subtelna — ważniejsze od strachu okazują się samotność, żal i niemożność pogodzenia się ze stratą.

Po przerwie oglądamy „Pewnej zimowej nocy” — historię starszego mężczyzny mieszkającego samotnie w górach po śmierci żony i syna. Spektakl porusza temat starości, pustki i alkoholu, bo sake staje się tutaj zarówno sposobem na rozgrzanie, jak i próbą poradzenia sobie z samotnością. Pewnej nocy odwiedza go tanuki — futrzaste magiczne stworzenie zdolne do zmiany kształtu. Starzec prosi, by zwierzę przemieniło się w jego zmarłego syna. Razem piją, rozmawiają i śmieją się, jakby na chwilę udało się oszukać stratę.

W tej części szczególnie ciekawie wypadają lalki stołowe. Tanuki jest miękkim, futrzastym stworzeniem o komicznym charakterze, podczas gdy starzec przypomina tradycyjną japońską figurę — ma granatowe kimono i białą twarz. Performerzy animują postaci nie tylko za pomocą mechaniki, ale również własnych dłoni wsuwanych w rękawy kostiumów lalek. Dzięki temu widz ma wrażenie, że bohaterowie posiadają nienaturalnie duże dłonie, co nadaje ich ruchom przerysowany i bardzo komiczny charakter. Mamy także okazję przyglądać się tańcowi shinnai, który skutecznie rozładowuje melancholię całej historii.

Obie opowieści łączy refleksja o kruchości życia, przemijaniu i próbie odnalezienia ciepła po tragedii. Mimo obecności duchów, śmierci i samotności spektakl nie pozostawia widza w poczuciu ciężaru. To spokojna, pełna delikatności historia o tym, że nawet po utracie można jeszcze odzyskać bliskość — choćby tylko na chwilę, przy świetle lampionu, muzyce shamisenu i kieliszku sake.

fot. Bartek Hałat, z uprzejmości Teatr Lalek Banialuka

31. Międzynarodowy Festiwal Sztuki Lalkarskiej w Bielsku Białej | Teatr Lalek Banialuka | “Edith i ja” / Yael Rasooly - ...
18/05/2026

31. Międzynarodowy Festiwal Sztuki Lalkarskiej w Bielsku Białej | Teatr Lalek Banialuka | “Edith i ja” / Yael Rasooly - Norland Visual Theater Stamsund, Norwegia. Francja, Izrael.| Pisze Ania Kruk.

„Wracam do siebie”

„Edith i ja” Yael Rasooly to spektakl o odzyskiwaniu głosu po traumie, ale również o sile sztuki i kobiecej solidarności. Historia oparta na prawdziwych wydarzeniach opowiedziana z humorem, czułością i ogromną precyzją sceniczną. Rasooly tworzy przedstawienie jednocześnie bolesne i pełne życia.

Spektakl rozpoczyna się od głosowania. Publiczność ma zdecydować, czy chce dobre, czy złe zakończenie, wygrywa tragiczne. Chwilę później na scenie pojawia się Edith Piaf — zadziorna diva wyciągnięta jakby prosto z paryskiego kabaretu. Budzi Yael z koszmaru i natychmiast przejmuje kontrolę nad przestrzenią. Ma szminkę schowaną w biustonoszu, nie toleruje chodzenia w piżamie i uważa, że jej misją jest postawić Yael na nogi.
Od początku czuć jednak, że bohaterka pozostaje zablokowana. Nie potrafi śpiewać, nie umie wrócić do sceny ani do własnego ciała. Co jakiś czas w tle rozbrzmiewają niepokojące odgłosy samochodu — dźwięki powracającego koszmaru. Sytuację przerywa telefon od dziennikarki. Dowiadujemy się, że sprawcą gwałtu był wysoko postawiony polityk. Yael natychmiast ucieka od tego tematu, proponując Edith przeżycie wspomnienia związanego z Marcelem — bokserem i wielką miłością Piaf.

W tych scenach najmocniej widać kunszt Rasooly. Performerka jednocześnie animuje Edith, Marcela i odgrywa konferansjera gali bokserskiej, zmienia głosy, śpiewa i prowadzi całą narrację właściwie sama. W pewnym momencie ma się wrażenie, że na scenie znajduje się kilka osób, choć w rzeczywistości wszystkie postaci istnieją dzięki jednej performerce.

Historia Edith Piaf stopniowo zaczyna odbijać historię Yael. Piaf wraca do wspomnień o Marcelu, którego namówiła do lotu samolotem mimo jego lęku. Marcel ginie w katastrofie, tym razem to Yael pociesza Edith. Relacja pomiędzy przypomina spotkanie dwóch kobiet próbujących razem przetrwać.

Kolejny telefon przynosi wiadomość o umorzeniu sprawy, prokuratura zamyka śledztwo. Edith proponuje wtedy Yael, by opowiedziała swoją historię na scenie — skoro to jedyne miejsce, gdzie może naprawdę wybrzmieć. Na scenie pojawiają się dwa muppety. Jeden z nich — podporządkowany kierowca — ma piskliwy głos i nerwową energię. Drugi, polityk, jest ciężki, dominujący, mówi nisko i sztywno. To właśnie jego krawat staje się narzędziem przemocy. Gładzi nim nogi Yael, zmusza ją do wejścia do apartamentu, mimo że bohaterka wielokrotnie mówi, że chce wrócić do domu. Yael siedzi w czerwonej sukni, otoczona przez ręce pięciu mężczyzn. Początkowo dłonie jedynie ją przytrzymują — dotykają ramion, nóg i głowy, stopniowo odbierając jej przestrzeń i możliwość ruchu. Z każdą chwilą obraz staje się coraz bardziej duszny i agresywny, jakby bohaterka była rozrywana przez obce ręce. Rasooly nie pokazuje przemocy dosłownie, a mimo to scena działa wyjątkowo mocno właśnie dzięki swojej prostocie. Najważniejsze jest jednak to, że pod koniec Yael wyrywa się z tego uścisku. To krótki moment, ale niezwykle znaczący — po raz pierwszy bohaterka odzyskuje kontrolę nad własnym ciałem i przestrzenią.

Mimo ciężaru tej historii spektakl pozostaje pełen ciepła i humoru. Edith Piaf nieustannie rozładowuje napięcie swoim temperamentem i teatralnością. To właśnie dzięki lalce i kabaretowej konwencji Rasooly potrafi opowiadać o traumie w sposób, który nie odbiera bohaterce sprawczości.

To, co szczególnie imponuje, to sposób, w jaki Rasooly pracuje z lalkami: mają ciężar, fizyczność i emocjonalną obecność. Marcel jako wielki bokser wygląda jednocześnie czule i groteskowo, trochę jak bohater starego melodramatu. W relacji z Edith staje się figurą utraconej miłości, ale też wspomnieniem, które nie pozwala ruszyć dalej. Finał przynosi ulgę. Yael dziękuje Edith za ocalenie, bo to właśnie jej piosenki towarzyszyły jej podczas tamtego wieczoru. Wtedy wraca pytanie zadane publiczności na początku spektaklu — czy chcieli dobre, czy złe zakończenie. Edith odpowiada jednak bez chwili zawahania: „There is no democracy. I am Edith Piaf”. Po chwili cała sala śpiewa „Non, je ne regrette rien”.

Po każdym spektaklu Yael Rasooly rozmawia z publicznością. W kontekście historii o przemocy seksualnej i odzyskiwaniu głosu taki gest nabiera dodatkowego znaczenia. Spektakl nie kończy się wraz z finałową piosenką — pozostawia przestrzeń na rozmowę, świadectwo i wspólne przepracowanie emocji. Dzięki temu „Edith i ja” nie staje się wyłącznie teatralną opowieścią o traumie, ale także próbą realnego spotkania z widownią.

Yael Rasooly tworzy spektakl niezwykle precyzyjny technicznie. Mistrzowska animacja lalek, zmiany głosów i wielopoziomowa narracja nie służą tu jedynie popisowi umiejętności. Stają się narzędziem opowiadania o traumie, której nie da się wypowiedzieć wprost — ale którą można odzyskać poprzez sztukę.

fot. Bartek Hałat, z uprzejmości Teatr Lalek Banialuka

31. Międzynarodowy Festiwal Sztuki Lalkarskiej w Bielsku Białej | Teatr Lalek Banialuka | “Mycelium – ożywcza wspólnota”...
18/05/2026

31. Międzynarodowy Festiwal Sztuki Lalkarskiej w Bielsku Białej | Teatr Lalek Banialuka | “Mycelium – ożywcza wspólnota” / Annina Mosimann, Fernando Munizaga, Szwajcaria | pisze Ania Kruk.

„Z tej mąki chleba nie będzie”

„Mycelium – ożywcza wspólnota” Annina Mosimann i Fernando Munizaga to spektakl teatru materii próbujący przełożyć na język performansu idee bliskie filozofii Donna Haraway — wzajemną zależność organizmów, współistnienie gatunków i przekonanie, że człowiek nigdy nie funkcjonuje całkowicie autonomicznie. Spektakl próbuje tę teorię ucieleśnić poprzez dźwięk, ruch i materię, choć efekt pozostaje bardziej interesujący konceptualnie niż emocjonalnie angażujący.

Na scenie znajduje się stół zasypany mąką. Przestrzeń przypomina jednocześnie kuchnię, laboratorium i miejsce eksperymentu. Performerka pojawia się w fartuchu, rozczesuje długie włosy, splata je i przez chwilę wygląda jak stereotypowa gospodyni przygotowująca się do pieczenia chleba albo lepienia pierogów. Bardzo szybko okazuje się jednak, że nie będzie to opowieść o gotowaniu. Mosimann przywołuje historię inspirowaną myśleniem Haraway — o relacjach między ludźmi, zwierzętami i konsumpcją. Padają słowa o tym, że człowiek nigdy nie jest wyłącznie sobą, bo współtworzą go bakterie, wirusy i grzyby.

Scena i widownia otoczone są instrumentami i mikrofonami. Gitara nie służy tutaj do grania melodii — performerzy szorują po strunach, wydobywając z nich agresywne, drażniące dźwięki. Pojawiają się werble, talerze perkusyjne, szelesty i rezonanse wzmacniane przez mikrofony kontaktowe. Każdy ruch dłoni po stole albo cieście zostaje przetworzony i zamieniony w element eksperymentu dźwiękowego. Problem w tym, że spektakl bardzo szybko zaczyna sprawiać wrażenie formalnego ćwiczenia, które bardziej demonstruje możliwości pracy z materią niż buduje realne napięcie czy emocjonalne zaangażowanie.

Najciekawsze pozostaje pytanie o kontrolę. Trudno rozpoznać, kto właściwie prowadzi performans — czy performerka podporządkowuje się rytmowi dźwięków, czy może sama wprawia system w ruch. Tempo stale przyspiesza, ciasto jest ugniatane, rozrywane i mieszane z kolejnymi przedmiotami. Mąka osiada na włosach, twarzy i ubraniu bohaterki, jakby sama stopniowo zamieniała się w część wyrabianej masy.

Spektakl operuje obrazami konsumpcji i wzajemnego pożerania. Ciasto raz przypomina ciało, innym razem pożywienie albo żywy organizm. Performerka formuje z niego postaci przypominające dziecięce sylwetki, by po chwili je deformować, rozdzielać i ponownie sklejać. W pewnym momencie zaczyna łączyć w cieście wszystko wokół siebie — ścierkę i nóż — jakby granice pomiędzy organizmem a materią całkowicie się zacierały.

Pojawiają się także sugestywne gesty związane z kobiecym ciałem i rolą gospodyni. Bohaterka wygląda tak, jakby chciała odciąć własną pierś, później widzimy jej głowę spoczywającą na metalowej tacy obok ciasta. Dla mnie jest to cichy manifest kobiety, która nieustannie oddaje siebie innym, jednak spektakl nie rozwija tego tropu wystarczająco mocno. Zamiast pogłębiania znaczeń częściej pojawia się poczucie przeciążenia kolejnymi działaniami i bodźcami.

Finał pozostawia raczej dezorientację niż poczucie domknięcia. Performerka siedzi nieruchomo przy stole, jej długie włosy opadają niemal do ziemi, a z okolic bioder spływa ciasto. Całość wygląda tak, jakby ciało bohaterki stopniowo stapiało się z przestrzenią laboratorium i samo stawało się materią do przetworzenia — częścią niekończącego się obiegu konsumpcji i zależności.

„Mycelium – ożywcza wspólnota” imponuje konsekwencją formalną i pracą z dźwiękiem, ale jako doświadczenie teatralne pozostaje chłodne i hermetyczne.

fot. Bartek Hałat, z uprzejmości Teatr Lalek Banialuka

Adres

Białystok
15-875

Ostrzeżenia

Bądź na bieżąco i daj nam wysłać e-mail, gdy Teatr Lalek Pismo umieści wiadomości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu i możesz zrezygnować z subskrypcji w dowolnym momencie.

Udostępnij

Kategoria