21/08/2026
⬜️PHOTO FRIDAY⬜️
Kino w sercu, muzyka w słuchawkach, dziewczyny na analogu... Jestem miłośnikiem popkultury.
Niniejszy profil skupia się głównie na kinie, lecz znajdziecie tu również, choć w nieco skromniejszym zakresie, artykuły o albumach muzycznych, recenzje wybranych pozycji literackich, analogowe sesje zdjęciowe, gdzie inspiruję się głównie okładkami kultowych płyt. Do 2022 roku zajmowałem się także przenoszeniem wybranych filmów na grunt muzyczny. Na chwilę obecną nie planuję powrotu do nagrań, ale swojego czasu udało nam się zrealizować całkiem sporo utworów.
⬜️PHOTO FRIDAY⬜️
🟦PHOTO FRIDAY🟦
⬜️Dzień dobry, czy zastałem Asterixa?
⚪️Nie, ale jest Obelix...
____________________________________________________________________
***Nie chodzi o to, jak spadasz, tylko jak lądujesz***
____________________________________________________________________
⬜️LA HAINE, 1995⬜️
🟣Nie mam zdjęcia mojej matki, ale pamiętam parę rzeczy. Jej uśmiech, kiedy stawiała mnie na swoich stopach i tańczyliśmy. Kochała tańczyć. Raz niechcący ją przewróciłem, ale nie zezłościła się. Turlaliśmy się po dywanie, a ona przytulała mnie i śmiała się. Lubiła się śmiać. Była taka piękna...
🟪LA VITA DAVANTI A SÉ aka LEONESSA, 2020🟪
🟤Momo, pozwól na chwilę.
🟫O co chodzi, pani Rozo? Znowu zamierza pani uciec?
🟤Nie, dziś dobrze się czuję. Gdyby jednak to się powtórzyło, mogą mnie zabrać do szpitala. Ale ja nie chcę. Mam sześćdziesiąt pięć lat.
🟫Sześćdziesiąt siedem.
🟤Nie jestem taka stara na jaką wyglądam. Nie pójdę do szpitala, nie dam się torturować. Siłą będą mnie utrzymywać przy życiu, a ja chcę żyć tyle, ile to konieczne. Zresztą, chyba już wystarczy. Wszystko ma swoje granice, nawet dla Żydów. W szpitalu będą mnie męczyć tylko po to, żebym nie umarła. Miałam przyjaciela. Nie był Żydem, nie ruszał nogą ani ręką. Tak mu się zrobiło po wypadku. Dziesięć lat męczyli go w szpitalu - podtrzymywali przy życiu. Nie chcę żyć w śpiączce dla dobra medycyny. Jeśli zaczną mówić o szpitalu, weź poduszkę, przyłóż mi ją do twarzy i "do widzenia". Trzydzieści pięć lat oddawałam swoje ciało "klientom" nie po to, by dziś oddać je lekarzom. Obiecujesz mi?
🟫Obiecuję, pani Rozo...
____________________________________________________________________
***Nie można żyć, jak się nie ma kogo kochać***
____________________________________________________________________
🟫LA VIE DEVANT SOI, 1977🟫
📖ŻYCIE PRZED SOBĄ📖
Autor: Émile Ajar (właśc. Romain Gary)
Tytuł oryginału: La vie devant soi
Pierwsze wydanie: 1975
Wydanie polskie: Wydawnictwo Cyklady, Warszawa 2005
Przełożyli: Krystyna i Krzysztof Pruscy
OPIS:
"Na Belleville'u, w szemranej ,,kolorowej" dzielnicy Paryża, gdzie trudno spotkać autochtonicznych Francuzów, na szóstym piętrze bez windy mieszka Momo, dziecko ulicy. Wychowuje go pani Roza, stara Żydówka cudem uratowana z Auschwitz. Jest brzydka, łysa i schorowana, dawniej radziła sobie jako uliczna prostytutka, obecnie prowadzi nielegalną ochronkę dla dzieci. Na pocieszenie trzyma pod łóżkiem portret pana Hitlera.
Pewnego dnia Momo zamierza pojechać do cudnej Nicei, którą zna tylko z opowieści, i napisać "Nędzników" jak pan Wiktor Hugo, wszak po to właśnie ma całe życie przed sobą. Tymczasem jednak musi zająć się schorowaną panią Rozą, a z nią jest coraz gorzej...
Powieść Romain'a Gary'ego, opublikowana pierwotnie pod pseudonimem Émile Ajar, to hymn na cześć miłości i człowieczeństwa. Od samego początku okrzyknięto ją arcydziełem, a autorowi przyznano prestiżową nagrodę Goncourtów. Została przetłumaczona na kilkadziesiąt języków i sprzedana w wielu milionach egzemplarzy. Oddajemy ją do rąk polskich Czytelników w nowym, znakomitym przekładzie Krystyny i Krzysztofa Pruskich."
✒️Trafniejsze cytaty:
1. "Nie ma nic gorszego niż wyrodne matki. Pani Roza mówiła, że prawo jest lepiej urządzone u zwierząt, bo u nas adoptowanie dziecka bywa nawet niebezpieczne. Kiedy prawdziwa matka zobaczy, że jej malec jest szczęśliwy, i później przychodzi zawracać głowę, ma za sobą prawo. Dlatego fałszywe papiery są najlepsze na świecie. Jak się trafi zdzira, która po dwóch latach połapie się, że jej dziecko jest szczęśliwe u obcych, i chce je odebrać, żeby mu zakłócić spokój, to z porządnymi fałszywymi papierami nigdy go nie odnajdzie, a ono będzie miało w życiu jakąś szansę.
Pani Roza mówiła, że u zwierząt jest dużo lepiej niż u nas, ponieważ one mają swoje prawa natury, szczególnie lwice. Wyrażała się o nich z wielkim uznaniem. Kiedy już leżałem w łóżku, przed zaśnięciem wyobrażałem sobie, że słyszę dzwonek, idę otworzyć, a za drzwiami stoi lwica i chce wejść, żeby bronić swoich małych. Pani Roza mówiła, że lwice z tego słyną i nigdy się nie cofną, prędzej dałyby się zabić. Takie jest prawo dżungli, bo gdyby lwica nie broniła swoich małych, nikt nie miałby do niej zaufania.
Wpuszczałem swoją lwicę prawie co noc. Wchodziła, wskakiwała na łóżko i lizała nas po twarzach, innym też to było potrzebne, a ja jako najstarszy musiałem się nimi zajmować. Tylko że lwy mają złą opinię, bo przecież muszą coś jeść jak wszyscy, więc kiedy mówiłem, że moja lwica zaraz przyjdzie, reszta podnosiła wrzask, nawet Banania się włączał, a Bóg świadkiem, że on ma wszystko gdzieś z powodu swojego przysłowiowego dobrego humoru. Lubiłem Bananię, wzięła go później francuska rodzina, gdzie mieli dosyć miejsca, i kiedyś pójdę go odwiedzić.
Pani Roza w końcu usłyszała, że sprowadzam do domu lwicę, kiedy ona śpi. Wiedziała, że to nieprawda, po prostu śniły mi się prawa natury, ale ona miała system coraz bardziej nerwowy i na samą myśl o dzikich zwierzętach w mieszkaniu napadały ją nocne strachy. Budziła się z krzykiem, bo u mnie to był tylko sen, a u niej od razu koszmar. Zawsze mówiła, że sny też się starzeją i wtedy zamieniają się w koszmary. Wyobrażaliśmy sobie dwie zupełnie inne lwice, ale trudno, na to nic się nie poradzi." [strony 43-44].
2. "Westchnęła i powiedziała, że nic więcej nie wie. Tylko że mówiąc nie patrzyła mi prosto w oczy. Nie wiedziałem, co przede mną ukrywa, i w nocy ogarnął mnie strach. Nigdy nie zdołałem wyciągnąć z niej więcej, nawet kiedy przekazy przestały przychodzić i już nie miała powodu, żeby być dla mnie miła. Tyle wiedziałem, że na pewno miałem ojca i matkę, bo pod tym względem natura jest nieubłagana. Ale już nie wrócili, a pani Roza miała niewyraźną minę i milczała. Powiem od razu, że nigdy nie odnalazłem matki, nie chcę wam robić fałszywych nadziei. Raz, kiedy bardzo nalegałem, pani Roza wymyśliła takie marne kłamstwo, że aż miło było posłuchać.
- Moim zdaniem, twoja matka miała mieszczańskie przesądy, bo pochodziła z dobrej rodziny. Nie chciała, żebyś się dowiedział, czym się zajmuje. No więc odeszła zapłakana, ze złamanym sercem, zdecydowana nigdy nie wrócić, bo wyjawienie prawdy spowodowałoby szok pourazowy, jak mówi medycyna.
I pani Roza sama się poryczała, bo nikt tak jak ona nie lubi wzruszających historii. Myślę, że doktor Katz miał rację, kiedy mu o tym wspomniałem. Powiedział, że bycie kurwą to pojęcie względne. Rację miał także pan Hamil, który czytał Wiktora Hugo i przeżył więcej niż ktokolwiek inny w jego wieku. Tłumaczył mi z uśmiechem, że nic nie jest czarne albo białe i że białe to jest często czarne, które się ukrywa, a czarne to czasami białe, które się dało przyłapać." [strony 53-54].
3. "Prawo jest po to, żeby chronić ludzi, którzy mają coś do chronienia przed innymi." [strona 66].
4. "Czułem się tak, że już podlej nie można. Nawet nie miałem ochoty na colę. Tłumaczyłem sobie, że dziś nie urodziłem się bardziej niż kiedy indziej i tak czy inaczej wszystkie historie z datami urodzenia to tylko umowa zbiorowa. Pomyślałem o swoich kumplach, jak Mahut albo Szach, którzy tyrają na stacji benzynowej. Gdy się jest dzieckiem, trzeba być w kilku, żeby zostać kimś." [strona 67].
5. "Potem musiała wrócić do pracy. Wyjaśniła mi, że to się nazywa studio dabingu. Ludzie na ekranie otwierają usta jak do mówienia, a osoby na sali użyczają im swego głosu. Jak u ptaków, wtykają im swój głos prosto do gardła. Jak się nie uda za pierwszym razem i głos nie wchodzi w odpowiedniej chwili, trzeba zaczynać od nowa. I teraz naprawdę było na co popatrzeć. Wszystko zaczynało się cofać. Umarli odzyskiwali życie i tyłem wracali na swoje miejsce w społeczeństwie. Ktoś naciskał klawisz i wszystko odjeżdżało. Samochody cofały się tyłem i psy biegały tyłem, a zawalone domy zbierały się do kupy i odbudowywały w jednej chwili na oczach wszystkich. Kule wychodziły z ciała i wracały do lufy, zabójcy wycofywali się, wskakując tyłem przez okno. Rozlana woda podnosiła się i wracała do szklanki. Płynąca krew wlewała się z powrotem do ciała i nigdzie nie było śladu krwi, rana znikała. Jeden gość splunął i zebrał z powrotem swoje plucie do gęby. Konie galopowały do tyłu, a inny gość, który wypadł z siódmego piętra, uratował się wracając przez okno. Prawdziwy świat na opak, najpiękniejsza rzecz, jaką widziałem w moim kurewskim życiu. W pewnej chwili nawet zobaczyłem panią Rozę młodą i piękną, ze zdrowymi nogami, a potem cofnąłem ją trochę i zrobiła się jeszcze ładniejsza. Aż miałem łzy w oczach." [strony 77-78].
6. "Wtedy zdarzyło się coś naprawdę niezwykłego. Nie mogę powiedzieć, że cofnąłem się w przeszłość i zobaczyłem matkę, ale ujrzałem siebie siedzącego na podłodze, przed sobą widziałem nogi w botkach aż po uda i skórzaną mini spódniczkę. Wiedziałem, że to moja matka, zmuszałem się do wielkiego wysiłku, żeby podnieść wzrok i zobaczyć jej twarz, ale było za późno, wspomnienia nie mogą podnieść wzroku." [strona 78].
7. "Lizałem lody. Nie byłem w nastroju, a kiedy się nie ma nastroju, dobre rzeczy smakują jeszcze bardziej. Nieraz to zauważyłem. Jak się ma ochotę zdechnąć, czekolada ma lepszy smak niż zwykle." [strony 80-81].
8. "W każdym razie konieczna jest jakaś zorganizowana banda, inaczej nie ma mowy, nikt nie da rady sam. Poza tym nie bardzo lubię zabijać, raczej przeciwnie. Nie, ja chciałbym być takim gościem jak Wiktor Hugo. Pan Hamil mówi, że wszystkiego można dokonać słowami, bez zabijania ludzi, i że będę miał dość czasu, sam się przekonam. Mówi też, że aby być silnym, nie ma nic lepszego. Jeśli chcecie znać moje zdanie, uzbrojeni faceci są silni właśnie dlatego, że nikt ich nie dostrzegał, kiedy byli mali, i nie zostało po nich śladu. Za dużo jest dzieci, żeby dało się wszystkie zauważyć, niektóre muszą na to zdechnąć z głodu albo żyją w bandach, żeby je było widać. Pani Roza mówi, że miliony dzieciaków zdycha na świecie, niektóre dają się nawet przy tym fotografować. Według niej, k***s jest wrogiem rodzaju ludzkiego, a jedynym porządnym facetem wśród duchowych przewodników jest Jezus, bo on nie był zrobiony k***sem." [strona 82].
9. "Zawsze powtarzała, że krowy to najszczęśliwsze osoby na świecie, marzyła o tym, żeby także zamieszkać w Normandii, gdzie jest zdrowe powietrze. Czułem się taki słaby, że chyba jeszcze nigdy tak bardzo nie chciałem zostać gliną jak wtedy, gdy siedziałem na stołku i trzymałem ją za rękę. Potem poprosiła o różowy szlafrok, ale nie daliśmy rady wtłoczyć jej do środka, bo to był szlafrok jeszcze z kurewskich czasów, a pani Roza przez piętnaście lat za bardzo utyła. Uważam, że starym kurwom powinno się okazywać więcej szacunku zamiast prześladować je, kiedy są jeszcze młode. Gdybym ja miał możliwości, zajmowałbym się tylko starymi kurwami, bo młode mają stręczycieli, a stare nie mają nikogo. Brałbym tylko stare, paskudne i do niczego, byłbym ich stręczycielem, zajmował się nimi i zaprowadziłbym sprawiedliwość. Byłbym największym gliniarzem i stręczycielem na świecie i przy mnie nie byłoby ani jednej starej, opuszczonej k***y płaczącej na szóstym piętrze bez windy." [strona 87].
10. "Miała oczy pełne łez, poszedłem po papier sralny, żeby je podetrzeć.
- Co się z tobą stanie beze mnie, Momo?
- W ogóle nic się nie stanie, zresztą to jeszcze nie powiedziane.
- Ładny z ciebie chłopiec, Momo, a to jest niebezpieczne. Musisz się pilnować. Obiecaj mi, że nie będziesz sobie radził dupą.
- Obiecuję.
- Przysięgnij.
- Przysięgam, pani Rozo. Może pani być spokojna z tej strony.
- Momo, zapamiętaj sobie raz na zawsze, że d**a to najświętsza rzecz dla mężczyzny. W tym leży jego honor. Nie pozwól nigdy nikomu dobierać ci się do dupy, nawet gdyby dobrze płacił. Nawet kiedy umrę, a ty nie będziesz miał nic oprócz swojej dupy na świecie – nie daj się." [strona 88].
11. "W końcu wrócił na swoje drugie piętro, ale jego odwiedziny w niczym nie poprawiły sytuacji. Pani Roza spostrzegła, że ludzie stają się dla niej coraz milsi, a to nigdy nie jest dobry znak." [strona 97].
12. "Trzymał prawą dłoń na zniszczonej Księdze, którą napisał Wiktor Hugo, a ona musiała być bardzo przyzwyczajona czuć jego dłoń wspartą na sobie, jak to bywa z niewidomymi, kiedy się im pomaga przejść przez ulicę." [strona 101].
13. "Posiedziałem z nim dobrą chwilę dla zabicia czasu, który płynie wolno, bo to nie jest francuski czas. Pan Hamil często mi o nim opowiadał, jak nadciąga powoli z pustyni razem z karawanami wielbłądów i wcale się nie spieszy, ponieważ niesie wieczność. Tyle że czas zawsze ładniej wygląda, kiedy się o nim opowiada, niż gdy się go widzi na twarzy starego człowieka, który daje się z niego okradać z każdym dniem coraz bardziej. Moim zdaniem, czasu trzeba szukać u złodziei." [strona 102].
14. "Siadłem koło niej na stołku i wziąłem za rękę z wdzięczności za wszystko, co zrobiła, żeby mnie zatrzymać. Byliśmy dla siebie wszystkim na świecie i przynajmniej tyle dało się uratować. Ja myślę, że gdy się mieszka z kimś bardzo brzydkim, w końcu zaczyna się go kochać także i za to, że jest brzydki. Myślę, że prawdziwym brzydactwom naprawdę tego potrzeba i brzydota jest ich największą szansą. Kiedy sobie teraz wspominam, uważam, że pani Roza wcale nie była taka brzydka, miała piękne brązowe oczy jak żydowski pies, tyle że nie należało myśleć o niej jak o kobiecie, bo na tym oczywiście nic nie mogła zyskać." [strona 131].
15. "Już wychodziliśmy, gdy ktoś zadzwonił pięć razy do drzwi. Pani Nadine otworzyła i zobaczyłem tych dwóch blond dzieciaków, których już widziałem, byli tu u siebie, nie ma o czym gadać. Jej dzieciaki, wrócili ze szkoły czy skądś. Jasnowłosi i ubrani tak, że się może przyśnić, w luksusowe ciuchy, jakich nie da się ukraść, bo nie wystawiają ich przed sklepem, trzeba wejść do środka, a tam ich pilnują. Od razu popatrzyli na mnie jak na jakieś g***o. Zaraz to poczułem, byłem ubrany jak łajza. Czapka zjeżdżająca zawsze na tył głowy, bo mam za dużo włosów, kapota sięgająca do pięt. Jak się kradnie ciuchy, nie ma czasu przymierzyć, zobaczyć, czy nie za małe albo za duże, człowiek się śpieszy. No dobra, nic nie powiedzieli, ale było widać, że nie jesteśmy z tej samej dzielnicy." [strona 143].
16. "- Nie wiesz, co mówisz, moje dziecko, sam nie wiesz, co mówisz.
- Nie jestem pańskim dzieckiem, w ogóle nie jestem dzieckiem. Jestem synem k***y, mój ojciec zabił matkę, a jak ktoś wie coś takiego, wie wszystko i nie jest już wcale dzieckiem." [strona 152].
17. "Była bardzo spokojna. Powiedziała tylko, że chce się umyć, bo się zsikała.
Kiedy teraz o tym myślę, uważam, że była bardzo piękna. To zależy od tego, jak się o kimś myśli." [strony 158-159].
18. "Zastałem panią Rozę w stanie potępienia, ale widziałem, że się boi, a to jest oznaka inteligencji. Wymówiła nawet moje imię, zabrzmiało jak wołanie o ratunek." [strona 167].
19. "Zaczynała funkcjonować, bo u starych najsilniejsze są zawsze wspomnienia." [strona 167].
20. "Z trudem udało mi się ją ubrać, a w dodatku chciała się zrobić na bóstwo i musiałem trzymać lusterko, podczas gdy ona się malowała. Nie kapowałem, czemu chce się ubrać w co miała najlepszego, ale z kobiecością nie można dyskutować." [strona 168].
21. "Zapaliłem siedem świec, jak zawsze u Żydów, i położyłem się przy niej na materacu. To nieprawda, że przeleżałem trzy tygodnie obok trupa mojej adopcyjnej matki, ponieważ pani Roza nie była moją adopcyjną matką. Nieprawda, że nie mógłbym wytrzymać, bo nie miałem już perfum. Wychodziłem cztery razy, żeby ich dokupić za pieniądze od pani Loli, i ukradłem za drugie tyle. Wylałem na nią wszystko i malowałem jej twarz ciągle na nowo wszystkimi farbami, jakie miałem, żeby ukryć prawa natury, ale wszędzie strasznie się psuła, bo nie ma litości. Kiedy wyłamali drzwi, żeby zobaczyć skąd tak zalatuje, i zobaczyli mnie leżącego obok, zaczęli się drzeć: na pomoc, co za obrzydliwość, tyle że nie przyszło im do głowy, żeby drzeć się wcześniej, bo życie nie ma zapachu." [strona 175].
🟤I jak?
🟫Anno, bardzo cię lubię...
🟤Ale uważasz, że jestem nieszczera?
🟫Nie wiem, nie wiem. Patrz, kończy się benzyna.
🟤To wskaźnik temperatury. Zatankowałam rano.
🟫Ile pali?
🟤Osiemdziesiąt litrów, może sto.
🟫Wystarczy, by objechać świat dookoła.
🟤Też lubisz podróżować? Chciałabym uciec jak najdalej. Jestem zmęczona moim światem, ludźmi, których znam. Jest taka oaza blisko Marakeszu. Boskie miejsce. Żyjesz ze słońca i owoców.
🟫Milion dwieście tysięcy.
🟤Co?
🟫Podróż w obie strony.
🟤Przestań.
🟫Mówię prawdę.
🟤Prawda jest taka, że zawsze mówisz o pieniądzach.
🟫Wiesz, ile zarabiam?
🟤Nie chcę wiedzieć. Nie rozumiesz? Lubię cię, bo jesteś inny. Nie jak te "roboty" zajęte tylko robieniem pieniędzy. Piszesz, jesteś inteligentny. Ja nigdy nie myślę o pieniądzach, przysięgam.
🟫Bo je masz.
🟤Powinnam je wyrzucić?
🟫Tak, wszystko: pieniądze, samochody, biżuterię i te bransolety.
🟤Kupiłam je w sklepie żelaznym.
🟫Samochód też? Ale nie o to chodzi. Po prostu ty masz pieniądze we krwi.
🟤We mnie jest tylko pustka, wielka pustka.......... Myślałam, że możesz mi pomóc.
🟫Dokąd chcesz jechać?
🟤Moglibyśmy do mnie.
🟫Do ciebie?
🟤Moja willa jest niedaleko stąd. Jest też jezioro.
🟫Duże?
🟤Malutkie. Mąż kazał je wykopać.
🟫Zawiozę cię nad rzekę.
🟤Świetnie. Co tam jest?
🟫Komary. Przynajmniej jedna rzecz, której nie zrobił twój mąż...
🟫IERI OGGI DOMANI, 1963🟫
📖MATKA I CÓRKA📖
Autor: Alberto Moravia
Tytuł oryginału: La Ciociara
Pierwsze wydanie: 1957
Wydanie polskie: Czytelnik, Warszawa 1993
Przełożyła: Zofia Ernstowa
OPIS:
"Matka i córka Alberta Moravii to bardzo ciekawa opowieść o wojennych losach pięknej, zaradnej wdowy Cesiry i jej osiemnastoletniej córki Rosetty. W roku 1943 panie opuściły Rzym i uciekły w rodzinne strony Cesiry, czyli w góry w środkowym rejonie Włoch. Tam wraz z grupą uchodźców oczekiwały na przyjście aliantów, a potem starały się wrócić do Rzymu." Koczowniczka o książkach
✒️Trafniejsze cytaty:
1. "A tymczasem kończyłam przygotowania do podróży i kiedy minęło pierwsze przygnębienie, nie mogłam się doczekać wyjazdu. Między innymi także i dlatego, że w ostatnich czasach udręczona nalotami, brakiem żywności, koniecznością wyjazdu i innymi kłopotami, wegetowałam z dnia na dzień. Odechciało mi się nawet sprzątać mieszkanie, na które zazwyczaj chuchałam i dmuchałam, froterując na kolanach posadzki, tak że wyglądały jak lustro. Jednym słowem wydawało mi się, że moje życie zostało strzaskane jak spadająca z wozu skrzynia, z której wysypuje się na bruk cała zawartość. A kiedy pomyślałam o tym, co było z Giovannim i jak potem poklepał mnie po tyłku, czułam, że strzaskało się coś i we mnie i że byłabym teraz zdolna do wszystkiego, nawet do kradzieży, nawet do morderstwa, bo straciłam szacunek dla siebie samej i nie byłam już ta sama co dawniej. Pocieszałam się myślą, że przynajmniej Rosetta ma matkę, która będzie się nią opiekować. Ach doprawdy, życie składa się z przyzwyczajeń i uczciwość także jest przyzwyczajeniem, jeśli raz się je zmieni, życie staje się piekłem, a my sami nieokiełznanymi diabłami, nie szanującymi ni siebie, ni innych." [strona 23].
2. "Zastałam go rąbiącego drzewo koło szałasu i poprosiłam, żeby mi pokazał przyobiecany pokój. Wysłuchał mnie opierając nogę obutą w chodak na polanie drzewa, trzymając w ręku siekierę i zerkając w moją stronę spod ronda czarnego kapelusza. Potem powiedział: — Tommasino przemawia tak, jak gdyby on był tutaj panem, a tymczasem na moim gospodarstwie panem jestem ja... zgodziłem się najpierw na twoją propozycję, ale teraz się rozmyśliłem i obawiam się, że nie będę ci mógł wynająć tej izby... Luisa przez cały dzień tka tam na warsztacie... co wtedy ze sobą zrobicie?... nie możecie przecież stale siedzieć na dworze. — Zrozumiałam, że przemawia przez niego chłopska nieufność, wyjęłam więc z kieszeni pięćset lirów i podałam mu je mówiąc: — Boisz się, że nie będziemy ci płacić? Masz, daję ci pięćset lirów, rozliczymy się, jak się będę wyprowadzać. — Zaniemówił i wziął pieniądze: ale wziął je w całkiem specyficzny sposób, który chcę opisać, bo rzuca jaskrawe światło na psychologię chłopa pochodzącego z gór. A więc wziął banknot i trzymając go oburącz na wysokości brzucha przyglądał mu się uważnie z pewnym zmieszaniem i ponurym podziwem, jak gdyby miał do czynienia z jakimś rzadko spotykanym przedmiotem. Potem zaczął go przekręcać to na jedną, to na drugą stronę. Zaobserwowałam już później, że zawsze robi to samo, kiedy wpadną mu do ręki pieniądze, i zrozumiałam, że tutejsi ludzie nigdy nie widują pieniędzy, bo fabrykują w domu wszystko, co im jest potrzebne do życia, nawet ubrania; trochę gotówki zarabiają tylko w zimie schodząc w dolinę i sprzedając tam wiązki chrustu. Tak więc traktują pieniądz jak coś bardzo rzadkiego i cennego, prawie jak Boga. Bo ci chłopi z gór, u których spędziłam tyle czasu, wcale nie są religijni ani nawet przesądni, dla nich najważniejszą rzeczą są pieniądze, może dlatego, że ich nie mają, a może z tej przyczyny, iż są głęboko przekonani, że tylko pieniądz może dać szczęście. Jako sklepikarka nie mogłam ich za to potępiać." [strony 82-83].
3. "Weszliśmy do szałasu. Przez chwilę nic nie widziałam, bo, jak już mówiłam, nie było tam okien, a Paride zamknął za sobą drzwi. Potem zapalił lampkę oliwną i wnętrze szałasu powoli się rozjaśniło. Nie było tam podłogi, tylko klepisko, pośrodku żarzył się ogień, nad którym wisiał na trójnogu czarny kociołek. Spojrzałam ku górze i zobaczyłam w półmroku zwisające z pułapu wiązki kiełbas i krwawej kiszki, które się tam wędziły. Zwisały też stamtąd festony sadzy, czarne i powiewne, przypominające cacka, którymi ubiera się choinkę, ale choinkę żałobnie przystrojoną. Wokół paleniska rozstawione były pniaki i zobaczyłam, ku memu zdziwieniu, siedzącą na jednym z nich sędziwą staruszkę, której przeraźliwie chuda twarz z wystającym podbródkiem i haczykowatym nosem przypominała sierp księżyca; siedziała tu sama jak palec i przędła po ciemku. Była to matka Parida i przywitała mnie tymi słowami: — Siadaj, moja droga, powiedzieli mi, że jesteś panią z Rzymu... to nie rzymski salon, tylko zwykła buda... ale będziesz się musiała chwilowo tym zadowolić... no, podejdź tu bliżej, siadaj. — Powiedziawszy prawdę, nie miałam wielkiej ochoty usiąść na wąskim pieńku i już chciałam poprosić o krzesło, ale w porę ugryzłam się w język. Potem już wiedziałam, że w szałasach nigdy nie ma krzeseł; tutejsi chłopi trzymają je po domach i uważając, że są to luksusowe sprzęty, używają ich tylko w święta i podczas uroczystości rodzinnych, jak śluby, pogrzeby i tym podobne, aby się nie zniszczyły, wieszają je na suficie, jak szynki. Rzeczywiście, wchodząc pewnego dnia do mieszkania Parida stuknęłam czołem o krzesło i pomyślałam sobie, że znalazłam się naprawdę na głuchej, zabitej deskami wsi." [strony 84-85].
4. "Chciałam opisać ten pierwszy wieczór spędzony z rodziną Morrone, tak się bowiem nazywali, przede wszystkim dlatego, że opisując ten pierwszy wieczór opisałam tym samym i następne, bo wszystkie były jednakowe; poza tym także i dlatego, że tego dnia jadłam w południe z uchodźcami, a wieczorem z chłopami, mogłam więc zrobić porównanie. Powiem prawdę: uchodźcy byli bogatsi, a przynajmniej niektórzy z nich; lepiej się u nich jadło, umieli czytać i pisać; nie nosili chodaków, a ich żony i córki ubierały się jak kobiety w mieście. Pomimo to od pierwszej chwili wolałam chłopów od uchodźców, być może dlatego, że zanim zostałam sklepikarką, sama byłam chłopką; a także dlatego, że patrząc na tych uchodźców, a zwłaszcza porównując ich z chłopami, doznawałam dziwnego uczucia, że tym ludziom wykształcenie posłużyło tylko na to, że stali się gorsi. Podobnie jak to bywa z niegrzecznymi chłopcami, którzy zaledwie pójdą do szkoły i nauczą się czytać i pisać, bazgrzą na murach nieprzyzwoite wyrazy. Jednym słowem uważam, że nie wystarczy kształcić ludzi, ale powinno się ich także uczyć, jak korzystać z tego wykształcenia." [strona 92].
5. "Trudno mi wytłumaczyć teraz, teraz, kiedy tak wiele się zmieniło, jaka była Rosetta w okresie naszej ucieczki z Rzymu. Ograniczę się do tego, że powiem, iż uważałam ją za chodzącą doskonałość. Należała rzeczywiście do tych osób, którym nawet złośliwe języki nie mogą nic zarzucić. Była dobra, szczera, bezinteresowna. Ja mam usposobienie nierówne, łatwo wpadam w złość, potrafię krzyczeć i wymyślać, a nawet i uderzyć, bo w uniesieniu po prostu tracę głowę. Ale Rosetta nigdy nie odpowiedziała mi niegrzecznie, nigdy nie miała do mnie o to żalu, była zawsze idealną córką. Jednakże jej doskonałość polegała nie tylko na kompletnym braku wad, ale także i na tym, że to, co robiła i mówiła, zawsze było słuszne. Czasami aż przerażało mnie to i myślałam sobie: mam córkę świętą. I rzeczywiście można było tak myśleć, bo żeby być chodzącym ideałem i tak nadzwyczajnie się zachowywać, nie mając żadnego doświadczenia i będąc prawie dzieckiem, trzeba mieć w sobie coś ze świętości. Poza tym, że uczyła się w szkole u sióstr i pomagała mi w domu czy w sklepie, nigdy nic innego nie robiła, a zachowywała się tak, jak by wszystko robiła, na wszystkim się znała. Teraz jednak myślę, że ta jej doskonałość, która wydała mi się prawie niewiarygodna, wypływała właśnie z niedoświadczenia i z wykształcenia, jakie dały jej zakonnice. Właśnie owo niedoświadczenie, pomieszane z religią, składało się na doskonałość, o której sądziłam, że mocna jest niczym twierdza, a tymczasem była krucha jak domek z kart. Nie zdawałam sobie sprawy, że prawdziwa świętość jest mądrością i doświadczeniem, a nie ignorancją i naiwnością, jak było właśnie w wypadku Rosetty. Ale czy to była moja wina?" [strona 95].
6. "Tak zaczęło się nasze życie w owej miejscowości, która się nazywała Sant’ Eufemia. Zaczęło się tak, jak gdyby potrwać miało co najwyżej kilka tygodni, a tymczasem przeciągnęło się do dziewięciu miesięcy. Rano sypiałyśmy, jak tylko mogłyśmy najdłużej, bo i tak nie miałyśmy nic do roboty; przez pierwszy tydzień, wyczerpane ciężkimi przeżyciami w Rzymie, potrafiłyśmy spać jednym ciągiem po dwanaście, czternaście godzin. Kładłyśmy się do łóżka bardzo wcześnie, budziłyśmy się w nocy, znowu zasypiałyśmy i znowu budziłyśmy się o świcie, ale wystarczyło nam odwrócić się do ściany, tyłem do okienka, przez które wpadało światło, a znów ogarniała nas senność i spałyśmy do późnego ranka. Nigdy w życiu tyle nie sypiałam i ten sen był spokojny, głęboki, pachnący jak chleb upieczony w domu, bez niepokojów i koszmarnych przywidzeń, i tak nas wzmacniał, że z każdym dniem wracały nam siły, utracone w Rzymie i w czasie pobytu u Concetty. Ten sen tak głęboki i tak twardy naprawdę dobroczynnie na nas wpływał i po tygodniu byłyśmy obydwie jak odmienione. Nie miałyśmy już podkrążonych oczu, wypełniły się nam i zjędrniały policzki, wygładziła cera, ożywił się wzrok i rozjaśniły myśli. Wydawało mi się, że przez ten sen moja ziemia rodzinna, na tak długi czas przeze mnie opuszczona, przyjęła mnie z powrotem na swoje łono, przekazując mi swoje soki żywotne, tak jak to bywa z roślinami, które po przesadzeniu na żyzną ziemię nabierają tężyzny i wypuszczają nowe liście i kwiaty. O tak, jesteśmy roślinami, nie ludźmi, a raczej podobniejsi jesteśmy do roślin niż do ludzi, bo z ziemi, na której narodziliśmy się, płynie cała nasza siła i kiedy ją opuszczamy, nie jesteśmy już ani roślinami, ani ludźmi tylko strzępkami łachmanów, którymi wiatr może miotać na wszystkie strony, zależnie od okoliczności." [strony 99-100].
7. "Przyszli nawet obejrzeć nasze zapasy i wtedy własne Filippo szczerze i dobrodusznie powiedział mi, dlaczego czuje do mnie sympatię, wprawdzie nie aż taką, żeby dawać mi jeść, ale dość wielką, żeby się cieszyć, iż nie zbywa mi na niczym: — Ty i ja, Cesiro, jesteśmy tutaj jedynymi ludźmi, którzy bez obawy mogą patrzeć w przyszłość, bo tylko my mamy pieniądze. — Jego syn, Michele słysząc te słowa zrobił się jeszcze bardziej ponury niż zazwyczaj i wycedził przez zęby: — Jesteś tego pewien? — Ojciec wybuchnął śmiechem i poklepał go po ramieniu: — Pewien? To jedyna rzecz, której jestem pewien... nie wiesz, że pieniądze to najlepszy, najwierniejszy, najbardziej oddany przyjaciel człowieka? — Przysłuchiwałam się temu, ale nie pisnęłam ani słowa. Ale pomyślałam sobie, że nie jest to bynajmniej takie pewne: nie dalej jak dzisiaj ten zaufany przyjaciel wypłatał mi takiego figla, że utracił trzydzieści procent siły kupna. I dzisiaj, kiedy sto lirów wystarcza zaledwie na bochenek chleba, podczas gdy przed wojną można było za nie przeżyć pół miesiąca, mogę powiedzieć z czystym sumieniem, że w czasie wojny nie ma zaufanych przyjaciół, zawodzą i ludzie, i pieniądze — wszystko." [strona 105].
8. "Odczuwałam to tym bardziej porównując ich z Michelem, który nie był takim prostakiem jak oni, i to, co mówił — nawet jeśli czegoś nie rozumiałam — zawsze było słuszne. Ci ludzie rozumowali jak skończeni głupcy, powiedziałabym jak bydlęta, gdyby bydlęta umiały samodzielnie myśleć; kiedy nie wygadywali tych głupstw, mówili rzeczy wstrząsająco okrutne i obraźliwe, brutalne. Przypominam sobie na przykład pewnego piekarza, Antonia, chuderlawego bruneta, ślepego na jedno oko, którym nieustannie mrugał, jak gdyby mu coś wpadło pod powiekę. Pewnego dnia kilku uchodźców, wśród których znajdował się Antonio, siedziało na murku podpierającym pole i rozmawiało o wojnie oraz o tym, co się dzieje podczas wojny; ja i Rosetta przysłuchiwałyśmy się w milczeniu. Ten Antonio był w Libii, kiedy miał dwadzieścia lat, i lubił opowiadać o tym, bo wojna abisyńska zaważyła na jego życiu i między innymi stracił na niej oko. Tak więc, sama nie wiem jak, dobiegły do nas w pewnej chwili następujące słowa: — Zamordowali trzech naszych... mało powiedzieć zamordowali... wyłupili im oczy, obcięli język, powyrywali paznokcie... wtedy postanowiliśmy zrobić odwet... z samego rana poszliśmy do jednej wioski, spaliliśmy wszystkie chaty i zabiliśmy wszystkich mężczyzn, kobiety i dzieci... dziewczynkom, tym sk***y córkom, wbijaliśmy bagnety między nogi i jedną po drugiej rzucaliśmy na kupę... tym sposobem raz na zawsze oduczyliśmy ich okrucieństwa. — W tym momencie ktoś lekko zakaszlał, bo my dwie byłyśmy tam obce, a Antonio mógł tego nie zauważyć, ponieważ stałyśmy za drzewem. Usłyszałam jeszcze, jak Antonio tłumaczy się mówiąc: — Na wojnie wszystko się zdarza, i to o wiele gorsze rzeczy — po czym pobiegłam za Rosettą, która szybko się oddaliła. Szła ze spuszczoną głową i kiedy zatrzymała się, zobaczyłam, że jest blada jak papier i ma łzy w oczach. Zapytałam, co jej się stało, a ona: — Nie słyszałaś, co mówił Antonio? — Nie umiałam powiedzieć nic innego, jak powtórzyć słowa Antonia: — Niestety, córuchno, na wojnie dzieją się jeszcze i gorsze rzeczy. — Milczała przez chwilę, a potem powiedziała jakby do siebie samej: — Ja w każdym razie wolałabym znaleźć się wśród tych, którzy zostają zabici, niż wśród tych, którzy zabijają. — Od tej chwili zawsze trzymałyśmy się z daleka od grupki uchodźców, bo Rosetta za nic w świecie nie chciała zetknąć się z Antoniem ani z nim rozmawiać." [strony 116-117].
9. "Powiem tylko tyle, że w miarę czytania twarze chłopów wyrażały coraz większą obojętność i rozczarowanie, żeby nie powiedzieć nudę. Oczekiwali bowiem pięknej historii o miłości; Michele natomiast czytał im historię cudu, w który, jak mi się wydawało, nie wierzyli i w który zresztą nie wierzył także sam Michele. Lecz między nimi a nim istniała wielka różnica. Oni nudzili się do tego stopnia, że jedna z kobiet cały czas ziewała, a dwie inne zaczęły rozmawiać ze sobą, śmiejąc się półgłosem; nawet Paride, który zdawał się słuchać z największą uwagą, miał wyraz twarzy roztargniony i obojętny. Tymczasem Michele im dalej czytał, tym bardziej przejmował się tym cudem, w który nie wierzył. Powiem więcej: gdy doszedł do zdania: — A Jezus powiedział: „Jam jest zmartwychwstanie i żywot” — przerwał na chwilę i wszyscy widzieliśmy, że nie mógł czytać dalej, ponieważ płakał. Zrozumiałam, że płacze nad tym, co czyta i co wiąże w pewien sposób z naszą obecną sytuacją (zresztą, jak się potem okazało, miałam rację). Ale znudzeni słuchacze tak byli dalecy od myśli, że to historia Łazarza wycisnęła mu łzy z oczu, że jedna z kobiet zapytała: — Przeszkadza ci dym, Michele? Tu jest zawsze tyle dymu... wiadomo, jesteśmy w szałasie. — Aby w pełni zrozumieć to zdanie, należy pamiętać o tym, co, jak mi się zdaje, już mówiłam, że dym z paleniska nie wychodził przez komin, ale ulatniał się powoli szparami w dachu, który pokryty był wiązkami chrustu; przedtem jednak długo kłębił się w całym szałasie. Toteż często tak bywało, że wszyscy, którzy tam się znajdowali, płakali, a wraz z nimi płakały dwa psy i kotka z kociętami. Owa kobieta chciała po prostu usprawiedliwić się przed Michelem przez zwykłą uprzejmość, lecz on otarł nagle łzy i całkiem niespodziewanie zaczął krzyczeć: — Jaki tam dym! Jaki szałas! Nie będę wam więcej czytał, bo nic nie rozumiecie... nie warto się wysilać, żeby wam to wytłumaczyć, bo nie zrozumiecie nigdy! Ale zapamiętajcie sobie jedno: czytając wam historię Łazarza, mówiłem o was, o was wszystkich, o tobie, Paride, o tobie, Luiso, o tobie, Cesiro, o tobie, Rosetto, i także o sobie samym, o moim ojcu, o tym łajdaku Tonto i o Severinie z jego materiałami, i o uchodźcach, którzy są w górach, i o Niemcach i faszystach, którzy są w dolinie... jednym słowem, o wszystkich... myśmy umarli, a zdaje się nam, że żyjemy... dopóki będziemy myśleć, że żyjemy, dlatego tylko że mamy nasze materiały, nasze troski, nasze interesy, nasze rodziny, nasze dzieci, dopóty będziemy umarli... dopiero tego dnia, kiedy zdamy sobie sprawę, że jesteśmy umarli, zgnili, że się rozkładamy, śmierdzimy trupem, dopiero wtedy po trochu, po trochu, zaczniemy żyć. Dobranoc." [strony 134-136].
10. "Na zakończenie moich obserwacji nad charakterem Michela pragnę jeszcze opisać pewne błahe wydarzenie, które potwierdza to, co mówiłam przedtem. Wspominałam już, że nie mówił on nigdy o kobietach ani o miłości i nie wyglądało na to, by miał jakiekolwiek doświadczenie w tej dziedzinie. Jednakże, jak się zaraz okaże, nie z powodu braku okazji, ale dlatego, że różnił się pod tym względem od innych młodych ludzi, A więc owo wydarzenie wyglądało tak: Rosetta każdego ranka, zaledwie wstała z łóżka, miała zwyczaj myć się całkiem nago. Wychodziłam na dwór, nabierałam wodę ze studni i podawałam jej pełne wiadro; ona wylewała sobie połowę wody na głowę, mydliła całe ciało, a potem polewała się resztą wody. Rosetta była bardzo czysta i pierwszą rzeczą, jaką kazała mi kupić od chłopów, było mydło, które sami wyrabiali. Myła się w ten sposób także i przez całą zimę, kiedy poranki w górach były bardzo chłodne, a woda ze studni po prostu lodowata. Kiedy kilkakrotnie próbowałam iść w ślady Rosetty, aż zamarłam z zimna i przez dobrą minutę stałam nieruchomo z otwartymi ustami, nie mogąc złapać tchu. Otóż pewnego ranka Rosetta wyszorowała się tak jak zwykle i stojąc przy łóżku na desce, by nie zabrudzić sobie nóg, mocno wycierała się ręcznikiem. Rosetta miała bujne kształty, czego trudno by się domyślić, widząc ją ubraną, tym bardziej że twarz jej była dziecinna, delikatna, o wielkich oczach, nieco za długim nosie i pełnych ustach, z dolną wargą wystającą nad podbródkiem, co czyniło ją podobną do owcy. Piersi miała nieduże, ale tak dobrze rozwinięte, jak gdyby była już matką, białe, pełne, z ciemnymi, sterczącymi do góry brodawkami, jak u kobiet karmiących niemowlęta. Za to brzuch miała dziewiczy, gładki, płaski, prawie wklęsły, tak że gęste, kręte włosy sterczące jej między mocnymi, strzelistymi udami przypominały poduszeczkę do szpilek. Z tyłu była także ślicznie zbudowana, wyglądała niczym posąg z białego marmuru, jakie widuje się w rzymskich ogrodach. Ramiona miała pulchne, zaokrąglone, długie plecy, a tuż pod nimi głębokie wgłębienie jak u młodej klaczy, jej pośladki tak były jędrne, białe, muskularne, apetyczne, że miałoby się ochotę je całować, co zresztą robiłam zawsze, kiedy była jeszcze małym dzieckiem. Jednym słowem, zawsze wyobrażałam sobie, że gdyby jakiś mężczyzna zobaczył moją Rosettę nagą, gdy wycierała ręcznikiem biodra, a jej jędrne, wysokie piersi podrygiwały przy każdym ruchu, wówczas ten mężczyzna, powiadam, co najmniej by się zmieszał, zbladłby czy zaczerwienił się, w zależności od temperamentu. Można bowiem mieć co innego w głowie, ale w chwili gdy kobieta pokazuje się nago, wszystkie inne myśli odlatują jak wróble z drzewa na odgłos strzału; pozostaje tylko zmieszanie samca wobec samicy." [strony 136-138].
11. "Pewnego ranka, kiedy mżyło jak zwykle, a niebo było jednym kłębowiskiem chmur, które nieustannie ciągnęły od morza, ja i Rosetta byłyśmy obecne przy zabijaniu kozy, którą Filippo kupił od Parida; część mięsa chciał wziąć dla siebie, a resztę odprzedać. Biało-czarna koza przywiązana była do pala, a uchodźcy, w braku lepszego zajęcia, oglądali ją wyliczając, ile z niej będzie mięsa, kiedy zostanie już obdarta ze skóry i oczyszczona. Gdy stałyśmy tam na deszczu i błocie, Rosetta powiedziała do mnie półgłosem: — Mamo, żal mi tej biednej kozy... teraz żyje, a za chwilę ją zabiją... nie pozwoliłabym jej zabić, gdyby to ode mnie zależało. — Odpowiedziałam na to: — A co byś wtedy jadła? — A Rosetta: — Chleb i warzywa. Po co właściwie jeść mięso? Ja też jestem z mięsa, które wcale się tak bardzo nie różni od mięsa tej kozy. Co ona temu winna, że jest zwierzęciem i nie może ani myśleć, ani się bronić? — Przytaczam w całości te słowa Rosetty, przede wszystkim dlatego, żeby pokazać, w jaki sposób rozumowała i myślała jeszcze podczas wojny, w okresie klęski głodowej. Może się to wydawać naiwne, nawet głupie, lecz świadczy o jej doskonałości, o której już wspominałam, o tym, że naprawdę nie miała wad i podobna była do świętej, co być może wynikało z braku doświadczenia, niemniej było szczere i płynęło prosto z serca. Potem, o czym także wspominałam, przekonałam się, że owa doskonałość była krucha i jakby sztuczna, niczym kwiat wyhodowany w cieplarni, który więdnie i ginie na zimnie. Ale wówczas nie mogły mnie nie wzruszyć jej słowa i pomyślałam sobie, że mam doprawdy za dobrą i za szlachetną córkę i że niczym nie zasłużyłam sobie na to." [strona 147].
12. "Przypuszczam, że pod koniec wojny nie pozostało jej prawie nic z owych pieniędzy, także i na skutek dewaluacji. Chcecie wiedzieć, co powiedział Michełe o śmierci stryja? — Zmartwiłem się, bo to był dobry człowiek. Lecz umarł tak, jak umrze jutro wielu ludzi jemu podobnych, którzy uganiają się za pieniędzmi i wyobrażają sobie, że poza pieniędzmi nie istnieje nic na świecie; a potem przychodzi dzień, kiedy krew ścina im się w żyłach ze strachu na widok tego, co kryje się poza pieniędzmi." [strona 164].
13. "Chciałabym zaznaczyć w tym miejscu, że w Sant' Eufemia po raz pierwszy uświadomiłam sobie wiele rzeczy i, co dziwniejsze, że były to rzeczy jak najprostsze, codzienne. Na przykład, jak dobroczynny wpływ ma sen, który niczym zaspokojony apetyt daje przyjemność i krzepi; jakim luksusem jest czystość, którą tak trudno zachować w prymitywnych warunkach; jednym słowem, moje spostrzeżenia dotyczyły spraw czysto fizycznych, którym w mieście poświęca się mało czasu i które przechodzą prawie niezauważone. Przypuszczam, że gdybym tam, w górach, spotkała mężczyznę, który by mi się spodobał i którego bym pokochała, także i miłość nabrałaby nowego posmaku, głębszego i silniejszego. Było to mniej więcej tak, jak gdybym stała się zwierzęciem, wydaje mi się bowiem, że zwierzęta myślą tylko o swoim ciele, a więc doznają podobnych uczuć jak ja wówczas; okoliczności zmusiły mnie do tego, że dbałam tylko o moje ciało dostarczając mu snu, pokarmu, starając się utrzymać je w jak najlepszej kondycji fizycznej." [strony 169-170].
14. "Pewnego ranka opalaliśmy się na słońcu, gdy nagle usłyszeliśmy gwizd. Schowaliśmy się natychmiast za jedną z białych skałek, by obserwować stamtąd, co się stało. Trzeba było mieć się na baczności, bo w każdej chwili mogli zjawić się Niemcy, a stale dręczyła nas obawa, by nie dostać się w ich ręce. Michele wychylił po chwili głowę spoza skały i zobaczył naprzeciw inną głowę, szybko chowającą się za sąsiedni występ skalny. Przez dłuższą chwilę i my, i oni szpiegowaliśmy się wzajemnie i kiedy na koniec przekonaliśmy się, że to nie są Niemcy, a i oni zobaczyli, że jesteśmy Włochami, wyszli ze swojej kryjówki. Było to dwóch oficerów z południowych Włoch, porucznik i podporucznik, jak nam powiedzieli, bo ubrani byli po cywilnemu. Oni także, jak wielu innych, uciekali górami na południe, do swoich rodzinnych domów. Jeden z nich był to wysoki brunet o ciemnej skórze, okrągłej twarzy, czarnych jak węgiel oczach, białych zębach i prawie fioletowych wargach; drugi miał jasne włosy, pociągłą twarz, niebieskie oczy i spiczasty nos. Brunet miał na imię Carmelo, blondyn Luigi. Ze wszystkich spotkań w górach to należało chyba do najmniej przyjemnych, bo ci dwaj byli naprawdę antypatyczni; gdybym zetknęła się z nimi w pokojowych czasach, w ich rodzinnych stronach, być może nie miałabym w stosunku do nich żadnych zastrzeżeń; jednakże, jak się zaraz okaże, wojna wywarła na nich zgubny wpływ, ukazując cechy ich charakteru, które na pewno w normalnych czasach pozostałyby nie ujawnione. Pragnę dodać w tym miejscu, że wojna wystawia wszystkich na próbę i że ludzi trzeba widzieć w czasie wojny, nie w czasie pokoju; nie wtedy gdy istnieje prawo, szacunek dla człowieka i bojaźń przed Bogiem, lecz wtedy gdy tego wszystkiego zabraknie i każdy postępuje, jak mu się podoba, bezwzględnie i bez żadnych hamulców." [strony 172-173].
15. "A ta zielona łączka, na której zimowe słońce dopiekało tak silnie, jak by to było w maju, z widokiem na góry Ciociarii o śnieżnych wierzchołkach, a z drugiej strony na morze błyszczące w głębi doliny Fondi, wydawała mi się zaczarowanym miejscem, w którym naprawdę mogłyby być zakopane skarby, o jakich opowiadano mi w dzieciństwie. Lecz wiedziałam, że nie było tam skarbów pod ziemią, natomiast znalazłam je w sobie, co stanowiło taką samą niespodziankę, jak gdybym wykopała je własnymi rękami. Tym skarbem był głęboki spokój, zanik lęku, kompletna beztroska, zaufanie do siebie samej i do świata; te uczucia narodziły się we mnie w czasie owych samotnych przechadzek i narastały z biegiem dni. Były to może najszczęśliwsze dni w całym moim życiu i co najdziwniejsze, że działo się to w tym okresie, kiedy byłam biedna jak mysz kościelna, wyzuta ze wszystkiego, kiedy chleb i ser były moim jedynym pożywieniem, a posłaniem trawa, kiedy nie miałam dachu nad głową i podobniejsza byłam do dzikiego zwierzęcia niż do ludzkiej istoty." [strony 178-179].
16. "Cały ten dzień spędziliśmy z nimi. Rozmawiali po trosze o wszystkim z Michelem, który, jak się okazało, wiedział o ich kraju bardzo wiele, nieomal więcej od nich samych, podczas gdy oni nie wiedzieli prawie nic o Włoszech, gdzie przecież walczyli i przebywali od dłuższego czasu. Oficer na przykład powiedział, że skończył uniwersytet, był więc wykształcony. A tymczasem Michele przyłapał go na tym, że nie wie, kim był Dante. Ja nie posiadam wykształcenia i nie czytałam nigdy dzieł Dantego, lecz znałam jego nazwisko; Rosetta mówiła mi, że w szkole u zakonnic nie tylko uczono ją, kim był Dante, ale czytano coś z tego, co napisał. To, że tamten nic o nim nie wiedział, Michele oznajmił mi szeptem i po cichu dodał, że to tłumaczy wiele rzeczy, na przykład bombardowania, które zniszczyły tyle miast włoskich. Ci lotnicy, zrzucający bomby, nie wiedzieli nic o nas ani o pomnikach naszej kultury; ich nieświadomość sprawiła, że byli spokojni i bezlitośni; i nieświadomość, dorzucił Michele, była może przyczyną wszystkich klęsk naszych i cudzych, bo okrucieństwo nie jest niczym innym jak jedną z form nieświadomości; człowiek, który wie, co robi, nie może popełnić czegoś naprawdę złego." [strony 183-184].
17. "Zapytałam, co znaczy to zdanie, i Michele wyjaśnił mi wówczas, że sens jego jest mniej więcej taki, iż w stosunku do ludzi takich, jak właśnie naziści, nawet kłamstwo i zdrada są zbytkiem uprzejmości. Odrzekłam na to Michelowi, że zwykłą koleją rzeczy nawet między nazistami znaleźć się mogą na pewno porządni ludzie, skąd może więc wiedzieć, że ci dwaj na pewno są źli? Zaczął się śmiać: — To nie o to idzie. Być może, że są dobrzy dla swoich żon i dzieci, tak jak dla swoich samic i potomstwa dobre są węże i wilki. Ale dla wszystkich innych ludzi, dla ciebie, dla mnie, dla Rosetty, dla tych uchodźców i tych chłopów, Niemcy mogą być tylko źli, i to się właśnie liczy, a nie uczucia dla rodziny. — A dlaczego tak jest? — spytałam. — Dlatego — odrzekł po chwili namysłu — że są przekonani, że to, co my nazywamy złym, jest dobre... i robiąc źle, są przekonani, że robią dobrze, czyli że spełniają swój obowiązek. — Nie przekonało mnie to, wydawało mi się, że źle zrozumiałam. Lecz Michele nie słuchał mnie już i dorzucił na zakończenie, jak by mówiąc do siebie samego: — Tak, pomieszanie zła z poczuciem obowiązku, oto czym jest nazizm." [strony 187-188].
18. "Obserwowaliśmy go jeszcze przez chwilę, gdy się oddalał, a ja nie mogłam powstrzymać się od myśli, że i on także był ofiarą wojny: gdyby nie wojna, ten śliczny chłopak pozostałby w swoim kraju, ożeniłby się, pracował i byłby dzielnym, przyzwoitym człowiekiem jak wielu innych. Wojna wygnała go z ojczyzny, doprowadziła do zdrady, i teraz miała go zabić, a jego rezygnacja w obliczu śmierci była może najstraszniejsza z całej jego strasznej historii, bo najbardziej przeciwna naturze i najmniej zrozumiała." [strona 191].
19. "Szliśmy przed siebie jeszcze blisko kwadrans, nadal w milczeniu, i po przejściu mniej więcej jednego kilometra spotkaliśmy jasnowłosą dziewczynę, była całkiem sama i robiła takie wrażenie, jak gdyby wybrała się na spacer dla przyjemności. Szła powoli, rozglądając się ze szczególnym zainteresowaniem po nagich, szarych polach; trzymała w ręku chleb, który pogryzała od czasu do czasu. Podeszłam do niej i zapytałam: — Powiedz mi, czy idąc dalej tą drogą napotkamy Niemców... są tu w pobliżu jacyś Niemcy? — Zatrzymała się i spojrzała na mnie. Miała chustkę zawiązaną pod brodą; była ładną, zdrowo wyglądającą dziewczyną, o jędrnej, szerokiej twarzy i dużych brunatnych oczach. Odpowiedziała szybko: — Niemcy... pewnie, że są... jak to, czy są Niemcy? — Zapytałam: — Ale gdzie są? — Patrzyła na mnie i wyglądała teraz na bardzo wystraszoną; w pewnej chwili chciała odejść nie odpowiadając na moje pytanie. Chwyciłam ją więc za ramię i po raz drugi zapytałam o to samo. Dziewczyna szepnęła: — A jeśli ci powiem, nie zdradzisz im, gdzie trzymam zapasy żywności? — Otworzyłam usta na te słowa całkiem bezsensowne i nie mające żadnego związku z moim zapytaniem. — Co ty mówisz? — zawołałam. — Co mają z tym wspólnego zapasy? — A ona odrzekła potrząsając głową: — Przychodzą i zabierają... przychodzą i zabierają... wiadomo, to Niemcy... a wiesz, co im powiedziałam, jak przyszli ostatnim razem? Nie mam nic, powiedziałam, nie mam mąki, nie mam fasoli, nie mam smalcu, nic nie mam... mam tylko mleko dla mojego dziecka... jak chcecie, to je sobie weźcie. — I wpatrując się we mnie wytrzeszczonymi oczyma, zaczęła odpinać stanik. Byłam całkowicie zaskoczona jej zachowaniem, jak zresztą Michele i Rosetta. A ona spoglądała na nas poruszając wargami, jak gdyby mówiła do siebie samej, i zdążyła już odpiąć cały stanik aż do pasa. Potem wyjęła pierś i ujmując ją dwoma palcami, tak jak to robią matki podając sutkę dziecku, mówiła zamyślona: — Nie mam nic oprócz tego... weźcie. — Miała ładną pierś, krągłą i napęczniałą, o mleczno białej, jakby przezroczystej skórze, jakie miewają zazwyczaj karmiące kobiety. Spojrzała na nas i odeszła nagle, podśpiewując z roztargnieniem i nie zapinając stanika. Doznałam dziwnego wrażenia widząc ją oddalającą się z tą wystawioną na chłód zimowy piersią, która była jedyną rzeczą żywą, niepokalanie białą i ciepłą w tym dniu pochmurnym, bezbarwnym, nagim i zimnym. — Ona jest obłąkana — wykrztusiła w końcu Rosetta. Michele przytaknął sucho: — Tak. — W milczeniu poszliśmy dalej." [strony 191-193].
20. "Zrozumiałam wówczas, że nie reaguje na słowa adwokata dlatego, że ma do niego jakieś pretensje. Potem, gdy zasiedliśmy do stołu, Michele wspomniał o naszym spotkaniu z obłąkaną dziewczyną, na co adwokat powiedział obojętnie: — Ach wiem, to Lena. Ona zawsze była trochę pomylona. Zeszłego roku w czasie przemarszu wojsk jakiś żołnierz spotkał ją włóczącą się samotnie po polach i zrobił jej dziecko. — A co się teraz dzieje z tym dzieckiem? — Wzięła je na wychowanie jej rodzina i opiekuje się nim bardzo troskliwie. Ale ona, jak to bywa z wariatami, ubzdurała sobie, że dziecko zabrano jej dlatego, że nie ma pokarmu. A co najciekawsze, że karmi je regularnie, to znaczy w określonych godzinach matka przynosi jej niemowlę i Lena spełnia swą matczyną powinność. Pomimo to ma manię prześladowczą, że dziecko jest głodne, ponieważ dostaje za mało mleka. — Adwokat opowiadał historię Leny takim tonem, jak gdyby mówił o czymś naturalnym. Na mnie natomiast zrobiła ona tak wstrząsające wrażenie, że nie zapomnę jej do końca życia, jak gdyby ta naga pierś, którą podawała każdemu na drodze, była najprawdziwszym symbolem sytuacji wszystkich Włochów tej zimy 1944 roku: wyzutych ze wszystkiego, jak zwierzęta, którym nie pozostało nic innego prócz mleka dla swoich małych." [strona 195].
21. "Tak, na wojnie wolno nie tylko zabijać, ale i kraść; i ten, kto w pokojowych czasach nie zabiłby nikogo i nie tknął cudzej własności za żadne skarby świata, podczas wojny odnajduje w sobie zbrodnicze i złodziejskie instynkty, jakie tkwią w każdym człowieku; odnajduje je, bo zachęcają go do ich odnalezienia; co więcej, wmawiają mu od rana do nocy, że to są dobre instynkty, którymi musi się kierować, aby być prawdziwym żołnierzem. A więc żołnierz myśli sobie tak: — Jestem na wojnie... będę znów taki jak dawniej, kiedy wróci pokój... a na razie pofolguję sobie. — Niestety jednak nikt, kto kradł i zabijał, choćby nawet tylko na wojnie, nie może się spodziewać, że będzie taki jak dawniej, przynajmniej moim zdaniem. To zupełnie tak samo, jak gdyby kobieta, która utraciła dziewictwo, łudziła się, że je odzyska jakimś cudem, co, jak wiadomo, nigdy jeszcze się nie zdarzyło. Powtarzam więc, że kto raz był złodziejem i mordercą, choćby w mundurze, z piersią pokrytą orderami, zostanie już na zawsze złodziejem i mordercą." [strona 216].
22. "Dni stawały się coraz to dłuższe, góry zaczynały się zielenić, pocieplało; przez cały marzec słychać było bombardowanie Anzio z jednej strony, a z drugiej Cassino. Znajdowaliśmy się mniej więcej w połowie drogi między Anzio a Cassino, i dniem, i nocą dobiegał do nas odgłos wystrzałów armatnich, nieprzerwanie, jak gdyby owe armaty strzelały na wyścigi. Tum, tum — odzywała się armata z Anzio, najpierw hukiem wystrzału, a potem eksplozji, tum, tum — odpowiadała jej z przeciwnej strony armata spod Cassino. Niebo było jak bęben, w który głucho i ponuro waliły armaty. Owe groźne pomruki wywierały tym większe wrażenie, że dni były wyjątkowo piękne; mimo woli nasuwała się myśl, że wojna stała się już częścią natury, że ten huk związany jest i pomieszany ze słońcem, że wiosna poszkodowana została przez wojnę w równym stopniu jak ludzie. Jednym słowem owo dudnienie dział stało się naszym codziennym chlebem, tak samo jak codziennym chlebem były łachmany, głód, niebezpieczeństwa; tak przywykłyśmy do niego, że gdyby ustało pewnego dnia, byłybyśmy prawie zdziwione. Chcę przez to powiedzieć, że do wszystkiego można się przyzwyczaić i że wojna jest właśnie przyzwyczajeniem, bo to, co wywołuje w nas takie zmiany, to nie są jakieś nadzwyczajne wydarzenia, przytrafiające się od czasu do czasu, tylko owo przyzwyczajenie, które potwierdza, że godzimy się ze swoim losem i przestajemy się buntować." [226-227].
23. "Widok zboża, które ledwie zaczynało kiełkować i miało króciutkie, delikatne, zielone łodyżki, także napełniał mnie melancholią: dużo wody upłynie, zanim zboże będzie wysokie i żółte, zdatne do kośby i młocki, zanim ziarno zmielone na mąkę posłuży do pieczenia chleba. Co tu dużo mówić, piękno można ocenić tylko przy pełnym żołądku, ale przy pustym wszystkie myśli biegną jednym torem, a piękno wydaje się ułudą, gorzej nawet, szyderstwem." [strona 228].
24. "Pamiętam, że w dzieciństwie rodzice mówili mi zawsze, iż chleb jest rzeczą świętą, że świętokradztwem jest rzucać go na ziemię i marnować; a teraz widziałam, że dano ten chleb na paszę dla koni, podczas gdy tylu ludzi w dolinie i w górach przymierało głodem. Michele odezwał się wreszcie, wyrażając właśnie to, co czułam: — Gdybym był wierzący, powiedziałbym, że przyszła apokalipsa, skoro konie pasą na polu zasianym zbożem. Ponieważ nie jestem wierzący, ograniczę się do powiedzenia, że przyszli naziści; a może zresztą to jedno i to samo." [strony 228-229].
25. "Pamiętam, z czasów mego dzieciństwa, sklepikarza z naszej wsi, który posiadał kolekcję wszystkich numerów „Niedzieli Ilustrowanej”, z okresu tamtej wojny; przeglądaliśmy je często wraz z dziećmi sklepikarza. Było tam dużo kolorowych obrazków przedstawiających bitwy z 1915 roku. Być może właśnie dlatego wyobrażałam sobie bitwę tak, jak na tych rycinach: strzelają armaty, kurz, dym i ogień; żołnierze, biegnący do ataku z bagnetami w ręku i sztandarem powiewającym na czele oddziału; stosy trupów, padający na ziemię ranni, inni biegnący dalej naprzód. Muszę się przyznać, że podobały mi się te ilustracje, i wydawało mi się, że pomimo wszystko wojna nie jest znowu taka straszna. A raczej, że i owszem, jest straszna, ale jeśli ktoś chce wykazać odwagę, inicjatywę i pogardę śmierci, wojna stwarza mu ku temu najlepszą okazję. I myślałam także, że nie należy wierzyć, iż wszyscy miłują pokój. Jest wielu takich, którzy na wojnie czują się jak ryby w wodzie, choćby dlatego, że mogą pofolgować swoim gwałtownym i krwiożerczym instynktom. Tak rozumowałam, dopóki nie zobaczyłam na własne oczy prawdziwej wojny." [strona 234].
26. "To było wszystko; po zamknięciu walizek usiadłam na chwilę obok Rosetty na łóżku, rozglądając się po izdebce, która już robiła wrażenie pustej i opuszczonej. Nie czułam już w tej chwili owego radosnego zniecierpliwienia, wprost przeciwnie, ogarnął mnie smutek. Myślałam sobie, że te brudne ściany, to zabłocone klepisko związane są nierozerwalnie z najbardziej gorzkimi i najstraszniejszymi dniami mojego życia, i cierpiałam, że się z nimi rozstaję, choć tego pragnęłam. Te dziewięć miesięcy, które spędziłam w tej izbie, przeżywałam dzień po dniu, godzina po godzinie, minuta po minucie, w natężeniu nadziei i rozpaczy, lęku i odwagi, to chcąc żyć, to znów pragnąc śmierci. A przede wszystkim czekałam na wyzwolenie, na które czekały też miliony innych ludzi. I wtedy zrozumiałam nagle, że ten, kto czeka na coś takiego, żyje mocniej i prawdziwiej od człowieka, który nie czeka na nic. I uogólniając to spostrzeżenie, pomyślałam też, że to samo można powiedzieć o wszystkich ludziach czekających na wydarzenia wielkiej wagi, jak powrót Chrystusa na ziemię czy zwycięstwo sprawiedliwości na całym świecie. Powiem prawdę, że gdy wyszłam z tej izdebki, by nigdy więcej tu nie wrócić, wydało mi się, że opuszczam jakieś prawie święte miejsce, ponieważ tyle tu przecierpiałam, czekałam i wierzyłam nie tylko dla siebie, ale i dla innych." [strony 247-248].
27. "Brunet tymczasem przyglądał się stopom Rosetty, które były obute w chodaki, tak samo zresztą jak moje. Na koniec zapytał: — Buty? — i schylił się dotykając ręką chodaków, potem skrzyżowanych na kostkach sznurowadłach, a wreszcie pogładził Rosettę po łydkach. Widząc to trzepnęłam go mocno po palcach, wołając: — Ręce przy sobie! Tak, to są chodaki, co w tym nadzwyczajnego? A poza tym nie wykorzystuj okazji i nie obmacuj mojej córki. — Udał, że nie rozumie, i biorąc aparat fotograficzny, wskazał na chodaki Rosetty mówiąc: — Fotografia. — Zaprotestowałam stanowczo: — Chodzimy w chodakach, ale ty nie masz potrzeby ich fotografować. Potem pojedziesz do siebie i będziesz opowiadał, że Włosi noszą chodaki i nie wiedzą nawet, co to są buty. W waszym kraju mieszkają Indianie i co byś powiedział, gdybyśmy ich sfotografowały i mówiły potem, że wszyscy Amerykanie mają pióra na głowie jak koguty? Pochodzę z Ciociarii i jestem z tego dumna; ale dla ciebie jestem Włoszką czy rzymianką, albo czym chcesz, i daj mi już spokój ze swoimi fotografiami. — Wreszcie zrozumiał; nie nalegał dłużej i schował aparat. A tymczasem samochód podskakiwał na gruzach i rozpryskiwał w biegu kałuże; przejechaliśmy przez całe miasto i znaleźliśmy się na głównym rynku." [strony 254-255].
28. "Teraz jednak po prostu nie chciało mi się nic mówić. Na skutek własnych nieszczęść zobojętniałyśmy na cudze. Później już przyszło mi na myśl, że być może jednym z najstraszniejszych następstw wojny jest obojętność i zatwardziałość serca." [strona 268].
29. "Byłyśmy czysto ubrane, umyte, miałyśmy konserwy do jedzenia, prycze do spania, dach nad głową, a co najważniejsze, nadzieję lepszego jutra. Jednym słowem byłyśmy jak odmienione i zawdzięczałyśmy tę odmianę majorowi i jego serdecznym słowom. Często myślałam sobie o tym, że człowieka powinno się traktować jak człowieka, a nie jak zwierzę; to znaczy, stworzyć mu takie warunki, by był czysty, miał dach nad głową, okazać mu zrozumienie i sympatię, a przede wszystkim dać nadzieję na przyszłość. Gdy się tego nie zrobi, człowiek jest do wszystkiego zdolny, staje się zwierzęciem i zachowuje się jak zwierzę i wtedy jest już za późno, aby przemawiać do jego człowieczeństwa." [strony 273-274].
30. "Powiedziałam wtedy do Rosetty: — Zamknęli kozy w szopie i uciekli. Musimy znaleźć jakiś sposób, by je wypuścić. — Powiedziawszy to, podeszłam do rogu szałasu i zaczęłam wyszarpywać słomę z dachu. Nie było to łatwe, bo była stwardniała od deszczu i starości, poza tym każdy snop związany był łykiem i umocowany od wewnątrz do pułapu. Jednakże ciągnąc mocno i rozluźniając tyko udało mi się wyrwać kilka snopów, tak że nad obmurowaniem utworzyła się spora dziura. Gdy tylko ją zrobiłam, zaraz wytknęła głowę biało-czarna koza, opierając się kopytkami o murek i patrząc na mnie złotymi oczyma. Znowu cicho beknęła, a ja powiedziałam: — No skacz, skacz, ślicznotko. — Lecz zobaczyłam, że to biedactwo nie ma siły samo się wydostać, bo całkiem osłabło z głodu, i że będę musiała wyciągnąć ją z szałasu. Poszerzyłam więc otwór, po czym chwyciłam wpatrującą się we mnie kozę za szyję, ciągnąc ją tak mocno, że udało się jej wreszcie wyskoczyć na dwór. Po niej ukazała się w dziurze następna, potem trzecia i czwarta; wydobyłam je stamtąd wszystkie po kolei. Wyglądało na to, że szopa jest już pusta, ale znowu rozległo się beczenie, oparłam się więc o murek i wskoczyłam do wnętrza. Od razu zobaczyłam kilka koźlątek cisnących się pod otworem, a w głębi w kącie leżało coś białego. Była to duża, nieruchomo leżąca na boku koza, którą ssało skulone przy niej koźlątko. W pierwszej chwili pomyślałam, że koza nie rusza się dlatego, że karmi swoje koźlę, lecz kiedy podeszłam bliżej, przekonałam się, iż jest martwa. Poznałam to po przechylonej do ty ha głowie i otwartym pyszczku, który obsiadły muchy. Koza zdechła z głodu, a trzy koźlątka ocalały dlatego, że do ostatniej chwili piły mleko matki. Wyniosłam więc na dwór jedno po drugim także i koźlęta i postawiłam je pod murkiem. Cztery uwolnione przeze mnie kozy pożerały już liście z nieopisaną zachłannością, musiały być do ostateczności wygłodzone; koźlaki pobiegły do nich i po chwili cała trzódka znikła w zaroślach. Słychać było jednak beczenie, które stawało się coraz to silniejsze i donioślejsze, jak gdyby każdy kęs wzmacniał głos kóz i jak gdyby te biedne stworzenia chciały mi dać znać, że czują się coraz lepiej i dziękują mi za uratowanie ich od śmierci głodowej." [strony 290-291].
31. "Gdy usiadłam na tym spłaszczonym skalnym siodełku i przechyliłam się w dół, zobaczyłam Rosettę. Od razu zrozumiałam, dlaczego mnie nie usłyszała: znajdowała się bardzo daleko, poniżej poziomu drogi; szła powoli i ostrożnie środkiem łożyska strumienia, przeskakując z kamienia na kamień, by nie zamoczyć sobie nóg; poznałam po jej kroku, że nie zeszła tam bynajmniej w samobójczych celach. Potem zobaczyłam, że przystaje w tym miejscu, gdzie strumień staje się węższy i głębszy, a potem przyklęka, pochyla głowę i pije. Gdy skończyła pić, wstała, rozejrzała się dokoła, po czym uniosła spódnicę, odsłaniając uda, na których, pomimo dużej odległości, jaka nas dzieliła, zdawało mi się, że dostrzegam zakrzepłą krew. Następnie przykucnęła i nabierając wodę w dłoń zaczęła polewać sobie uda, zrozumiałam więc, że się myje. Głowę miała przechyloną na bok, myła się bez pośpiechu, systematycznie, wcale się nie krępując, że spełnia tak intymną czynność w biały dzień, pod gołym niebem. Tak więc upadły wszystkie moje przypuszczenia: Rosetta oddaliła się od szałasu i zeszła do potoka wyłącznie w tym celu, by się umyć, i muszę się przyznać, że doznałam jak by bolesnego rozczarowania. Oczywiście, że nie pragnęłam, by odebrała sobie życie, tego się właśnie obawiałam; widząc ją robiącą coś wręcz przeciwnego, byłam nie tylko rozczarowana, lecz ogarnął mnie lęk przed tym, co będzie dalej. Wydało mi się, że Rosetta pogodziła się z myślą o utracie dziewictwa, że uznała to za zrządzenie losu i że także to jej zacięte milczenie wypływało nie z rozpaczy, ale z rezygnacji. Już później, gdy moje przewidywania sprawdziły się niestety, uświadomiłam sobie, że moja biedna Rosetta nagle stała się kobietą, ciałem i duszą, kobietą doświadczoną, twardą, zgorzkniałą, nie mającą już żadnych złudzeń i żadnych nadziei." [strony 292-293].
32. "Rosetta stała się niepodobna do siebie jak dzień do nocy, brakło jej bowiem tego umiaru i ostrożności, właściwych ludziom normalnym, niedoskonałym i doświadczonym. Dotąd była religijna, dobra, czysta i łagodna; mogłam więc teraz oczekiwać, że bez chwili wahania czy zwątpienia stanie się przeciwieństwem siebie samej. Z moich bolesnych rozmyślań wysnułam wniosek, że czystość obyczajów nie jest darem natury, który przynosi się ze sobą na świat, że zdobywa się ją poprzez doświadczenia życiowe; że ten, kto chlubi się swoją wrodzoną czystością, musi ją wcześniej czy później stracić; że, jednym słowem, o wiele lepiej jest urodzić się niedoskonałym i pracując nad sobą stawać się coraz lepszym, by osiągnąć wreszcie pełnię człowieczeństwa." [strona 295].
33. "Milczałam i stałam ze spuszczoną głową, przy świetle karbidowej lampy, wokół której latały brzęcząc chrabąszcze; co chwila któryś z nich przypalony płomieniem padał martwy na ziemię. Pomyślałam sobie, że moja nieszczęsna Rosetta jest podobna do jednego z tych chrabąszczy: spalił ją płomień wojny i umarła, przynajmniej dla mnie." [strona 319].
34. "Rosario zapuścił motor, zawołał: — Odjazd do Rzymu! — i samochód ruszył. Był już późny ranek i czerwcowe słońce świeciło wesołym, oślepiającym światłem; szosa była biała od kurzu, przydrożne krzaki także pokrywał biały pył i gdy ciężarówka zwalniała nieco, słychać było cykające na nielicznych drzewach świerszcze ukryte w liściach. Słysząc to dzwonienie świerszczy, widząc biały kurz na szosie i żywopłotach, i pikujące na dół skowronki, które chwytały w dzióbki odrobiny nawozu mulego i potem znowu ulatywały ku niebu, nagle doznałam wzruszenia i łzy stanęły mi w oczach. Tak, to była ta wieś, ukochana wieś, gdzie się urodziłam i wychowałam, gdzie schroniłam się przed wojną i głodem, jak dziecko szukające schronienia w ramionach matki, starej, doświadczonej, dobrej, która wie wszystko i wszystko przebacza. A tymczasem ta wieś zdradziła mnie; i teraz ja się zmieniłam, lecz wieś pozostała ta sama, świeciło słońce, które ogrzewało wszystko, prócz mojego serca; cykały świerszcze, których tak miło słuchać, kiedy jest się młodym i kocha się życie, ale które teraz prawie mnie drażniły, bo niczego się już nie spodziewałam; w powietrzu rozchodził się zapach kurzu, gorącego i suchego, który odurza zmysły, gdy są jeszcze nie rozbudzone, a który dusił mnie w tej chwili, jak gdyby ktoś zatkał mi dłonią nos i usta. Wieś zdradziła mnie i wracałam do Rzymu bez cienia nadziei w sercu, zrozpaczona. Płakałam cicho, połykając gorzkie łzy, i odwracałam głowę w bok, w kierunku drogi, by nie widzieli mnie Rosetta i Rosario. Lecz pomimo to Rosetta zauważyła, że płaczę, i zapytała: — Dlaczego płaczesz, mamo?" [strona 325].
35. "Także i tutaj panowało kompletne spustoszenie. Pozostała mi w pamięci przede wszystkim fontanna w rynku, otoczona półkolem rumowisk, basen po brzegi wypełniony był gruzami, a pośrodku stał piedestał z posągiem; ten posąg w miejscu głowy miał tylko czarny żelazny hak, poza tym brakowało mu jednej ręki, a druga była bez dłoni. Owa postać na piedestale miała w sobie coś bardzo ludzkiego, właśnie dlatego że była bez ręki i bez głowy." [strona 328].
Łódź
91-117
Bądź na bieżąco i daj nam wysłać e-mail, gdy Cooler King umieści wiadomości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu i możesz zrezygnować z subskrypcji w dowolnym momencie.
Napisz, dlaczego ten wpis powinien zostać usunięty. Nasz zespół rozpatrzy Twoją prośbę.